Własne miejsca

Debiutancka powieść Tubylewicz, to rzadkość – proza „kobieca”, a przy tym dobra!
Przyzwyczailiśmy się, że to natrętne określenie "proza kobieca" przywodzi na myśl najgorsze skojarzenia – egzaltację, kicz. Po tym wszystkim nie ma tu nawet śladu. Jest za to macierzyństwo, miłość, samotność, toksyczna relacja z matką. Ale szufladki nie będzie, bo te wątki nie ograniczają autorki, raczej czynią jej opowieść o emigracji i języku bogatszą. Rzecz pisana jest z wielu perspektyw: najczęściej autorka udziela głosu Dominice i jej synowi Kajtkowi, ale mówi też matka Dominiki i żyjący między Szwecją a Polską Paweł. Tubylewicz pokazuje próby komunikacji między tymi światami. Poczucie obcości, odrębności symbolizuje i wzmacnia emigracja. Powtarzające się między kartkami właściwej opowieści „Zapiski szwedzkie” mówią o stereotypach i o przełamywaniu granic, jakie wyznacza język („Jeść zupa. Ja cie kocha”). Znów się okazuje, że język jest zwierzęciem autorytarnym, zaborczym, ale jakoś ustępuje pod naporem miłości. „Słowa potrafią tę rzeczywistość zmieniać” – pisze bohaterka powieści. I za sprawą Tubylewicz zmieniają.

Agnieszka Wolny-Hamkało/ Przekrój

Katarzyna Tubylewicz „Własne miejsca”, Jacek Santorski & Co, Warszawa 2005

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)