Tuż po weselu

Dramat obyczajowy to gatunek kojarzony z kobiecymi bohaterkami. Bier udowodniła jednak, że w tej konwencji doskonale sprawdzić się mogą i panowie.
Uff..., a jednak faceci są nieco bardziej skomplikowani, niż próbuje nam wmówić również osnuty wokół wesela „Testosteron”. W nominowanym do Oscara dramacie Susane Bier stworzyła dwie intrygujące i zniuansowane postaci mężczyzn fantastycznie ożywione na ekranie przez Madsa Mikkelsena (to on grał w karty z Bondem, nerwowo przy tym mrugając!) i Rolfa Lassgarda.

Dramat obyczajowy to gatunek kojarzony z kobiecymi bohaterkami. Bier udowodniła jednak, że w tej konwencji doskonale sprawdzić się mogą i panowie, jeśli tylko pozwoli się im wyjść poza stereotypowe role mięśniaków albo wiecznych chłopców. Jacob (Mikkelsen) zastanawia się, jak uratować prowadzony przez niego podupadający sierociniec w Indiach, gdy tajemniczy bogacz Jorgen (Lassgard) wzywa go do Kopenhagi, kusząc milionami dolarów na dzieci. Po krótkiej rozmowie zaprasza nieznajomego na wesele córki, które staje się początkiem rodzinnego dramatu i wciągającej opowieści o odpowiedzialności. Jacob będzie musiał rozważyć, czy oznacza ona powrót do biednych sierot, czy może pomoc opływającym w dostatki – a jednak cierpiącym – najbliższym. Jorgen – czy w imię odpowiedzialności można posunąć się do każdej manipulacji.
Obaj na pozór skrajnie się różnią: Jacob to idealista, Jorgen pragmatyk, jeden wolny duch, drugi szef, mąż, ojciec. Jeden nie ma nic, drugi ma wszystko. Bier powoli odsłania jednak elementy układanki i ujawnia motywacje bohaterów, każąc nam do końca rewidować przekonania na ich temat. Końca nazbyt może melodramatycznego, ale i tak warto ten film zobaczyć, żeby się przekonać, że chłopaki też płaczą.

Małgorzata Sadowska/ Przekrój

„Tuż po weselu”, reż. Susane Bier, Dania/Szwecja 2006, 120’, Vivarto, premiera 16 marca



SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)