Człowiek pies

Luc Besson wyhodował kolejnego potwora.
/ 16.03.2006 16:57
Jedyne w swoim rodzaju połączenie kina sztuk walki ze... sztuką wysoką. Dzięki temu szczególnemu zabiegowi możemy po scenach prania się po mordach i siekania ostrymi narzędziami ukoić skołatane nerwy przy dźwiękach muzyki poważnej oraz inteligentnych rozmowach o miłości i rodzinie.
Te pierwsze serwuje nam Jet Li, tytułowy człowiek pies, od dzieciństwa tresowany na wściekłego rottweilera na usługach gangu (Li zresztą doskonale pasuje do tej roli, w końcu w każdym swoim filmie demonstruje minę zbitego psa). Z kolei inteligentne rozmowy to domena poczciwego i – a jakże! – niewidomego dziadzia (Morganie Freemanie! Jak mogłeś nam to zrobić?) oraz jego podopiecznej z aparatem na zębach (Kerry Condon). Stroiciel fortepianów i obiecująca pianistka przygarnęli kiedyś do swojego kulturalnego domu „psa”, powodując u niego głęboką osobistą przemianę i ogólny wstrząs poznawczy.
„Człowiek pies” to w ogóle film wstrząsający. Między innymi ze względu na produkcyjny rozmach – jest to w końcu nie tylko międzynarodowy, ale i międzykontynentalny projekt amerykańsko-francusko-brytyjsko-hongkoński. Cóż, jeśli tak właśnie ma wyglądać kino ery globalnej, zaczynam rozumieć prawdziwy sens pojęcia „globalna wioska”. „Człowiek pies” to kolejne wątpliwe „dzieło” (po „Yamakashim”, „Transporterze” czy „Taxi”) wyprodukowane przez świetnego onegdaj reżysera Luca Bessona. Osobiście uważam, że ktoś powinien mu wreszcie porządnie przylać!

Małgorzata Sadowska

„Człowiek pies”, reż. Louis Leterrier, Francja/USA/Wielka Brytania/Hongkong 2005, Monolith
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)