Madeinusa

Wbrew tytułowi (zbitka słów „Made in USA”) nie opowiada o emigrantach pracujących na nocną zmianę w amerykańskiej fabryce tekstyliów.
Świetny debiut Claudii Llosy to fascynująca podróż na peruwiańską prowincję, gdzie mieszkańcy mimo pozornej otwartości żyją według pradawnych reguł. Madeinusa to indiańska nastolatka, która staje się obiektem pożądania własnego ojca.

Ten zaś czeka na Święty Czas, lokalny odpowiednik Wielkanocy, bo wówczas Chrystus leży w grobie z zawiązanymi oczami i można grzeszyć do woli... Życie dziewczynki zmienia się, gdy do wioski przybywa obcy z Limy, Salvador („zbawiciel”). Uwodzi Madeinusę, obiecuje ją uratować od ojca, wszechogarniającej nudy i wywieźć do miasta.
Llosa nie tylko portretuje zachwycającą przyrodę i osobliwe zwyczaje wsi, ale również opowiada o niemożności porozumienia między ludźmi, o dramatycznym problemie z komunikacją. Bohaterowie, choć mówią tym samym językiem, są sobie obcy i nie pomogą im żadne słowa – zwłaszcza że te coraz częściej brzmią pusto. Jak pożyczone z metki na ubraniu imię Madeinusy.
Nazwać – to nie znaczy zrozumieć, mówi nam Llosa i mimo że w filmie mieszają się katolickie i pogańskie symbole, reżyserka nie buduje nadętych metafor i ucieka od „metkowania” tajemniczego świata, który nam pokazuje. W przeciwieństwie do aroganckiego gringo – Salvadora – Claudia Llosa nie strzępi (filmowego) języka!

Ola Salwa/ Przekrój

„Madeinusa”, reż. Claudia Llosa, Peru/Hiszpania, 2005, AP Manana, premiera 5 stycznia
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)