Królestwo niebieskie

To bez wątpienia jeden z najsłabszych filmów Ridleya Scotta. Bóg tak chciał?
Pytanie: czy można było wykrzesać coś z tak słabego scenariusza i z tak słabego bohatera, którego gra jeszcze słaby aktor o charyzmie chłopca z boysbandu? Orlando Bloom, bo o nim mowa, wciela się w rolę biednego francuskiego kowala Baliana, którego los rzuca do Jerozolimy.
Trwa epoka wypraw krzyżowych, w świętym mieście chwieje się właśnie kruchy rozejm między chrześcijanami okupującymi miasto a muzułmanami rządzącymi okolicznymi ziemiami. Szlachetny i czysty jak po praniu w wybielaczu Balian w ekspresowym tempie zyskuje zaufanie króla, sympatię jego siostry, kawał ziemi po ojcu i zaszczyt bycia głównodowodzącym armii.
Jakim cudem zwykły kowal ze średniowiecznego francuskiego zadupia tak doskonale zna się na dyplomacji i wojennej strategii, tego już nikt nie wyjaśnia – widocznie „Bóg tak chciał”, jak mawiał papież Urban II, śląc kolejnych rycerzy na wojny krzyżowe.
Podobnie jak w innych historycznych widowiskach – „Troi” czy „Aleksandrze” – akcja „Królestwa niebieskiego” sprowadza się do romansu, efektownych potyczek i jeszcze efektowniejszych bitew. Chodzi wyłącznie o wykreowanie jak największej liczby jak najbardziej widowiskowych scen. W bitewnym kurzu ginie oczywiście historia: wątła, infantylna i tak nudna, że w połowie 145-minutowego filmu człowiek zaczyna drżeć w obawie, że „Królestwu” temu nie będzie końca!
Po Petersenie i Stonie Scott stworzył kolejnego kolosa na glinianych nogach; wielkie, ciężkie widowisko, które ugina się pod własnym ciężarem, naładowane efektami, wypełnione komputerowymi armiami, rozbuchane scenograficznie i kostiumowo. Jedyne, co w „Królestwie niebieskim” nie jest wagi ciężkiej (a co najwyżej piórkowej), to tak zwane przesłanie. Film odkrywa przed nami oszałamiające prawdy w rodzaju: miłość zwycięża wszystko; każdy jest kowalem swojego losu; dasz pokój – masz pokój; dobrego i karczma nie zepsuje, a złego i kościół nie naprawi; wszystkie religie są palcami tej samej ręki, a wszyscy ludzie są równi. Nie mówiąc o „wybaczamy i prosimy o wybaczenie” – słowach skierowanych ku muzułmańskiemu światu. Wyznawcy islamu są tu krystalicznie czyści, szlachetni i honorowi, wzniośli i piękni. Polityczna poprawność sięgnęła nawet napisów końcowych, nazwiska aktorów pojawiają się bowiem na ekranie w parach lub trójkach narodowościowych (na przykład: Marokańczyk, Amerykanin, Niemiec). Ale stróże tej przegiętej (przeklętej) poprawności popełnili jeden karygodny błąd – na samym początku filmu pojawia się bowiem Murzyn. I nie dość, że ginie po kilku minutach, to nie wypowiedziawszy nawet jednego słowa!

Małgorzata Sadowska/ Przekrój

„Królestwo niebieskie”, reż. Ridley Scott, USA 2005, Cinepix

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)