"Jak zostać królem" - We-Dwoje.pl recenzuje

Choć z komercyjnego punktu widzenia bardziej chwytliwe wydają się miłosne perypetie następcy brytyjskiego tronu Edwarda VIII, Tom Hooper bohaterem swojej opowieści uczynił jego brata jąkałę.

Choć z komercyjnego punktu widzenia bardziej chwytliwe wydają się miłosne perypetie następcy brytyjskiego tronu Edwarda VIII, Tom Hooper bohaterem swojej opowieści uczynił jego brata jąkałę. I chwała mu za to. Zamiast rzewnego hollywoodzkiego romansu otrzymaliśmy bowiem intrygujący obraz o zwykłych problemach niezwykłego człowieka i jego prywatnej wojnie z samym sobą.

Książę Albert od dzieciństwa ma problem ze swobodnym wysławianiem się, zwłaszcza wtedy, gdy emocje biorą górę bądź dochodzi do publicznych wystąpień. Pewnego dnia trafia do gabinetu osobliwego terapeuty, w gruncie rzeczy niespełnionego aktora, który swoimi niekonwencjonalnymi metodami wydobywa z niego głos, pomaga mu stawić czoła głęboko skrywanym lękom, a także daje Anglikom przywódcę, zdolnego w tym przełomowym okresie historii, jakim jest wybuch II wojny światowej, podźwignąć ciężar angielskiej korony i poprowadzić swoich poddanych w walce przeciwko germańskiemu najeźdźcy.

"Jak zostać królem" to wysmakowany obraz, który zachwyca na wielu płaszczyznach. To dzieło niemalże teatralne stawiające w centrum uwagi imponujący spektakl aktorskich umiejętności Colina Firtha i Geoffrey Rusha. Gra tego duetu wyzwala autentyczne emocje. Nieśmiały i zakompleksiony książę Albert dzięki Firthowi staje się bliski i taki ludzki. Nie da się ukryć, że od czasów telewizyjnej wersji "Dumy i uprzedzenia" pan Darcy zrobił niebywałe postępy, obronną ręką wychodząc nawet z tak infantylnych produkcji jak "Czego pragnie dziewczyna" (2003). Choć rok temu zachwycił świat rolą pogrążonego w depresji homoseksualisty, oscarową statuetkę sprzątnął mu sprzed nosa Jeff Bridges za nomen omen równie dobrę kreację w "Szalonym sercu". W tym roku Colin Firth nie ma jednak sobie równych. Jest bardziej przekonujący, niż walcząca ze swoimi lękami Natalie Portman w obrazie Aronofsky'ego. Gra twarzą, głosem, ciałem. Wyśmienicie tworzy portret człowieka, któremu w końcu udaje się pokonać własne słabości. Prezentuje aktorski kunszt na najwyższym poziomie. Podobnie jak partnerujący mu Geoffrey Rush, który już wiele razy udowodnił, jak wielkim aktorem jest. W "Jak zostać królem" brawurowo odgrywa postać terapeuty o nieortodoksyjnych sposobach leczenia, który zagląda w najgłębsze zakamarki duszy księcia Alberta, by odkryć przyczyny leżące u podstaw jego językowych problemów. Colin Firth i Geoffrey Rush wyraźnie ze sobą współpracują. Stanowią jeden z najlepszych filmowych duetów w historii kina.

Przewijającą się na drugim planie Helenę Bonham Carter można w końcu zobaczyć bez burtonowskiego make-upu. Była zarazem ciepłą i kochającą żoną, jak i wytworną, podporządkowaną dworskiej etykiecie damą. Aktorka jest królową zarówno na planie, jak i poza nim. Swoją osobą ubarwiła dzieło Hoopera. Została dostrzeżona przez członków Akademii i miejmy nadzieję, że tym razem zostanie uhonorowana statuetką. Warte wspomnienia są epizodyczne występy brytyjskiej aktorki Eve Best, łudząco podobnej do odgrywanej przez niej postaci, dwukrotnej rozwódki Wallis Simpson oraz Timothy'ego Spalla w nietypowej jak na niego roli - samego premiera!

"Jak zostać królem" nie jest sztywnym brytyjskim dramatem historycznym. To zabawny, angażujący, miejscami wzruszający zapis przyjaźni rodzącej się pomiędzy nieśmiałym księciem i jego logopedą. Bez efektów specjalnych. Za to z błyskotliwymi i dowcipnymi dialogami Davida Sleidlera, rewelacyjną obsadą oraz porywającą ścieżką dźwiękową Alexandre'a Desplat. Obraz Hoopera zachęca do walki z własnymi słabościami, bo któż z nas ich nie ma. To film do którego można wielokrotnie wracać, za każdym razem czerpiąc niebywałą przyjemność z jego oglądania.

Fot. Filmweb

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)