Kupiec wenecki

Adaptacja szekspirowskiej sztuki, zamiast obalać stereotypy, tylko je utrwala.
Film Michaela Radforda (twórcy oscarowego „Listonosza”) jest kolejną stylową, świetnie zagraną ekranizacją dramatu Szekspira. I na tym można by nawet zakończyć recenzję, gdyby nie jeden szkopuł. Radford wziął się do utworu oskarżany o antysemityzm. Nie bez podstaw – jego fabuła opiera się bowiem na najstraszniejszym ze stereotypów, głoszącym, iż Żydzi pragną – jak najdosłowniej – krwi chrześcijan.
W XVI-wiecznej Wenecji żydowski lichwiarz Shylock (Al Pacino) pożycza pieniądze chrześcijańskiemu kupcowi Antoniemu (Jeremy Irons). W zastaw żąda... funta ciała dłużnika. Zanim jednak rozpocznie się w filmie Szekspirowska historia, napisy informują nas, że Żydzi w Wenecji musieli nosić czerwone czapki i mieszkali w getcie zamykanym o zmierzchu. Widzimy sceny, w których zacni katolicy (w tym Antonio) plują na nich podburzani przez duchownych. „Kupiec wenecki” Radforda to przede wszystkim film o wykluczeniu – na przegranej pozycji jest zarówno Shylock, jak i Antonio, który kocha zakazaną miłością Bassania (Joseph Fiennes) i to dla niego ryzykuje życie. Wszystkie reżyserskie zabiegi są czytelne, ale według mnie za słabe. Nie przebiją się przez „urok” opowieści, w której perfidna fabuła wpisana została w malownicze decorum. W przypadku adaptacji tego typu sztuk trzeba zdecydowanie iść pod prąd tekstu – tak jak zrobił Krzysztof Warlikowski, przenosząc na deski Teatru Dramatycznego w Warszawie szowinistyczne „Poskromienie złośnicy”. Może jestem przeczulony, ale trudno się dziwić, skoro żyjemy w kraju słynącym na cały świat z antysemityzmu i innych odmian ksenofobii.

Bartosz Żurawiecki/ Przekrój

„Kupiec wenecki”, reż. Michael Radford, Wielka Brytania/USA/Włochy/Luksemburg 2004, SPInka,
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/13 lat temu
"skoro żyjemy w kraju słynącym na cały świat z antysemityzmu i innych odmian ksenofobii." - może Pan ale ja nie! Może to tak wygląda w Warszawie ale nie we Wrocławiu!