Jej lewa stopa

„Pulp Fiction” wraca do kina! Film przez lata nic a nic się nie zmienił, zatem dlaczego warto go znów obejrzeć?
/ 15.12.2006 13:24
Za sam wkład w światowy dyskurs o masażu stóp należą się Quentinowi Tarantino wszystkie honory, które go w związku z „Pulp Fiction” spotkały. A było tego sporo. Złota Palma w Cannes, Oscar i nagroda Edgara Allana Poego za najlepszy scenariusz, BAFTA dla Samuela L. Jacksona, no i najcenniejsze wyróżnienie – tłumy w kinach.

A przecież „Pulp Fiction” w niczym nie przypomina innych hitów 1994 roku, czyli do bólu poczciwego „Forresta Gumpa”, wściekle sentymentalnych „Skazanych na Shawshank” i pre- tensjonalnego „Wywiadu z wampirem”.
Jest filmem brutalnym (kawałki mózgu Marvina, które przylepiły się do afro Julesa, mogą się śnić po nocach, podobnie jak scena reanimowania Mii), wulgarnym (ktoś policzył, że słowo „fuck” pada w nim 281 razy, a więc blisko dwa razy na minutę!), a przy tym pełnym zaskakujących zwrotów akcji.
Sztuki suspensu Tarantino musiał się uczyć od Hitchcocka, bo tak jak on zaczyna od trzęsienia ziemi (napad na restaurację), po czym eskaluje napięcie. Pomaga sobie nieco, manipulując przy chronologii wydarzeń – dopiero po obejrzeniu całości jesteśmy w stanie ułożyć sobie je w głowie i połączyć przyczyny ze skutkami. No, prawie wszystkie, bo do końca nie dowiemy się przecież, co było w walizce... Nie dowiemy się tego również w na nowo wprowadzonym do kin „Pulp Fiction”, bo to dokładnie ta sama wersja, którą oglądaliśmy przed laty.
A jednak z czegoś innego bierze się prawdziwa siła filmu Tarantino. Bawiliście się kiedyś przy ścieżce dźwiękowej filmu? Przez dobrych kilka sezonów była przebojem prywatek na całym świecie, choć jej najmocniejsze punkty – takie piosenki jak „Girl, You’ll Be A Woman Soon” Neila Diamonda (w uwspółcześnionej wersji Urge Overkill) czy „Flowers On The Wall” Statler Brothers – zostały przywołane przez reżysera z otchłani zapomnienia. Tarantino miał w owym czasie prawdziwie midasowy dotyk, o czym mogą zaświadczyć aktorzy.
Za sprawą „Pulp Fiction” z aktorskiego niebytu wrócił John Travolta (pechowy bandzior Vincent), a Uma Thurman (ponętna Mia Wallace, żona mafijnego bossa), Samuel L. Jackson (nawrócony bandzior Jules) i Harvey Keitel (pan Wolfe, rozwiązuje problemy) zostali katapultowani na szczyt hollywoodzkiej listy płac.
Na tym jednak nie koniec wykopalisk, bo obraz ocieka cytatami z innych filmów, od „Rio Bravo” po niezidentyfikowane kryminały z Dalekiego Wschodu. Do tego garść nawiązań do seriali, książek, komiksów, testów piosenek... Ponad dekadę temu mówiło się, że czyni to „Pulp Fiction” filmem postmodernistycznym, ale jako że pojęcie to dawno wyszło z mody, przyzwyczajmy się do myśli, że mamy do czynienia po prostu z filmem dobrym. Wybitnym nawet, choć wypranym z jakiegokolwiek ważkiego przesłania. „Pulp Fiction” nie miał bowiem zmienić świata, ale podobnie jak kryminalne czytadła, do których nawiązuje w tytule, zapewnić kinomanom porcję wyśmienitej rozrywki. Udało się. Bądźmy więc wdzięczni reżyserowi, że zanurkował w popkulturowym śmietniku, wyławiając co lepsze kawałki i żonglując nimi ku uciesze widzów. Którzy, nawet jeśli nie wszystko byli w stanie rozszyfrować – a większość tych produkcji nigdy do Polski nie dotarła – doskonale wyczuli konwencję zaprawionej ironią zabawy proponowanej przez Tarantino.
Natomiast wracając do fundamentalnej kwestii masażu, skłonny jestem przyznać rację Vincentowi. Pan Wallace miał prawo się wkurzyć, że ktoś dotykał stóp jego żony...

Jarek Szubrycht/ Przekrój

„Pulp Fiction”, reż. Quentin Tarantino, USA 1994, SPI, premiera 15 grudnia
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)