Kapitan Jack Sparrow powrócił!

Nowi „Piraci z Karaibów” na dobre postawili na nogi martwy z pozoru gatunek i w kinowych rankingach pokonali nawet „Kod Da Vinci”.
/ 24.07.2006 15:15
Jedyna pewna rzecz na tym świecie to śmierć i podatki – oświadczył filozoficznie słynny producent Jerry Bruckheimer, pytany, czy pewny jest sukcesu drugiej części „Piratów z Karaibów”, czyli „Skrzyni umarlaka”. Była to jednak z jego strony przesadna ostrożność albo fałszywa skromność. „Skrzynia umarlaka”, która właśnie wchodzi do polskich kin, pobiła wszelkie kasowe rekordy – odnotowała najlepsze w dziejach otwarcie (132 miliony dolarów wpływów) i najlepszy z dotychczasowych wynik pierwszego dnia wyświetlania (55,5 miliona dolarów wpływów).
To również pierwszy w historii film, któremu udało się w ciągu dwóch weekendowych dni zarobić ponad 100 milionów dolarów („Kod Da Vinci” wypracował tylko 77 milionów). Pierwsza część filmu, zrealizowana za 140 milionów „Klątwa Czarnej Perły”, do tej pory zarobiła na całym świecie aż 653 miliony.
W tym wszystkim nie chodzi jednak wyłącznie o oszałamiające wyniki rynkowe. „Piraci z Karaibów” to sukces z jeszcze jednego powodu – pierwsza część, jak chyba żaden wakacyjny hit, pogodziła gusta widzów i krytyków. Jak oni to zrobili?! – zastanawiają się dziennikarze i analitycy rynku filmowego. No właśnie – jak?

Pójdziecie na dno!
Tytułowy „umarlak” jeszcze do niedawna był najdoskonalszym ze słów na określenie tego, co stało się z kinem pirackim. – Ten gatunek był martwy od jakichś 40 lat – przyznaje sam Bruckheimer. A każda próba ożywienia umarlaka kończyła się klęską, by wspomnieć tylko bolesną porażkę Romana Polańskiego, którego „Piraci” błyskawicznie poszli na dno w kinowych rankingach, na kilka lat załamując reżyserską karierę artysty. Nic więc dziwnego, że nikt nie wróżył powodzenia kolejnemu pirackiemu projektowi, którego tytuł przeniesiono zresztą żywcem z nazwy jednej z sekcji w disneyowskim parku rozrywki. Produkcję filmu uznano za marketingowy chwyt mający przypomnieć o istnieniu Disneylandu, do tego chwyt raczej marny, zważywszy na to, że dwa inspirowane Disneylandem filmy („Nawiedzony dwór” i „Country Miśki”) okazały się klapami.
A jednak „Piraci z Karaibów” nieoczekiwanie zrobili furorę. Pewnie dzięki błyskotliwemu scenariuszowi oferującemu to, czego zwykle brakuje letnim hitom – doskonale nakreślone postaci. Życie tchnęła w nie zaś świetnie dobrana obsada, co ciekawe, w dużym stopniu europejska (Keira Knightley i Orlando Bloom to Brytyjczycy; mieszkającego od lat we Francji Johnny’ego Deppa też trudno uznać za przedstawiciela Hollywood). A już na pewno nie byłoby sukcesu bez fenomenalnej, brawurowej roli Deppa, który, wcielając się w pirackiego kapitana Jacka Sparrowa, poszedł na całość: wymyślił jarmarczną charakteryzację (dredy, złote zęby) i kostium, dorzucając do tego jeszcze specyficzną gestykulację w stylu przejaskrawionej „cioty”. Zresztą ten pomysł na postać na początku przeraził szefów Disneya. Tymczasem to właśnie był strzał w dziesiątkę. Wszyscy kochają ekscentrycznego pirata właśnie dlatego, że to bohater przekraczający granice płci, wieku i – bez wątpienia – epoki. Postać zbudowana na pastiszu. Świadomie wystylizowany przez Deppa na podobieństwo gitarzysty Rolling Stonesów Keitha Richardsa ma się kojarzyć – i kojarzy się! – ze świrem, człowiekiem łamiącym wszelkie reguły, niezależnym od systemu i instytucji, żyjącym z dnia na dzień – i jeszcze bezczelnie czerpiącym z tego przyjemność. Dokładnie jak współczesna gwiazda rocka. Richards ma zresztą pojawić się w trzeciej części filmu, podobno w małej rólce tatusia kapitana Sparrowa.

Perły do wzięcia
Trzecia część filmu, która wejdzie do kin za rok (a już mówi się o kolejnych, bo ani aktorzy, ani producenci nie mają ochoty zarzynać kury znoszącej złote jaja), kręcona była równolegle z drugą. Rzadko się bowiem o tym pamięta, ale „Piraci z Karaibów” to nie tylko fantastyczna zabawa, lecz również gigantyczne przedsięwzięcie finansowe. Równoległa realizacja kolejnych części (tak zrobili wcześniej Wachowscy z „Matriksami”) oznacza ogromne oszczędności. Podczas gdy pierwsza część pochłonęła 140 milionów dolarów, dwie pozostałe już „tylko” 200 milionów.

Po sukcesie pierwszej części „Piraci z Karaibów” stali się doskonałą, rozpoznawaną, uwielbianą marką. I to do tego stopnia, że w dniu otwarcia odnowionej pirackiej trasy w Disneylandzie (oczywiście jest tam teraz również postać Sparrowa) tysiące ludzi czekało ponad 30 godzin, żeby dostać się do środka. W USA trwa dziś piratomania, w modzie są związane z filmem gadżety od ubrań po talerze z piracką czachą, oczywiście mnożą się również specjalne internetowe strony.
Pod sukces podłącza się, kto może – formalnie lub nie. I tak w Legolandzie w Kalifornii właśnie oddano do użytku Pirate Shores, sekcję poświęcono właśnie piratom, zaś dwa dni przed amerykańską premierą „Skrzyni umarlaka” telewizyjny History Channel wyemitował dokument poświęcony prawdziwym dziejom piractwa na Karaibach. Ba, karaibskie wysepki, na których kręcono zdjęcia do filmu, nie mogą doczekać się turystów. Już dziś można kupić bowiem wycieczki uwzględniające podróż do filmowych lokalizacji. Brzmi to może niezbyt poważnie, ale mowa o naprawdę poważnych pieniądzach. Zyski wygenerowane przez zjawisko, jakim stali się „Piraci”, są więc dużo, dużo większe niż te dawane przez sam film.
Nic więc dziwnego, że pod produkcję starało się podczepić jak najwięcej firm. Na długiej liście sponsorów „Piratów z Karaibów” znaleźli się między innymi: McDonald’s, M&M’s (wyprodukowali na przykład White Chocolate Pirate Pearls, czyli Pirackie Perły z Białej Czekolady), Kodak, Visa, kupony Valpak, płatki śniadaniowe Kellogg’s, MySpace, sieć komórkowa Verizon czy wreszcie gitary Gibsona albo Volvo. Ci ostatni pod szyldem „Piratów z Karaibów” zorganizowali rejs dookoła świata na jachcie „Czarna Perła” (tak nazywał się statek Sparrowa), który notabene wciąż trwa.
Jak widać, choć to nielegalne, nie ma dziś bardziej intratnego zajęcia niż piractwo ani lepszego towarzystwa niż łajdak i pijaczyna, kapitan Jack Sparrow. Johnny Depp martwi się więc na zapas, mówiąc: – Być może skończę w centrach handlowych, występując jako Sparrow. Kto wie...?
Na razie żałosna emerytura w hipermarkecie to dla niego bardzo odległa perspektywa. Już za rok do kin wejdą bowiem kolejni „Piraci z Karaibów” i nawet jeśli będą gniotem wszech czasów, niewątpliwie pobiją kolejne kasowe rekordy. Tego akurat jestem pewna jeszcze bardziej niż Bruckheimer śmierci i podatków.

Małgorzata Sadowska/ Przekrój

„Piraci z Karaibów. Skrzynia umarlaka”, reż. Gore Verbinski, USA 2006, Forum Film
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/18.09.2006 15:38
macie jakieś foty - kapitalne te grafiki z II części. Pzdr, Szpaner