Chłopiec z ferajny

Ostry, realistyczny "Twardziel" przypomina, że życia, niestety, nie da się cofnąć jak taśmy.
Jak daleko sięgam pamięcią, zawsze chciałem być gangsterem – zaczynał swoją opowieść bohater "Chłopców z ferajny".



15-letni Michael z "Twardziela" ani złodziejem, ani handlarzem narkotyków, ani gangsterem być nie chciał. Tak wyszło. Bo nieodpowiedzialna matka, bo grupa starszych wyrostków, którzy tłuką i żądają pieniędzy, bo życie w ogóle jest brudne i ciężkie. Banał? Nie, bo niemiecki reżyser ma w ręku asa – nastoletniego aktora Davida Krossa. Dzięki jego hipnotyzującej, naiwno-szczerej twarzy zapominamy, że takich historii było już mnóstwo. I zgadzamy się na podróż na dno, może i przewidywalną, a jednak zaskakująco wciągającą.

Michaela, który z luksusowego apartamentu musi przenieść się z matką do brudnej nory w dzielnicy dla imigrantów, stopniowo wsysa bagno. Zostawiony sam sobie nastolatek dokonuje wyborów na oślep, płynie z prądem, choć chce dobrze.
Światek podziemia wcale go nie fascynuje – właściwie do końca czuje się lepszy od tych, którzy piją ciepłe piwo, i od tych, którzy płacą mu za dostarczanie narkotyków. Ale to oni mają nad nim całkowitą władzę, co w finale bez skrupułów udowodnią.

Detlev Buck z ostrym, realistycznym pazurem nakręcił moralitet, który może się kojarzyć z filmem Fabickiego "Z odzysku" (ze względu na finał również z "Długiem" Krauzego). Bo "Twardziel" to film o sile, która nie ma nic wspólnego z mięśniami. Ale Michael odkryje ją zbyt późno. Zobaczy na swoim bucie ślad krwi, obudzi się z brutalnego snu i zrozumie, że życia nie można cofnąć jak taśmy.

Paweł T. Felis/Przekrój



Fot. Kino Świat

"Twardziel", reż. Detlev Buck, Niemcy 2006, 98’, Kino Świat, premiera 4 maja
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)