Dom Latających Sztyletów

W porównaniu z tym filmem wszystkie inne wydają się zwyczajnie „nie do oglądania”: ubogie, nieładne, niedopracowane...
Filmy są do oglądania. Taka mądrość ludowa potrafi uderzyć w człowieka z niespotykaną mocą przy okazji dzieła typu „Dom Latających Sztyletów”. W porównaniu z nim wszystkie inne filmy wydają się zwyczajnie „nie do oglądania”: ubogie, nieładne, niedopracowane...
Perfekcjonizm i drobiazgowa dbałość o stronę wizualną charakteryzują twórczość Zhanga Yimou od samego początku. Mało kto zresztą pamięta, że zaczynał on jako fotograf i operator, ma więc niejako naturalną obsesję na punkcie formy, kompozycji, harmonii. A jednak po zrealizowaniu tak pięknych filmów jak „Czerwone sorgo” (1987) czy „Zawieście czerwone latarnie” (1991) zarzucił (w obawie przed manierą?) swój wyśrubowany estetycznie styl i zajął się kręceniem współczesnych historii w autentycznej scenerii i kamerą z ręki. Wrócił do dawnej poetyki filmem „Hero” (2003), wzmocniony przez znacznie wyższy budżet i siłę starych chińskich legend.
„Dom Latających Sztyletów” dodaje do olśniewających sekwencji z tamtego filmu kilka następnych: początkowe sceny w „Pawilonie Piwonii”, tytułowe latające sztylety spadające z drzew bambusowych, wielki finał, gdy niespodziewanie zaczyna padać śnieg... Kompozycja wizualnych piękności, wyrafinowanej choreografii sztuk walki i fizycznej sprawności aktorów nie jest jednak – jak w amerykańskich produkcjach – dodatkiem do zakręconego montażu efektów specjalnych, lecz popisem technicznego kunsztu i genialnej wyobraźni.
Mniej ważna wydaje się tym razem fabuła, osadzona w Chinach wieku IX. Lecz w końcu to ona zaczyna nasuwać pytania, także natury politycznej. Po zarzutach o propagowanie imperialnej polityki partii komunistycznej w filmie „Hero” tym razem Yimou zdaje się unikać bezpośrednich odwołań do współczesności. Trudno jednak się przed nimi uchronić, skoro miłosny trójkąt rozgrywa się wśród spiskowców zbuntowanych przeciwko panującej dynastii Tang. I znowu, jak w „Hero”, reżyser pokazuje, że wolność jednostki jest iluzją, która musi ulec „sile wyższej” – polityce lub namiętności. Zhang Yimou przypomina mi... Jarosława Iwaszkiewicza, także oskarżanego o służalczość wobec komunistycznej władzy. Podobno Iwaszkiewicz śmiał się, czytając w encyklopedii króciutką wzmiankę, że „walki w Chinach trwały od IX do III w. p.n.e.”. W perspektywie historycznej i biologicznej życie jednostki to nic nieznaczący drobiazg. Jedynym świadectwem, jedynym śladem, który po nas zostaje, jest sztuka. Ta pesymizmem podszyta postawa estetyczna łączy dwóch artystów – polskiego pisarza z chińskim reżyserem.

Bartosz Żurawiecki/ Przekrój

„Dom Latających Sztyletów”, reż. Zhang Yimou, Chiny 2004, Vision
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)