Kości zostały rzucone

Do kin po raz trzeci wkraczają "Piraci z Karaibów".
Do kin po raz trzeci wkraczają "Piraci z Karaibów". Za sprawą Johnny’ego Deppa moda na piratów wciąż trwa – podobnie jak moda piracka. Trupia czaszka i skrzyżowane piszczele to najpopularniejszy motyw sezonu.





Jak powszechnie wiadomo, nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki – reguła ta najwyraźniej nie dotyczy jednak mórz i oceanów. Za sprawą "Piratów..." już po raz trzeci zanurzymy się więc w lazurowe wody Karaibów i kto wie, czy skończy się na trylogii, bo i producent Jerry Bruckheimer, i para scenarzystów Ted Elliott i Terry Rossio od jakiegoś czasu nieśmiało przebąkują o kontynuacji pirackiej serii. Wprawdzie swoje désintéressement zgłosił już gwiazdorski duet Keira Knightley i Orlando Bloom, ale kit im rumba w katakumbach!*. Bo "Piraci z Karaibów" to spektakl jednego aktora – Johnny’ego Deppa, bez którego pomysłowości, brawury i talentu całe to przedsięwzięcie spoczęłoby pewnie na dnie box-office’u.

Przegięty pirat
Dopóki "Piraci z Karaibów" nie wzięli szturmem serc i kieszeni widzów, gatunek piracki uchodził za passé. Przyczyniły się do tego dwie spektakularne klęski, przede wszystkim "Piratów" Romana Polańskiego (1986). Wymarzona przez reżysera kosztowna produkcja nie sprawdziła się w erze kina Nowej Przygody (dzieła Lucasa i Spielberga). Żeglowanie po morzach okazało się przygodą mocno przestarzałą, a filmowi Polańskiego zarzucano brak dobrego scenariusza, wartkiej akcji i totalną rozwlekłość. Gwoździem do trumny (czy raczej umrzyka skrzyni) okazała się "Wyspa piratów" Renny’ego Harlina (1995), która przy budżecie 90 milionów dolarów zarobiła zaledwie 10 milionów. I temu filmowi zabrakło fascynującej intrygi, a przede wszystkim tego, co niesie każdą dobrą opowieść – bohatera. To właśnie fantastyczny bohater sprawił, że kino pirackie znów złapało wiatr w żagle. Mowa oczywiście o kapitanie Jacku Sparrowie. Autorem intrygującego wizerunku kapitana piratów, na który składają się między innymi złote zęby, mocno podmalowane oczy, dredy i koraliki, jest sam Johnny Depp. Producenci filmu – koncern Disneya – byli początkowo absolutnie przeciwni takiemu image’owi Sparrowa. Bo wprawdzie kapitan otacza się wszystkimi niezbędnymi elementami pirackiego rzemiosła (trupie czachy, rum itp.), ale w niczym nie przypomina innych outsiderów z morskich opowieści. Ma gdzieś kodeks honorowy i na pewno nie można liczyć na jego lojalność. Jest sprytny i zwinny, ale zarazem to piracka fajtłapa bez ambicji. Nieźle fechtuje, ale wcale nie przepada za pojedynkami, a z opresji zwykł salwować się ucieczką. No, a przede wszystkim jest nieco hm... przegięty. Jego chód, gestykulacja, makijaż są co najmniej dwuznaczne.
Nic więc dziwnego, że podczas wywiadu ktoś bez ogródek zapytał Deppa o gejowski kontekst tej postaci. Ten nie odpowiedział wprost, za to powołał się na książkę "Sodomy and the Pirate Tradition" ("Sodomia w tradycji pirackiej"), którą uznał za szalenie inspirującą. No bo przecież nie dość, że mężczyźni spędzali na statkach całe miesiące, to jeszcze kobiety na pokładzie uznawano za zły omen. Wnioski? Wyciągnijcie sami.
Właśnie cudowna niejednoznaczność i ambiwalencja, na które zdecydował się Depp, czynią ze Sparrowa postać tak intrygującą. To bohater, który mieści się w konwencji i jednocześnie od niej odstaje, podobnie zresztą jak sam Depp, któremu wciąż skutecznie udaje się łączyć image ambitnego artysty, romantyka i outsidera z francuskiej wsi z mocną pozycją w hollywoodzkich rankingach i zarobkami rzędu 20 milionów dolarów (tyle dostał za drugą część "Piratów..."). Z jednej strony to wciąż "cudowny chłopiec" (mimo przekroczonej czterdziestki), z drugiej "cud box-office’u", jak coraz częściej się o nim mówi.

Kicz i ekscesy
To właśnie Depp wpadł na genialny w swej prostocie pomysł, żeby połączyć tradycyjny wizerunek pirata z nowoczesnym – gwiazdy rocka. Wielokrotnie przyznawał się do fascynacji gitarzystą The Rolling Stones Keithem Richardsem, który miał największy wpływ na styl kapitana Sparrowa. Taki idol to nic dziwnego, w końcu aktor sam jest gitarzystą – niegdyś zespołu Kids, a obecnie P. Udało mu się nawet wykorzystać okazję, by chwycić za "wiosło" i zagrać na płycie Oasis "Be Here Now", gdy jeden z muzyków był zbyt pijany.
Po długich namowach Keith Richards ostatecznie pojawia się w trzeciej części w niewielkiej rólce, tyle tylko, że producenci i scenarzyści w ostatniej chwili gwałtownie zaczęli zaprzeczać, jakoby wystąpił jako ojciec Jacka Sparrowa. Na planie zgodnie z obowiązującym rockowym stylem miał się pojawić pijany, a w jeszcze większą konfuzję wprowadziło producentów jego wyznanie sprzed miesiąca o tym, że z lubością wciągał prochy swojego ojca. Choć ostatecznie Richards temu zaprzeczył, szefowie Disneya postanowili zminimalizować jego udział w kampanii promocyjnej – w końcu "Piraci..." to kino rodzinne.
Ślady takiej rockowej nonszalancji odnaleźć można bez wątpienia w postaci Sparrowa – niczym muzyczna gwiazda wciąż jest "w trasie", podczas której zdarzają mu się niezwykłe solowe występy, alkohol leje się strumieniami i mnożą się okazje do rozlicznych przygód. Nie mówiąc już o romantycznej otoczce, jaka towarzyszy nieustannemu życiowemu tournée.
Ów outsiderski, buntowniczy wizerunek pożyczył Depp nie tylko od Richardsa. Stylem Sparrow przypomina takie gwiazdy muzyki nowofalowej, jak przepadający za pirackimi fatałaszkami Adam Ant, mocno umalowany Boy George czy grupa Dead or Alive, której lider nosił opaskę na oku. Kapitan Sparrow, choć w filmie żyje mniej więcej w XVI wieku, tak naprawdę jest echem wczesnych lat 80. wieku XX, epoki, w której uwielbiano przebieranki, a granice tożsamości płciowej czy seksualnej zostały zatarte. Kiedy w modzie dominował kicz, a w życiu ekscesy.
Jeśli dobrze przyjrzeć się strojom kapitana Sparrowa, chuście na czole i fantazyjnym koralikom we włosach, można mieć wrażenie, że nie tyle jest ubrany, ile przebrany. I to osobiście przez Johna Galliano albo Vivienne Westwood, która wykreowała styl punk oraz new romantic i która na początku lat 80. stworzyła kilka takich "pirackich" kolekcji, zapoczątkowując szał na punkcie trójgraniastych kapeluszy, surdutów i kamaszy. Dziś piracka moda powraca do łask, choć w nieco innym wydaniu. Bez wątpienia ogromna w tym zasługa trylogii Gore’a Verbinskiego i samego Deppa.

Czacha od Diora
Wystarczy przejść się ulicą dowolnego polskiego miasta, żeby zobaczyć groźne pirackie logo zdobiące bluzeczki, paski, buty, biżuterię. Czaszka i piszczele to najmodniejszy detal sezonu.
Jeśli kogoś stać na przykład na biżuterię Diora, może sobie kupić hit jesiennej kolekcji: pierścionek ze złota, koralu i diamentów z trupią czachą, której oczodół zasłania piracka opaska.
Dior wypuścił też na rynek naszyjniki i bransoletki z tym samym uroczym motywem sugerującym nieuchronną bliskość śmierci. Ralph Lauren przyozdobił czaszkami między innymi parasole oraz bokserki, a inni szklanki, skarpetki, notesy, czapki i... plastry opatrunkowe. Kości na T-shircie nie boi się Madonna, a Angelina Jolie, po raz pierwszy pokazując światu swoje dziecko, przyodziała niemowlaka w modną koszulkę z czaszką.
Zanim jednak fascynacja filmem zaprowadzi was do sklepu pełnego trupich czach, pamiętajcie, że ktoś tu chce podstępnie złupić wasze kieszenie!

Małgorzata Sadowska/ Przekrój

* To siarczyste pirackie przekleństwo autorstwa Jeremiego Przybory pochodzi z libretta do "Piotrusia Pana" według powieści J. M. Barry’ego.

Fot. FORUM FILM
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)