Izrael fot. ONS

Izrael - ziemia nieświęta

W stolicy Izraela możesz fikać i podskakiwać, ile zechcesz. Mieszkańcy pochodzą z tylu miejsc na świecie, że nauczyli się niczemu nie dziwić
/ 15.07.2009 10:24
Izrael fot. ONS

Od początku musisz wiedzieć jedno – Tel Awiw to nie Ziemia Święta. Równo sto lat temu nie było tu nic oprócz piachu. Miasto zbudowali emigranci z Europy, przeważnie niereligijni, dlatego bardzo europejski Tel Awiw jest przeciwieństwem bliskowschodniej Jerozolimy, malowniczej, ale nieco prowincjonalnej.

Tel Awiw rósł z południa (od strony starego portu Jafa) na północ. I teraz będę krzywdzić, bo przecież uogólnienia są krzywdzące: mieszkaniec nowszych, północnych dzielnic jest spiętym materialistą, pracownikiem korporacji, prawnikiem i tak dalej. Południowiec to pracujący luzak, student lub powłóczący dredami obieżyświat, który właśnie wrócił z Indii (Izraelczycy obu płci zwykle po służbie wojskowej jadą w podróż na Wschód). To uogólnienie pokrywa się ze stylem i natężeniem rozrywek, jakie znajdziesz w obu częściach miasta.

Stary Port z 1936 roku na północy miasta zamieniono kilka lat temu w centrum kulturalno-wypoczynkowe. Za dnia i wczesnym wieczorem jest celem rodzinnych spacerów. Do portu trafisz, idąc nad morze z centralnej stacji kolejowej (pociągiem przyjedziesz z lotniska) ulicą Arlozorov. Na plaży skręć w prawo. Dotrzesz do drewnianego pomostu pofalowanego miejscami niczym wydmy. Wzdłuż pomostu – rzędy restauracji z widokiem na morze.

Tam z izraelskich piw sięgnij po popularniejszy ciemniejszy goldstar lub jaśniejsze maccabee. Kilka lat temu Izraelczycy nie pili alkoholi mocniejszych niż piwo, zresztą dotąd w lokalach umawiają się, by pogadać, nie na popijawę. Jednak pod wpływem nowych obywateli z krajów byłego ZSRR modne stało się – i wciąż ma posmak nowości – przepijanie piwa kieliszkiem mocniejszego trunku (chaser). Jesteś z Polski, więc trunkowe stereotypy stawiają cię blisko Rosjan. Bądź gotów na oczekiwanie, że wódka to twoja przyjaciółka.

Po godzinie 23 lokale są zamykane, na pomoście pojawiają się imprezowicze z dyskotek urządzonych w byłych portowych magazynach. Bawią się przy rodzimym i importowanym techno. Jeśli cię to nudzi, idź na południe miasta.

Ruszasz plażą, na której wieczorem królują młodzi podrywacze. Przybywają spod miasta i liczą na intymną zabawę z przyjezdną dziewczyną. Jeśli nią jesteś, a nie masz ochoty na flirt, idź z chłopakiem, bo w przeciwnym razie nie opędzisz się od wstępnych propozycji masażu lub kupienia ci sukienki.

Mniej więcej w dwóch trzecich długości plaży poszukaj wylotu ulicy  Allenby  i skręć w nią. Zobaczysz wiele kawiarni, ale omiń je, dalej będzie ciekawiej. Lokale, w których wieczorem znajdziesz sensowny program artystyczny i muzyczny, są dopiero w okolicach południowego krańca Allenby (patrz ramka), a także w rejonie ulicy Florentin (o czym za chwilę) oraz przy ulicy Shalma*. W wyborze interesującego klubowego koncertu pomogą plakaty – zwykle mają też napisy po angielsku.

W południowym rejonie Allenby, głównie na ulicy Lilienblum, są też lokale „pick up” (randkowe), w których osoby obu płci samą obecnością informują, że są otwarte na propozycje (co nie znaczy, że są bezkrytyczne). Miejsca te nie są jednak specjalnie oznakowane i turysta bez pomocy miejscowego nie odróżni ich od zwykłych kawiarni. Na zdesperowanych pod opustoszałymi nocą wieżowcami Giełdy Diamentów w dzielnicy Ramat Gan czekają prostytutki.

Gdy pójdziesz jeszcze bardziej na południe, dojdziesz do ulicy Florentin, której rejon porównywany jest do londyńskiego Soho.

W dzień trudno zauważyć, że na Florentin można robić coś ciekawszego, niż cykanie zdjęć podupadłych sklepików i warsztatów. Tanie domy czynszowe, zbudowane prawie 80 lat temu przez Żydów z Grecji, upatrzyli sobie teraz młodzi ludzie, a także wyburzający je pod apartamentowce deweloperzy. Gdy wieczorem sklepy skryją się za zardzewiałymi żaluzjami, kawiarnie pozostają otwarte, ulica zapełnia się luzakami, a z lokali dochodzi izraelski rock lub reggae – bywa, że w wersji nieco archaicznej jak dla polskich uszu (ale w Tel Awiwie każdy słyszy to, co chce słyszeć, bo idzie tam, gdzie grają jego muzykę).

Lokale w mieście wyglądają jak kawiarnie, choć zwykle zaplecze mają obszerne niczym w restauracji i podają posiłki do około drugiej w nocy. Siedząc długo w knajpie w Izraelu, powinieneś bowiem coś zjeść, wszyscy jedzą. I rób to w dobrej kawiarni, czyli oczywiście popularnej wśród miejscowych. Jak odróżnić ich od wycieczki Żydów spoza Izraela? Wsłuchaj się, czy mówią po hebrajsku, i upewnij się, że ubrani są swobodnie, w sprane T-shirty.

Miejscowych do niedawna można też było poznać po kłębach papierosowego dymu, bo po służbie wojskowej palą prawie wszyscy. Ale od roku prawo ogranicza palenie w części miejsc publicznych. Jeśli lubisz popalić, zajrzyj do lokali położonych w okolicach ulicy King George i bazaru Karmel. Policja przymyka tam oko nie tylko na palenie tytoniu, ale i marihuany lub haszyszu. W Izraelu nie ma za to zakazu picia alkoholu na ulicy, ponieważ i tak nikt tego nie robi. Wyglądałbyś dziwnie – jak w Polsce pijąc na chodniku denaturat albo płyn do chłodnic. Własną butelkę opróżniaj więc na kwaterze lub pokątnie. A gdy kupujesz nocą wodę, piwo lub wódkę, rób to w całodobowych sklepach, bo w kioskach ceny są wyższe.

Jeżeli czegoś jeszcze nie wiesz, to „nie bądź Polakiem” (jak mówią w Izraelu o kimś zbyt krygującym się, za grzecznym) i śmiało pytaj przechodniów, zwłaszcza tych, w których oczach dojrzysz wspólnotę imprezową. I ciesz się, że przyjechałeś z Polski, bo już na wstępie wywołasz zainteresowanie – negatywne lub pozytywne, ale emocje gwarantowane.

* - Ulica nazwana na mapach Shalma tak naprawdę po hebrajsku wymawiana jest Salame. Pułapek nazewniczych wynikających z kreatywnej transliteracji jest w Izraelu sporo

Informacje praktyczne:

Wstęp do klubu, jeśli jest płatny, to 60–170 szekli (50–140 złotych). Pół litra piwa w lokalu – 20–30 szekli (16–25 złotych), butelka piwa 0,3 litra – 15 szekli (12 złotych). W sklepie litr wódki kosztuje od 20 szekli (od 16 złotych). Za 100 szekli (82 złote) można już zjeść obiad lub kolację. W najdroższej restauracji w porcie obiad z napiwkiem dla pięciu osób z winem, z owocami morza, z pitą, z humusem kosztował 1600 szekli, czyli 1300 złotych.

Napiwek trzeba dawać. Zwyczajowo 12 procent, za polskie 10 procent kelnerka się nie obrazi, ale jeśli nic nie zostawisz, może wybiec za tobą, złapać cię za rękę i spytać: „Where is my service?”.

Taksówkę zatrzymuj na ulicy, machając po prostu ręką. Przed odjazdem zapytaj o cenę. Taksówka w obrębie Tel Awiwu nie kosztuje więcej niż 40 szekli (33 złote). Jeśli usłyszysz wyższą kwotę, wysiądź. Za trzaśnięcie drzwiami nie płacisz.

Słuchaj i tańcz, czyli dokąd i kiedy pójść:

W Izraelu wolnym dniem jest sobota, w piątek się pracuje, ale krócej. „Weekendową” zabawę w mieście zaczynamy w czwartek wieczorem. W piątek lokale w Tel Awiwie zapełnią się później, po północy, bo wcześniej je się domową kolację. W tym świeckim mieście nie jest to jednak religijny szabat, lecz zwykły rodzinny posiłek. W sobotni wieczór imprezy powoli wygasają, jak w niedzielę w Polsce.

Little Prince (20 King George Street) – lokal z księgarnią, w tym mikroskopijna sekcja książki polskiej, jest też ogród ze stolikami i hamakami.

Joz VeLoz (51 Yehuda Halevi Street) – dobre jedzenie w swobodnej atmosferze.

Levontin 7  (7 Levontin Street) – koncerty, bez wskazania rodzaju muzyki, po prostu ma brzmieć dobrze.

Lima Lima
(42 Lilienblum Street) – jak wyżej.

Barbie Club (52 Derech Kibuts Galuyot) – koncerty zespołów izraelskich.

Chich Beach (145 Ha’yarkon Street) – klub gejowski.

Evita (31 Yavne Street) – klub gejowski. Do klubów gejowskich w Tel Awiwie chodzą też hetero, bo jest tam dobra muzyka i nikt nikomu się nie narzuca.

Zimmer  (5 Ha’Gdud Ha’Ivri Street) – ten klub to jeden garażowy pokój, w którym trafisz na muzykę awangardową, alternatywną lub performance.

Paweł Wieczorek

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)