Lizz Wright „Dreaming Wide Awake”

Jedna z najlepszych wokalnych płyt roku – chyba że ktoś woli błyszczące sreberka.<
Przyjmijmy, że dobre płyty dzielą się na dwie kategorie. W pierwszej rozpoznajemy w lot, o co chodzi, i wiemy, co w nich tak gra. Druga to wieczna tajemnica – tu zamiast odpowiedzi dostajemy figę z makiem, do głowy przychodzi jakiś banał, ale za to niech nas Pan Bóg broni przed wyłączeniem, zanim rzecz wybrzmi do końca.
Już tylko stara piosenka „Old Man” Neila Younga w wykonaniu Amerykanki Lizz Wright to wrażenie estetyczne, które każe jej drugą płytę wrzucić do tej drugiej kategorii. Wyobraźcie sobie Jill Scott w nieco bardziej staroświeckim repertuarze. Albo Annie Lennox, ale wychowaną w tradycji murzyńskiej i śpiewającą w innym stylu. Jakim? Na tym właśnie polega ta tajemnica. Jeśli z tyłu gra wiolonczela, nie nazwiemy tego stylizacją na klasykę, a jeśli wokale są w stylu gospel, to z jakiegoś powodu dalej nie jest to gospel. I nie nazwiemy tego wokalistyką jazzową (mimo gościnnych występów Billa Frisella), bo słychać, że jakby Lizz chciała, byłby jazz, ale nie chce. Nie powiemy też o country, choć to zbliżyłoby nas do najbardziej oczywistego porównania – z Norah Jones. Obie pojęły to samo. W świecie, w którym już 17-letnie wokalistki śpiewają jak kwarcowe, cyfrowe, japońskie kopie Elli Fitzgerald, drogą do prawdziwej wielkości może być tylko skromność i subtelność. Słowem: kawał wielkiej sztuki opakowanej w szary papier.

Bartek Chaciński/ Przykrój

Lizz Wright „Dreaming Wide Awake”, Verve
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)