Strajk

Film Schlöndorffa sprawia wrażenie, jakby wyszedł spod ręki amatora, tudzież niezdolnego debiutanta.
/ 26.02.2007 14:08
To, co zaskoczyło mnie najbardziej, to fakt, że film Schlöndorffa sprawia wrażenie, jakby wyszedł spod ręki amatora, tudzież niezdolnego debiutanta, a nie człowieka, który nakręcił „Blaszany bębenek”.

Historia Agnieszki Walczak oparta na biografii Anny Walentynowicz (tej ostatniej „Strajk” nie przypadł do gustu) to zlepek obrazków z życia wzorowej robotnicy, która staje się działaczką związkową, a w finale rozgoryczona usuwa się w cień. Nie ma sensu dyskutowanie o historycznej wiarygodności filmu, bo Schlöndorff nie zadbał nawet o elementarną psychologiczną wiarygodność własnej bohaterki, której postać zbudowana jest ze stereotypów: socjalistycznej przodownicy pracy i matki Polki. Grana przez Katharinę Thalbach Walczak dziarsko więc spawa, dzielnie operuje stoczniowym dźwigiem, uparcie składa literki (kiepsko u niej z czytaniem), a wrodzona prostoduszność każe jej tępić wszelkie przejawy niesprawiedliwości. Lecz to nie tylko kobieta pracująca, która żadnej pracy się nie boi. Agnieszka godnie dźwiga swój krzyż w postaci samotnego macierzyństwa, po macierzyńsku też troszczy się o kolegów ze stoczni („Mateusz, nie pij!”), a na widok papieża w telewizji – buch! – pada na kolana. Jednak na wyżyny groteski wynosi tę postać fatalny moim zdaniem polski dubbing – działaczka Solidarności popiskuje cienkim głosikiem rodem z kreskówek. Owszem, w „Strajku” Walczak/Walentynowicz często podkreśla, że bardzo kocha morze, ale to chyba nie powód, żeby z niej robić rybkę Nemo?

Małgorzata Sadowska/ Przekrój

„Strajk”, reż. Volker Schlöndorff, Niemcy/Polska 2006, 104’, Best Film, premiera 23 lutego
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)