Nie wracaj w te strony

Wenders, czyli reżyser, który wie za dużo.
/ 16.03.2006 16:57
To mógł być piękny film w klimacie pamiętnego „Paryż, Teksas”. O podstarzałym i żyjącym lekkodusznie gwiazdorze westernów Howardzie (Sam Shepard), który postanawia uciec z filmowego planu i ruszyć w drogę. Nie bardzo wie, po co i dokąd go ta droga zaprowadzi.
Niestety, Wim Wenders uznał, że wie. Howard konstruowany jest więc na zasadzie prostego kontrastu – stylowy macho na ekranie, prywatnie trywialny nieudacznik. Grzesznik odpowiedzialny za złamanie paru osobom życia (choćby nieznanemu wcześniej synowi), ale odkupiony – w tym wypadku śpiewaną w samochodzie piosenką „Where Is Howard”.
Film miał być ironiczną grą z różnymi gatunkami (westernem, dramatem rodzinnym, komedią, filmem drogi), ale zbyt często powiela tylko ich schematy. Cytat zmienia się w dosłowność, a intrygująca wizualno-muzyczna forma w kicz. Postaci, scenki rodzajowe z prowincjonalnej Ameryki, wysilony humor i łzawe wzruszenie – wszystko to trąci sztucznością.
Na przełomie lat 70. i 80. między innymi filmowej „niedosłowności” Wenders uczył Jarmuscha. Od tego czasu Jarmusch wybornie się rozwinął, a Wenders sam o dawnych lekcjach zdążył chyba zapomnieć.

Paweł T. Felis/ Przekrój

„Nie wracaj w te strony”, reż. Wim Wenders, Niemcy/USA 2005, Monolith Plus
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)