Totalne origami

„Ruchomy zamek Hauru” - nowa animacja Miyazakiego łączy europejskie baśnie z japońską kreską i przynosi świeże doznania filmowe.
Nowe dziełko Hayao Miyazakiego („Spirited Away”, „Księżniczka Mononoke”) to prawdziwa filmowa kuchnia fusion: oryginalne połączenie wizualnej wyobraźni japońskiego mistrza anime z wyobraźnią brytyjskiej autorki powieści fantasy Diany Wynne Jones. Ta z kolei w swojej książce (pierwsze u nas wydanie „Ruchomego zamku Hauru” już powinno trafić do księgarń) pełnymi garściami czerpie z europejskiej baśniowej tradycji. I jak to razem smakuje?
Bynajmniej nie jak pierniczek zawinięty w surową rybę! Spodziewajcie się wyjątkowej uczty, która odkryje przed wami zupełnie nowe doznania. „Ruchomy zamek Hauru” powstał niemal bez użycia komputerowych technik, a mimo to olśniewa rozmachem, fantazją, i wyjątkową urodą – tytułowy zamek to zdumiewająca budowla na kurzych łapach, z której sterczy masa dymiących kominów. Magiczne drzwi otwierają się na różne światy – jedne wyglądają jak kopie XIX-wiecznych europejskich miasteczek, inne zaś są od początku do końca wymyślone. Zmieniają się zresztą nie tylko dekoracje, ale i bohaterowie: tytułowy czarodziej Hauru, raz piękny młodzieniec, raz czarny ptasior, czy młodziutka Sophie przemieniona w staruszkę. Film Miyazakiego to nieustająca metamorfoza.
Choć odwołuje się do baśni (czarodzieje, wiedźmy, ożywione strachy na wróble, czary, zaklęcia itp.), nie ma nic wspólnego z baśniową logiką i jej jasnym podziałem na dobro i zło. Na pozór źli bohaterowie okazują się poczciwi, a ci na pozór wspaniali – nie tacy znów krystalicznie czyści (jak sam Hauru chociażby, zamartwiający się o swój nieskazitelny image). Jasną, klarowną konwencję przełamuje również humor, bardzo współczesny i czasem całkiem dosadny.

Opowieść składa się jak origami, każda kolejna jej odsłona wprowadza nowe sytuacje i tworzy nową historię. „Ruchomy zamek Hauru” toczy się w totalnie nieprzewidywalnym kierunku.
Niektórzy zarzucają zresztą reżyserowi, że opowieści brak nie tylko baśniowej logiki, ale logiki w ogóle. Fakt, niektóre wątki pozostają niejasne i poplątane, niektórych reżyser nie rozwija, choć wydają się dla całej opowieści bardzo ważne – jak tocząca się tu ponura wojna (obsesja dorastającego w latach II wojny Miyazakiego). Kto z kim walczy? I o co? Trudno się w tym połapać, podobnie jak w pałacowych intrygach. Może to zwykła niechlujność, a może reżyser skupiony na tworzeniu sugestywnych obrazów po prostu nie przywiązuje wielkiej wagi do scenariusza? A może „Ruchomy zamek Hauru” jest filmem, który należy oglądać aż do skutku, czyli do momentu, w którym jednak historia złoży się w spójną całość, odkrywając przed nami kolejne ukryte znaczenia?
Jest więc „Ruchomy zamek Hauru” jakimś takim dziwacznym miksem realizmu i baśniowości, europejskich opowieści i japońskiej kreski. Ale najbardziej pewnie chcecie wiedzieć, czy ten miks... Czy to dobre jest...?
Mhm!

Małgorzata Sadowska/ Przekrój

„Ruchomy zamek Hauru”, reż. Hayao Miyazaki Japonia 2004, Monolith Plus
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)