Ślub po trzydziestce fot. Fotolia

Ślub po trzydziestce - prawdziwe historie dziewczyn

Na hasło "panna młoda" ludzie zazwyczaj myślą o dwudziestoparolatce. Utarty schemat związku to: najpierw ślub, potem kredyt i dziecko. Tymczasem współczesne dziewczyny coraz częściej odwracają tę kolejność.
/ 25.10.2016 05:39
Ślub po trzydziestce fot. Fotolia

Najpierw parę lat związku, dziecko, a ślub dopiero na końcu, często dobrze po trzydziestce. Współczesne dziewczyny coraz częściej odwracają kolejność układania sobie życia...

Lepiej późno niż wcześniej? O plusach ślubu po trzydziestce

36-letnia Agnieszka nie spieszyła się. Związek z Bartkiem zalegalizowała dokładnie w 10. rocznicę ich wspólnego życia, a w uroczystości towarzyszył im trzyletni syn, Franek.

- Myślę, że wcześniej byłabym bardziej zależna od rodziców i bardziej próbowałabym zadowolić rodzinę. Teraz oboje zorganizowaliśmy wszystko w 100% pod siebie, z pełnym przekonaniem, że to jest impreza przede wszystkim dla nas - tłumaczy Agnieszka.

- Nie wiem, co by dał mi wcześniejszy ślub. Może byłabym już po rozwodzie? - zastanawia się 37-letnia Natalia.

Niedawno podczas kameralnej uroczystości w Beskidzie Niskim poślubiła Łukasza, z którym są razem od ponad czterech lat i mają dwuletnią córeczkę, Zuzię. Wspólne dziecko nie było dla nich wystarczającym powodem do legalizacji związku.

- Nie chciałam takiego ślubu na szybko „bo dziecko”. Nie odczułam żadnych szykan z tego powodu, że o, proszę, panna z dzieckiem! Może dlatego, że jestem z dużego miasta – na wsi pewnie byłoby ciężej.

Dla 30-letniej Basi to, że wezmą z Pawłem ślub, było jasne od początku ich trwającego cztery lata związku.

- Wiedzieliśmy, że chcemy być ze sobą i pracować nad tym, żeby być razem do końca życia, bo to jest przecież ciągła praca. Nie jesteśmy takimi romantykami, żeby wierzyć, że to się samo wydarzy, bez codziennego wysiłku z naszej strony - deklaruje Basia. Jednak ślub musiał poczekać, aż ich synek Witek będzie na tyle duży, by rodzice mogli się z nim dobrze bawić na weselu.

- Zastanawialiśmy się, czy nie wziąć ślubu z przyczyn czysto praktycznych przed narodzinami - bez tych wszystkich przygotowań, po prostu pojechać do urzędu i podpisać papiery. Ale wtedy pomyślałam, że nie ma mowy, żebym brała ślub, kiedy jestem w ciąży, bo nie będę mogła się nawet napić szampana czy zatańczyć, bo samopoczucie mi na to nie pozwoli. Odłożyliśmy to do czasu, gdy dziecko będzie na świecie i na tyle duże, że będzie mogło się pobawić na naszym weselu, a ja nie będę musiała go karmić co chwilę - wyjaśnia swoje motywacje Basia.

W sumie fajnie by było się kiedyś chajtnąć

Często się zdarza, że na ślub, zwłaszcza gdy w grę wchodzi mające przyjść na świat dziecko, naciska rodzina. A przynajmniej tak bywało dotąd, bo skala społecznej akceptacji dla związków nieformalnych wciąż rośnie. Według raportu CBOS do badania “Społeczne oceny alternatyw życia małżeńskiego”, przeprowadzonego w 2013 r.:

Odkładanie ślubu „na później” bądź całkowite odrzucenie możliwości wstąpienia w związek małżeński, to rozwiązania praktykowane coraz częściej i – co pokazują wyniki naszych badań – spotykające się z coraz większym zrozumieniem. Ponad trzy piąte badanych (63%) akceptuje fakt, że młodzi ludzie odkładają decyzję o małżeństwie lub w ogóle z niego rezygnują. Od 2008 roku przyzwolenie na taką postawę umocniło się (wzrost o 6 punktów). Akceptacja alternatywnych form życia wzrasta we wszystkich kohortach demograficznych, co pozwala sądzić, że liberalizacja opinii wynika nie tylko z wejścia w dorosłość młodszego pokolenia, lecz również ze zmian światopoglądowych osób z większym bagażem życiowych doświadczeń.

Jak było w przypadku trzydziestoletnich dziewczyn, w stałych związkach, z dziećmi? Czy decyzja o ślubie była wyłącznie ich własną, czy wynikała z zewnętrznych nacisków?

- Mam to szczęście, że moja rodzina traktuje mnie jako jednostkę odrębną, a nie część stada, które wzajemnie narzuca sobie jakieś reguły i wymogi. Każdy żyje sobie u nas po swojemu i każdemu jest z tym dobrze. Małżeństwa, rozwody, pary nieformalne, czy singielstwo nikomu w mojej rodzinie nie jawią się jako nieudane życie, które wymaga natychmiastowej interwencji. Dlatego nasza decyzja była właśnie naszą decyzją, a nie decyzją zewnętrzną, decyzją przymusu, czy poczucia obowiązku - mówi Natalia.

Nowy trend wśród par - wazektomia party

Basia też nie doświadczyła ze strony rodziny żadnych nacisków na legalizację związku. Ale kiedy zaczęli z Pawłem planować ślub pojawiła się inna kwestia:

- Nacisk był na ślub kościelny. Część rodziny nie potrafiła  zrozumieć, że dobrowolnie rezygnujemy z czegoś tak pięknego i podniosłego, jak kościelna ceremonia. Nie dość, że to ważne z punktu widzenia religijnego - ludzie przysięgający sobie przed Bogiem wieczną miłość, to jeszcze ten estetyczny aspekt uroczystości: kościół, biała suknia z welonem, podniosła atmosfera, ukwiecony ołtarz. Bardziej chodziło im o tę drugą kwestię, bo fakt, że nie wierzymy w Boga nie stanowił problemu, ale żałowali, że nie będzie tej pięknej otoczki.

Agnieszka podkreśla z kolei, że dla niej i Bartka główną motywacją, by wziąć ślub, było po prostu łączące ich uczucie.

-  Po 10 latach związku „na kocią łapę” chyba trudno, żeby jeszcze miały znaczenie jakiekolwiek rodzinne naciski, choć akurat u nas ich nie było. Proces oświadczyn był obustronny i wydłużony w czasie – polegał na rzucanych czasem to przeze mnie, to przez niego „w sumie fajnie by było się kiedyś chajtnąć”. Do decyzji dojrzewaliśmy, świętując z przyjaciółmi kolejne śluby i wesela, zazwyczaj zawierane po długoletnich związkach, nierzadko z potomstwem na koncie – zawsze były to fantastyczne imprezy, pozbawione napinki i stresu, jakie kojarzą mi się ze ślubami w rodzinie, w formule, która uwzględniała ugoszczenie rodziny, ale odpowiadała przede wszystkim państwu młodym.

- Są też dodatkowe korzyści z zawarcia małżeństwa, jest nam łatwiej załatwić kilka spraw prawno-majątkowych, ale to potraktowaliśmy jako bonus, z pewnością nie było naszą główną motywacją - dodaje Agnieszka.

Basia, zapytana czy ostatecznie zadecydowały tego typu pragmatyczne pragmatyczne względy odpowiada:

- To było romantyczne mimo wszystko! Bardzo przeżywaliśmy nasz ślub. Przede wszystkim dlatego, że związaliśmy się ze sobą w obliczu naszych bliskich - nie tylko rodziny, ale też przyjaciół. Cieszyliśmy się, że ci wszyscy ludzie są tam dla nas.

Żadnej spiny, przymusu, marmurów i kotylionów

Trzydziestoletnia panna młoda dobrze godzi uczuciowy romantyzm z życiowym pragmatyzmem. Ślub jest romantycznym gestem i wielkim przeżyciem, ale na pewno nie przedsięwzięciem organizowanym w myśl zasady “zastaw się, a postaw się”.

-  Mam znajomych, którzy wzięli 100 tysięcy kredytu na ślub, a rozwiedli się zanim zdążyli spłacić chociażby połowę. Bez sensu - stwierdza Natalia.

- Jeżeli masz trzydzieści lat z hakiem, dziecko, pracujesz zawodowo, to w pewnym momencie tracenie czasu na takie bzdury jak wymarzona suknia ślubna jest bez sensu. Kobiety po trzydziestce są chyba już rozsądniejsze i wiedzą, co jest naprawdę ważne - żeby była dobra atmosfera, żeby goście dobrze się czuli i bawili. Ale kolor serwetek, czy to, jaką suknię będą miały, to nawet nie drugo-, ale piątoplanowa sprawa - dodaje Basia. Swoją suknię ślubną kupiła w 15 minut, na dwa miesiące przed ślubem, zaraz po tym, jak dowiedziała się, że taką suknię zamawia się co najmniej pół roku wcześniej, żeby można ją było uszyć w odpowiednim rozmiarze i dopasować. Także pozostałe panny młode kwestię ślubnej kreacji rozwiązały dość brawurowo.

- Sukienkę kupiłam miesiąc wcześniej za dwie stówy w zwykłym sklepie w centrum handlowym i sprawdziła się super - zdradza Agnieszka.

- Moją uszyłam na zamówienie w kolorze wrzosowym, ale jako weselną, a nie ślubną, bo jak powiesz, że to na swój własny ślub, to liczą dwa razy więcej, a ja i tak białej nie chciałam. Garnitur dla męża kupiliśmy w zwykłej sieciówce. On i tak nie chadza w garniturach, to nie było sensu wydawać na to pieniędzy - dodaje Natalia

Skoro nie na pięknej białej sukni, to na czym im zależało, z czego nie mogły i nie chciały rezygnować?

- Urządziliśmy nasz ślub pod Białymstokiem, bo z tamtych okolic pochodzi rodzina Pawła. Nie mieliśmy żadnej konkretnej wizji imprezy, jedyną rzeczą na której nam zależało było to, żeby zaprosić jak najwięcej naszych znajomych. A ponieważ jesteśmy oboje bardzo rodzinni, mamy duże rodziny, z którymi utrzymujemy stały kontakt, to impreza musiała być duża i huczna. 130 osób to było już bardzo zawężone grono, nasze minimum z którego nie mogliśmy zrezygnować - twierdzi Basia.

Nieco inaczej urządziła to Natalia:

- Zamarzyło nam się wesele w Beskidzie Niskim, w tym miejscu, gdzie byliśmy na naszym pierwszym wspólnym wyjeździe, gdzie rozpoczęła się nasza wspólna przygoda. I tak właśnie zrobiliśmy. Zaprosiliśmy tylko najbliższych, bez wujków i pociotków, widzianych raz w życiu, jak to zwykle ma miejsce na weselach. Ślub odbył się w urzędzie w Gorlicach, a impreza w domu naszych gospodarzy czy raczej – w dawnej stodole. Najważniejsze było to, żebyśmy się dobrze w tym wszystkim czuli. I tak było. Żadnej spiny, przymusu, marmurów i kotylionów.

Agnieszce też zależało na konkretnym miejscu, warszawskim Domu Zabawy i Kultury DZiK:

- Przepadam za DZiKiem, bo jest fajny, pojemny, retro i klimatyczny, ma super ogród i dziedziniec. Drugą istotną dla nas kwestią był zespół weselny. Mąż jest muzykiem, dlatego oprawa muzyczna ślubów jego przyjaciół zawsze stanowi główną atrakcję programu i jest po prostu mistrzowska. Tak było i tym razem, grali od De Mono i Papa Dance po Rage Against The Machine, więc tańczyli wszyscy, i nasi rodzice, i nasi przyjaciele. Byłam w siódmym niebie i większość wesela spędziłam na parkiecie. Żałuję oczywiście, że nie porozmawiałam ze wszystkimi, ale wiedziałam, że to nierealne, za to dawno się tak nie wytańczyłam.

Będzie taki ślubek

Nietypowym elementem takiego późnego wesela na pewno jest dziecko państwa młodych, które bierze czynny udział w uroczystości. Nawet jeśli nie do końca świadomie.

- Taka mała dziewczyneczka w takiej ślicznej sukienusi. Myślę, że dla Zuzi najważniejsze były tańce, zaczęła już w urzędzie po uroczystości - wspomina Natalia.

- Witek wiedział, że coś się dzieje, że rodzice są osobami ważnymi w tym całym wydarzeniu, ale tak naprawdę to rozumiał tyle, że jest dużo ludzi w jednym miejscu, wszyscy są podekscytowani i patrzą na nas, no i na niego też, bo towarzyszył nam przez cały czas. Później trochę się bawił, trochę z nami tańczył. Fajne jest to, że mamy zdjęcia, na których on jest, ma muszkę, jest fajnie ubrany. Mimo że nie będzie tego pamiętał, to będzie w przyszłości miał dowód, że brał w tym wydarzeniu czynny udział - cieszy się Basia.

- Uprzedzaliśmy Franka, że będzie „ślub i koncert” i że będzie się bawić, a potem wróci do domu z opiekunką. Był bardzo podekscytowany, jak to mówił „że będzie taki ślubek”. Trochę się niepokoił, kiedy obcy pan za stołem przemawiał, a my za nim powtarzaliśmy i dziadkowie nie pozwalali mu do nas podejść, ale potem cały wieczór tańczył jak szalony pod sceną z innymi dzieciakami - mówi Agnieszka.

Wszystkie dziewczyny podkreślają, że większość spraw załatwiały “na ostatnią chwilę”, a mimo to (czy może dzięki temu?) wszystko udało się znakomicie.

- Kiedy się okazało, że zespół powinniśmy byli zamówić pół roku wcześniej, to dziewczyna jednego z naszych przyjaciół powiedziała: czekajcie, przecież ja śpiewam, mam zespół, to będzie od nas prezent - zaśpiewamy na waszym weselu”. Wiele osób prosiło mnie potem o nagranie, żeby sobie te wykonania puszczać w domu - opowiada Basia.

- Ślub był dokładnie taki, jak chciałam, a z powodu naszego nieogarnięcia, nawet lepszy. Na tyle późno zabraliśmy się za sprawę, że we wszystkich warszawskich urzędach nie było już terminów na ten dzień, a nam bardzo zależało na dokładnie tej dacie. Złożyliśmy podanie o udzielenie ślubu w miejscu, w którym odbywało się wesele, i udało się umówić urzędnika - trafiliśmy na genialnego gościa, totalnie wyczuł luźną atmosferę uroczystości - nie tylko na miejsce i danego dnia, ale także o dość późnej godzinie, która dla nas była idealna: mogliśmy wcześniej ugościć rodzinę obiadem, a potem skrzyknąć wszystkich znajomych na ślub w ogrodzie i wesele, mające formułę imprezy z przekąskami, a nie bankietu. Więc ślub w ogrodzie wyszedł właściwie przypadkiem, a był superklimatyczny, znacznie fajniejszy niż w urzędzie - zauważa Agnieszka.

- Spędziliśmy w tym Beskidzie kilka dni i po prostu było miło. Nie było dj-a, nie było cateringu, a przepyszne jedzenie przygotowali nasi gospodarze. Tort zamówiliśmy w miejscowej cukierni, szampana kupiliśmy w sklepie przy urzędzie. Pewnie wielu paniom takie wesele wydałoby się straszne – bez „zastaw się, a postaw się”, bez bezowej sukni, bez kapeli, bez roku przygotowań i dopięcia na ostatni guzik. Dla mnie to jednak było najlepsze wesele na świecie, bo było tam wszystko to, co dla mnie jest najważniejsze. A więcej mnie nie obchodzi - konkluduje Natalia.

Decyzja o ślubie zawsze powinna być dojrzała i przemyślana. Być może trzydziestoletnie kobiety, które wiedzą już, czego w życiu chcą i mają zasób rozmaitych doświadczeń, potrafią ją podjąć w sposób naprawdę odpowiedzialny. Nawet, jeśli przygotowania do ceremonii toczą się potem na nieco “wariackich papierach”.

Koniec końców najważniejsza w tym wszystkim jest miłość, a miłość poparta rozsądkiem i latami udanego wspólnego życia, wydaje się całkiem niezłym fundamentem dla małżeństwa.

Najpiękniejszy uśmiech świata! Radosny wcześniak podbija serca internautów

Tagi: Ślub
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (2)
/02.10.2017 13:19
mamy mase rozwodniikow kilka lat w zwiazku i rozwod, przyznam ze nie znam malzenstwa ( osoby z mojego pokolenia 86) ktore by byly nadal razem szczegolnie ci ktorzy zaszybko sie hajtneli. Mialam tez do czynienia w pracy z mezczyznami ktorzy chceili zony tylko dla kredytow- chore??? Slub jesli ktos chce powinnien byc w momencie gdy ktos juz ma paroletni staz mieszkania razem ( ci ktorzy nie mieszkali piersi sie rozwodza) Zmienily sie czasy wiekszosc kobiet przed 25 rokiem zycia wogole nie mysli o tym ( czasem gdy jest wpadka- ale tez nie przyczyna) To nie sa czasy ze kobieta bedzie bawila dzieci w domu a mezczyzna wszystko utrzymywal. Ze wgledow finansowych i kosztow zycia cos takiego jest prawie nie mozliwe. Osobiscie jest dla kompletnie nie istotne czy ktos ma zalegalizowany zwiazek czy nie. Mi osobiscie wogole nie jest to potrzebne. Jesli slub pewnego dnia kameralny tylko najblizsza rodzina rodzice, rodzenstwo,swiadkowie. Urzad cywilny pozniej mily wieczor w restauracji. Bylam na takim slubie i chyba byl to najpiekniejszy slub w jakim uczestniczylam. Cale te szastanie kasy dla mnie jest bezsensu wrecz ludzie zapominaja po co to robia. Jesli by ktos zrobil sobie 2 osoby slub tylko para. Nikt wiecej i przyrzekali przed soba ma to wieksze znaczenie niz 100- 300 osob z ktorych wiekszosc nie widzialo sie od dziecinstwa plus klecha ktory chce zainkasowac kase. Ale oczywiscie to wybor kazdego czlowieka.
/26.10.2016 18:53
Szczerze? Pochodzę z wioski na Podkarpaciu. Gdy byłam mała, to faktycznie zdarzało mi się słyszeć, jak w otoczeniu plotkowano, że ta czy tamta idzie z brzuchem do ślubu. Ale teraz wiele jest u nas niezamężnych dziewczyn które mają dziecko. Czasem nawet dwoje i każde z innym mężczyzną. Ludzie czasem pogadają o tym przy okazji jakiegoś spotkania, ale raczej na zasadzie: co tam słychać u znajomych (wymiana informacji, ale żeby to roztrząsać i "jeździć" po ludziach, to się u nas nie zdarza). Na ślubie mojej kuzynki honorowym gościem była jej mała (pół roczna) córeczka. Ja mam 28 lat i nikt na mnie nie naciska, że powinnam wyjść za mąż. Rodzice czasem przebąkują, że chcieliby już być dziadkami, ale też powtarzają, że "wpadka" do nie powód do ślubu i lepiej, żebym za mąż nie wychodziła, niż miałabym się zaraz rozwodzić. Myślę, że dużo się u nas zmieniło przez ostatnie 20 lat