Przebudzenie smoka

Kaige Chen zafundował nam przepiękne widowisko, barwne i kosztowne niczym waza z chińskiej porcelany. I tak samo jak ona puste w środku.
Całość utrzymana jest w konwencji baśni, nawet zaczyna się dawno, dawno temu, gdy na ziemi obok ludzi żyli bogowie. Mała dziewczynka Quingcheng zawiera pakt z boginią – w zamian za urodę i czar będzie tracić wszystkich mężczyzn, których pokocha. Chyba że czas popłynie wstecz, umarli wstaną z grobów, a wiosną spadnie śnieg.
20 lat później dorosła już Quingcheng jest obiektem pożądania władcy, generała, jego niewolnika oraz księcia arcyłotra. Bohaterami targają wichry namiętności nie słabsze od tych, które rozwiewają szaty i włosy pięknej Quingcheng. Niestety, emocje są przerysowane i puste, rodem z taniego melodramatu. A ich zderzenie z powściągliwą azjatycką kulturą częściej wywołuje śmiech niż wzruszenie.
Baśniowa w „Przysiędze” jest piękna przyroda, gra kolorów. Postacie też są niezwykle barwnie odziane. Poza tym – płaskie, jakby wycięte z bajkowych ilustracji. Z wielu stron pokazuje je wyłącznie stojący za kamerą Peter Pau nagrodzony Oscarem za zdjęcia do „Przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka”. Lecz nawet i jego wysiłki na niewiele się zdają, gdy bohaterowie podrywają się do lotu lub uciekają przed stadem tandetnie animowanych byków. Efekty specjalne w „Przysiędze” pasują raczej do taniej gry komputerowej, nie zaś do najkosztowniejszego filmu chińskiej kinematografii. Miało być atrakcyjnie, jest obciachowo. Głęboko pod tą kolorową fasadą kryje się nawet frapujący obraz świata pełnego chaosu, bez norm i wartości, w którym życie zależy od kaprysów losu i władców, a ludzie próbują walczyć ze swoim przeznaczeniem. Szkoda tylko, że jest on ukryty lepiej niż tytułowy smok ze słynnego filmu Anga Lee.

Ola Salwa/ Przekrój
„Przysięga”, reż. Chen Kaige, Hongkong/Chiny, 2005,

O swoim filmie opowiada reżyser filmu Kaige Chen:
Mariola Wiktor: Przygotował pan dwie wersje „Przysięgi”. Ta dla widza chińskiego jest aż o 18 minut dłuższa niż wyświetlana w USA. Czym się różnią?
Kaige Chen: Z amerykańskiej wycięliśmy sceny, które mówią więcej o przeznaczeniu. Wersja amerykańska jest mniej filozoficzna i nie tak psychologicznie powikłana, za to bardziej widowiskowa. Zachodnia publiczność nie zna dobrze chińskiej kultury, filozofii taoizmu, malarstwa, kaligrafii i chyba nawet niespecjalnie chciałaby się w nie zagłębiać. Dla niej bardziej atrakcyjne są walory estetyczne filmu, jego egzotyka, efekty komputerowe.

Czy historyczny i fantastyczny kostium wymuszony został jednak przez cenzurę? W filmie, podobnie jak w pańskich poprzednich produkcjach, nie brakuje aluzji do problemów współczesnych Chin.
– Ależ cały ten sztafaż nie bierze się tylko z powodu cenzury! Także chiński widz kocha kostium, maskę, baśniowość, a mnie zależy na tym, by do niego dotrzeć, by skutecznie bronić się przed zalewem hollywoodzkich produkcji. Niektórzy bohaterowie „Przysięgi” to portrety typów ludzkich spotykanych dziś na ulicach chińskich miast. Weźmy Generała. To odpowiednik współczesnego, bezwzględnie dążącego do sukcesu biznesmena. A Księżniczka? To typowa marząca o lepszym życiu dziewczyna z wielkiego miasta, która wybierze pieniądze, a odrzuci miłość.

Podobno pana alter ego w tym filmie to postać Niewolnika.
– Tak! Ta przemiana, którą przechodzi pod wpływem miłości do Księżniczki, oraz cierpienia, jakich doświadczał, przypominają mi moją drogę do tego, kim dziś jestem. Kiedy 40 lat temu, w czasach rewolucji kulturalnej, w ramach reedukacji zesłano mnie na plantację kauczuku i skazano na wegetację w nieludzkich warunkach, czy mogłem przypuszczać, że kiedyś będę mógł w moim własnym kraju pokazywać filmy w tylu kopiach i kształcić się za granicą? I że ktoś zechce mnie pokochać? Podobnie jak Niewolnik długo nie miałem żadnych doświadczeń z kobietami. Ożeniłem się dosyć późno i dopiero teraz mam małe dzieci.

Wydaje się, że cenzura w chińskim filmie złagodniała, ale pojawiła się presja ekonomiczna.
– To prawda. Jeszcze niedawno, gdy mój film „Żegnaj, moja konkubino” zdobył Złotą Palmę w Cannes, przez dwa lata zakazany był w Chinach. Z „Przysięgą” nie miałem już takich problemów. Właściwie w tej chwili cenzura ogranicza się głównie do ochrony pryncypiów politycznych. Natomiast nie ma u nas czegoś takiego jak presja poprawności politycznej, na którą moim zdaniem chorują kino amerykańskie i zachodnioeuropejskie. Musimy za to walczyć o widza chińskiego wobec zalewu kina hollywoodzkiego.

Wielu młodych filmowców chińskich, jak choćby Jiang Wen czy Jiego Zhangke, których filmy objęte są zakazem rozpowszechniania, uważa, że komuniści podlizują się starszej, mniej radykalnej w piętnowaniu patologii społecznych generacji, do której i pan należy.
– Młodzi filmowcy, nawet jeśli mają problemy z cenzurą, są i tak w lepszej sytuacji niż my w ich wieku. 30 lat temu nie było ani Internetu, ani drugiego obiegu w postaci DVD. Po wtóre, Chiny były naprawdę hermetycznym krajem. Teraz łatwiej jest wyjechać, uzyskać fundusze od producentów zagranicznych, a kino chińskie cieszy się zainteresowaniem publiczności zachodniej. Poza tym młodzi filmowcy chińscy są o wiele lepiej niż my przygotowani do traktowania filmu jako produktu komercyjnego. I bardzo dobrze.

Film o Mao na pewno wzbudziłby ciekawość za oceanem. I nie tylko. Zrobi go pan?
– Myślałem o tym, ale to jeszcze nie ten czas. Dla wielu ludzi w Chinach przewodniczący Mao to ciągle niemal bóg, ojciec narodu, symbol, abstrakcja, ale nie realny, żywy człowiek. Dla mnie to bardzo skomplikowana postać, niejednoznaczna. Nie wiem, zobaczymy...

Rozmawiała Mariola Wiktor
(wsp. masa)

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/13 lat temu
Naszych widzów bardziej zainteresuje ta dłuższa wersja, nieokrojona z refleksji.