śmieci w morzach i oceanach fot. Fotolia

Wyspy śmieci – dlaczego są groźne?

Strzępy plastikowych torebek, fragmenty butelek, kawałki folii, stare opakowania, ubrania, nakrętki… To nie wysypisko śmieci tylko dryfujące na oceanach wyspy składające się z odpadków. Te miliony ton resztek o wielkości dwa razy większej niż powierzchnia Wysp Brytyjskich coraz bardziej zagrażają naszemu zdrowiu i życiu.
Marta Słupska / 20.11.2016 11:13
śmieci w morzach i oceanach fot. Fotolia

Jest rok 1997. Charles Moore – kapitan jachtu wyścigowego i oceanograf – płynie z Los Angeles do Honolulu. Na obszarze, który jest zwykle omijany przez rybaków (ze względu na brak terenów łowieckich), jak i innych żeglarzy (niekorzystne wiatry), napotyka na niezmierzoną wzrokiem górę śmieci. Odpadki, wśród których znajdują się miliony toreb, szczoteczek do zębów, opakowań, butelek i nakrętek, dryfują na wodzie niczym wielka wyspa. Jest ich tak dużo, że sięgają po horyzont.

Tydzień żeglugi w śmieciach

Wrażenie, którego doświadczył Kapitan Moore, było ogromne. Mężczyzna z przerażeniem obserwował, że przepłynięcie przez obszar śmieci zajęło ekipie jachtu… cały tydzień. I nic dziwnego – gdy sprawie przyjrzeli się naukowcy, okazało się, że ta Wielka Pacyficzna Plama Śmieci, jak zaczęto ją później nazywać, okazała się mieć wielkość amerykańskiego stanu Teksas.

Często mam trudności ze znalezieniem słów na opisanie ogromu Oceanu Spokojnego ludziom, którzy nigdy nie byli na morzu. (…) Jednak gdy patrzyłem z pokładu na powierzchnię, zamiast krystalicznego oceanu uderzył mnie, tak daleko jak sięgał mój wzrok, widok plastiku. Wydawało się to niewiarygodne, ale nie było widać czystych miejsc. Podczas całego tygodnia, jaki zajęło nam przepłynięcie przez ten obszar, niezależnie od pory dnia, w której spoglądałem na morze, plastikowe śmieci były wszędzie: butelki, nakrętki, opakowania, fragmenty

– tak kapitan Moore opisywał swoją podróż.

fot. Fotolia

Naukowcy zaczęli fotografować wyspy śmieci przy pomocy dronów i przeczesywać wody specjalnymi sieciami. W ten sposób odkryli, że na Pacyfiku i Atlantyku znajduje się aż pięć ogromnych, pływających hałd odpadków. Skąd się tam wzięły? To proste: przypłynęły z portów, ujść rzek i wybrzeży niesione przez prądy morskie. Pomiędzy wybrzeżami Azji i Ameryki Północnej (miejsce to nazywa się wirem północno-pacyficznym) prądy zbierają bowiem dryfujące śmieci i niosą je dalej do obszaru, gdzie z powodu ruchów wirowych mogą one krążyć przez setki lat i nigdy nie przypłynąć z powrotem do brzegu. Północny Pacyfik zamienił się przez to w ogromne, darmowe wysypisko.

Wyspy śmieci, fot. 5Gyres.org

100 milionów ton plastiku

Szacuje się, że w wodach mórz i oceanów pływa 100 milionów ton plastiku: kawałków folii bąbelkowej, mikroskopijnych kuleczek z peelingów (tak, tak – używa ich większość z nas!), butelek, fragmentów starych boi… Dane te są jednak różne w zależności od źródła i roku, w którym są ogłaszane. Normalnemu człowiekowi trudno jest wyobrazić sobie taki ogrom śmieci, posłużmy się więc porównaniem: Polska wytwarza rocznie 12 milionów ton odpadów, aby więc zgromadzić tyle śmieci, ile pływa w oceanach, musielibyśmy wszystkie odpadki gromadzić w jednym miejscu przez osiem lat. Dużo, prawda?

Początkowo wierzono, że wyspy śmieci zmniejszają się dzięki temu, że plastik jest rozdrabniany przez prądy morskie oraz słońce i połykany przez ryby, a część z odpadków opada na dno. Niestety, nie jest to prawdą. Okazało się bowiem, że rozdrobnione kawałki plastiku kumulują się w różnych miejscach i dopływają nawet do wód polarnych. Nie wszystkie są widoczne gołym okiem – niektóre zamieniają się we fragmenty wielkości konfetti, inne zaś stają się atomowymi cząsteczkami. Większość z nich utrzymuje się pod powierzchnią wody, przez co nie są zauważalne na zdjęciach satelitarnych. Ale są.  

Wydawać by się mogło, że śmieci dryfujące tysiące kilometrów od lądu nie są naszym problemem: są daleko, więc nie powinny nam zagrażać. Okazuje się jednak, że – poza ryzykiem, że kiedyś przycumują do wybrzeża i/lub będą się systematycznie powiększać – są bardzo niebezpieczne chociażby dla żyjących w oceanach zwierząt. Szczególnie tych małych, które zjadają pływające drobinki plastiku. To sprawia, że część z nich zdycha. Inne mogą zaś trafić na nasz talerz i stanowić poważne zagrożenie dla naszego zdrowia, o czym donosi brytyjski The Independent.

Nie chodzi nawet o to, że rybacy mogą złowić rybę czy owoce morza, np. krewetki, które najadły się resztek śmieci. Sprawa jest o wiele bardziej złożona: drobinki, które pływają w wodzie, stają się pokarmem małych żyjątek – fitoplanktonu. Te z kolei są zjadane przez większe zwierzęta i w ten sposób groźne odpadki krążą w łańcuchu pokarmowym, docierając do konsumenta najwyższego rzędu: człowieka. Tu zaczyna się nasz problem: jak oszacowali naukowcy (raport przeprowadzony przez The House of Commons Environmental Audit Committee), zjedzenie – przykładowo – sześciu ostryg równa się połknięciu 50 maleńkich kawałeczków plastiku, które mogą zagrażać naszemu zdrowiu.

Mikrokawałki plastiku, mierzące mniej niż 5 mm, są znajdowane m.in. w zjadanych przez nas ostrygach i skorupiakach. Pływające śmieci to też śmiertelne niebezpieczeństwo dla połykających je zwierząt: żółwi morskich, które mylą dryfujące plastikowe torby z meduzami, ryb, ptaków i ssaków, w tym nawet waleni.

fot. Fotolia

Naukowcy przez długi czas nie mieli pomysłu na to, by oczyścić oceany ze śmieci. Jedynym sensownym, ale mało realnym do zrealizowania pomysłem, było płacenie rybakom za systematyczne wyławianie odpadków z wody. Co jednak z drobinkami, które nie są widoczne gołym okiem? Co z tymi, których nie da się złapać w sieć?

Najnowszy pomysł zakłada oczyszczanie wody za pomocą specjalnych instalacji, które będą wychwycać plastik. Pływające bariery i platformy będą miały „łapać” odpadki i gromadzić je w jednym miejscu, dzięki czemu będzie je później łatwiej wyłowić i usunąć. Miejmy nadzieję, że zostaną ustawione nie tylko na otwartych wodach, ale też przy wybrzeżach, szczególnie przy ujściach rzek, skąd wypływają śmieci.

Jak możemy wpłynąć na to, aby w oceanach gromadziło się mniej odpadków?

Dane są zatrważające: globalna produkcja plastiku dramatycznie wzrosła w ostatnich latach. Zgodnie z raportem ONZ pomiędzy rokiem 2004 a 2014 wzrost ten wyniósł aż 38%. Naukowcy szacują, że drobiny odpadków utrzymujące się na Pacyfiku mają powierzchnię dwa razy większą niż powierzchnia Wysp Brytyjskich!

Aby wpłynąć na to, by w oceanach gromadziło się mniej śmieci, powinniśmy zacząć od zmiany codziennych nawyków – chociażby ograniczyć ilość używanych torebek foliowych. Przeciętnie z jednej „foliówki” korzystamy przez 12 minut, czyli tyle, ile zajmuje nam droga z zakupami ze sklepu do domu. Wyrzucona torebka, jeśli zawędruje do oceanu, staje się nie tylko częścią „wodnego wysypiska”, ale też śmiertelnym niebezpieczeństwem dla wielu zwierząt, które – myląc foliówki z meduzami – zjadają je i umierają.

Góry śmieci możemy też zmniejszyć poprzez selektywną zbiórkę odpadów i recykling. Coraz więcej światowych organizacji nawołuje też producentów kosmetyków do zaprzestania wytwarzania produktów z plastikowymi mikrogranulkami, na przykład niektórych peelingów. Szacuje się, że w każdej takie tubce może znajdować się aż 330,000 kawałków plastiku!

fot. Fotolia

Jak to więc zwykle bywa z wpływaniem na losy świata, żeby doszło do konkretnych zmian, muszą one zacząć się u podstaw. Na to, ile śmieci będzie dryfować po oceanach, wpływ ma każdy z nas. Może zatem warto włożyć karton mleka i warzywa w sklepie do płóciennej torby zamiast prosić przy kasie o kolejną reklamówkę? 

Jak segregować śmieci?