POLECAMY

A myśleć trzeba o tym! (Myśleć, Myślisz, Myślę…)

Ostatnio aktywnie zmuszam się do myślenia o rzeczach koniecznych do życia, takich jak laptop. Zdanie pełne ironii, jeszcze mniej niż pół wieku temu, ludzie sobie i wyobrazić nie mogli, jakie elektroniczne walizki przyjdzie się im ciągać na wykłady, do pracy itd.

Ostatnio aktywnie zmuszam się do myślenia o rzeczach koniecznych do życia, takich jak laptop. Zdanie pełne ironii, jeszcze mniej niż pół wieku temu, ludzie sobie i wyobrazić nie mogli, jakie elektroniczne walizki przyjdzie się im ciągać na wykłady, do pracy itd.

Dziś laptop, w ogóle komputer, jest po prostu nad życie potrzebny! (Szczególnie dla biednych początkujących dziennikarzy). Nie, no zgadzam się absolutnie, w czytelni można korzystać z komputerów, nie są własne, nie możesz zachować żadnych dokumentów, czy prac, ale ma się przecież USB. Gorzej jak się tam siedzi pół dnia i nie daje się absolutnie dostępu do komputera innym osobom, bo po pierwsze musisz napisać artykuł, po drugie wykonać zadania domowe, po trzecie wysłać dziesięć mailów, a co dopiero mówić o łączeniu do skype’u, czy g-g??(W takich wypadkach pisze się, że jest się niedostępnym, przez rok na przykład). Mogę się ręczyć, że zza komputera Cię wywalą na etapie pierwszym. Dlatego też, gdy na horyzoncie darmowych PC nie było widać, zdecydowałam, że pewnie muszę Go wygrać (co za naiwność?).

To nie jest żart i dobrze słyszeliście, myślenie też potrzebuje wysiłku i pracy, żeby to o czym myślisz się spełniło. Dlatego właściwie i znajduję siebie w tej sytuacji, gdy inni pracują i uczciwie zarabiają na komputery, samochody, ubrania itd., a ja o nich myślę. Co za bzdura? Na pewno wielu z was słyszało coś na temat filmu „The Secret” albo też książki, która się ukazała tuż po nim. Technika spełnienia marzeń… Do ostatniego czasu wykorzystywałam wyłącznie w otrzymaniu właściwego transportu (myślałam o numerze autobusu i on przyjeżdżał!), czasami też łapałam czas za ogon i udawało mi się zdążyć na spotkanie, co, do którego byłam 100% pewna, że się spóźnię. Choć jeżeli się racjonalnie temu przyjrzeć, to się spełniło o wiele więcej. Miałam jakieś doświadczenia w radiu, w którym marzyłam pracować, wygrywałam nagrody, takie jak telefon komórkowy, który mi świetnie służył, aż go wymieniłam na wymarzonego „touch screena”. Dostałam się na uczelnię, gdzie chciałam studiować, na kierunek, który chciałam studiować, do miasta, w którym chciałam spędzić część swoje życia. Może to już nie mało?

Nie wiem, ile musiałabym marzyć i ile musiałoby się spełnić, żeby uznać, że tego jest dużo. Zresztą niektóre marzenia nie spełniają się ku naszemu szczęściu. Znam dziewczynę, która kiedyś wstąpiła na medycynę i została wyrzucona po czwartym roku studiowania. Martwiła się tym okropnie, zrobiła przecież już połowę kursu i …taki pech! Natomiast nigdy nie chciała tak naprawdę tam studiować i może to wydarzenie posłużyło jej szczęśliwym trafem, bo przecież nie zgubiła następnych 6 lat, kując to, czego wiedzieć nie miała żadnej chęci. Następnego roku dostała się tam, gdzie chciała się uczyć i zrozumiała, że praca naprawdę może być ulubioną.

W poprzednim artykule skończyliśmy na pytaniu: „O czym myślisz, gdy kupujesz kolejny zbędny ciuszek?”
O jego kolorze? O tym jak dobrze wygląda? Obciąguje, wyszczupla sylwetkę? Jaki jest tani? Jaki ma „label” (etykietkę)? Jakiej jakości jest tkanina?
Żadne z wymienionych pytań nie jest prawidłowe. „Eror!!” musi wyświetlać mózg, ale jakoś nie wyświetla, może program się zepsuł, a może mamy wirusa?
Oczywiście, o wszystkim warto się zamysleć, ale w pierwszą kolej, napiszę wyraźniej, W pierwszą kolej(!) musi powstać pytanie: Czy ja naprawdę Tego potrzebuję? Powiem szczerze, sama bardzo rzadko powstrzymuję się od przypatrywania się rzeczom wcale nie potrzebnym. Kolejnym etapem jest zabieranie 10-tej czarnej bluzki do przymierzalni, żeby tylko zobaczyć jak to wygląda i wtedy już chyba się i sami domyślacie, gdzie ta czarna bluzka ląduje.

Miłość od pierwszego wejrzenia, czy zauroczenie? Nie ważne, ale w tej chwili myśli się zwykle o ciuszku, jakby był częścią odmienną od naszej całej szafy. Tak samo jak się wierzy, że otóż ten facet to naprawdę odmienny, jedyny, unikalny! Niepodobny do żadnego dotąd spotykanego mężczyzny! (Przepraszam za uwagę, ale mężczyźni raczej są z natury do siebie podobni). W końcu to i tak nas nie usprawiedliwia, nie będziemy przecież mieć 10-ciu mężów! Nie ma rady, musimy wybrać jednego. Dobra, z ubraniem jesteśmy trochę w lepszej sytuacji – możemy mieć ich wiele! Ale jednak…

Powracając do ciuszków… Ciuszek natomiast traktuje się tak, jakby sam jeden mógł funkcjonować, czyli nie musiałby wcale do niczego pasować. Bo to przecież jest Gucci! – albo – bo ten sweterek jest czarny! (tak wykrzykując, ma się na myśli, że oczywiście pasuje do wszystkiego). Po tygodniu jednak staje się już zupełnie oswojonym ciuszkiem i zaczynamy dopiero rozumieć, że pasuje do bardzo wąskiego koła ubrań. I nie ważne ile złotych kosztował, teraz zajmuje więcej przestrzeni w szafie, niż służy naszemu wyglądowi.

Może czas kończyć już tę manię? Ktoś nabiera kalorie, a ktoś kolekcjonuje ubranka. Najśmieszniejsze, że pod tym względem prawie niczym od siebie się nie różnią. Każdy z nich choć 10 razy w życiu powtórzy, że się raz żyje i dołoży sobie porcję albo pójdzie kupi kolejną, zbędną rzecz. Każdy będzie nosił w sobie za to poczucie winy. W każdym z tych wypadków, na to nie ma lepszej rady niż stare, dobre słowa: „less is more”(mniej to jest więcej tzn. – wybierajmy jakość, nie ilość). Wtedy wszystko znów wstanie na swoje miejsca, a shopping raz na miesiąc będzie smakował cztery razy tak jak ten robiony raz na tydzień.
 

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)