POLECAMY

Masz dość? Podpowiadamy, jak świadomie podjąć decyzję o rozstaniu

Przed podjęciem decyzji warto przypomnieć sobie, dlaczego właśnie tego człowieka wybraliśmy. Dać sobie czas. Najgorsze, co można zrobić, to działać w pośpiechu. Tekst: Uroda Życia 08/2016.
Masz dość? Podpowiadamy, jak świadomie podjąć decyzję o rozstaniu fot. Fotolia/kolaż Polki.pl

"Zanim powiesz sobie dość, daj sobie czas. Nie działaj w pośpiechu. Najgorsze co możesz zrobić, to zamknąć oczy i skoczyć. Taki ruch zwykle odbija się czkawką." Rozmowa Karoliny Siluk z psychoterapeutą Michałem Modlińskim.

Karolina Siluk: Pracował pan jako terapeuta z dziesiątkami par. Jak pan sądzi? Warto walczyć o związek w kryzysie?

Michał Modliński: Recepty są bardzo zwodnicze. W każdym razie ja nie odważyłbym się ich wypisywać. No i przede wszystkim nie podoba mi się słowo walka, ono sugeruje konieczność wejścia na ring – szykowanie się do wojny. A w związku powinniśmy być wzajemnie swoim wyborem, a nie jedna ze stron ma zawłaszczać tę drugą.

KS: Czyli nie walczyć, ale…

MM: Zabiegać, to lepsze słowo. O związek warto zabiegać. Oczywiście, nie za wszelką cenę.

KS: No właśnie. To najtrudniejsze pytania, o cenę. To kiedy warto, a kiedy nie należy ratować związku?

MM: Pierwszy ruch to zadanie sobie kilku podstawowych pytań: „Dlaczego w ten związek weszłam/wszedłem? Dlaczego wybrałam/wybrałem właśnie tego człowieka? Czego potrzebuję, jakie są moje oczekiwania wobec związku i na ile ten człowiek w przeszłości i dziś je spełnia?”. Pytania mogą wydać się błahe, ale proszę mi wierzyć, trudno jest szczerze sobie na nie odpowiedzieć. A to także tam, u źródła kryje się odpowiedź na pytanie, czy teraz, kiedy jest ciężko, warto zabiegać o partnera, ratować związek. Oczywiście, ludzie z biegiem lat zmieniają się, dojrzewają, weryfikują się nasze potrzeby, więc pojawia się też pytanie, na ile towarzyszyliśmy sobie wzajemnie w dojrzewaniu. Bo w związku nie wystarczy nadążać jedynie za sobą, choć to bardzo ważne, ale trzeba też nadążać za partnerem. Trzeba trzymać cugle tych dwóch koni jednocześnie. To sztuka.

Zdanie: „Nie, ja już nie chcę, dziękuję”, nie musi być kończące - może być zaproszeniem do rozmowy. Prowokuje dialog: „Dlaczego dziękujesz? Na co straciłeś nadzieję?

KS: Robię swój bilans i dochodzę do wniosku, że na tym związku nadal mi zależy. Ale jest jeszcze przecież ta druga strona. Czy niezbędnym warunkiem do ratowania związku jest chęć obu partnerów? Co robić, kiedy on informuje, że ma romans, mówi: „Ja już nie chcę, dziękuję”?

MM: Proszę sobie wyobrazić, że częściej niż można by sądzić, zdanie, które pani przytoczyła: „Nie, ja już nie chcę, dziękuję”, nie musi być kończące, ale może być w końcu otwarciem, zaproszeniem do szczerej rozmowy. Prowokuje dialog: „Dlaczego dziękujesz? Na co straciłeś nadzieję? Czego byś potrzebował?”. Kiedy para spotyka się w rozmowie, jest większa szansa na podjęcie właściwej decyzji.

Kobieta zdradzona ma prawo powiedzieć: „Wynoś się”, ale może nie chcieć tego zrobić. Może zobaczyć szerzej sytuację związku i doszukać się źródeł tej zdrady we wspólnej przeszłości.

KS: A ja wyobrażam sobie raczej, że kobieta, która słyszy: „Jest inna”, przeżywa ogromny ból. Co ma zrobić ze swoją dumą? Myślę, że zadawanie w takiej sytuacji partnerowi pytania: „Czego potrzebujesz?” jest dla niej upokarzające, poniżające.

MM: To emocje, które istotnie pojawiają się w takim momencie, ale warto spróbować spojrzeć na sytuację na chwilę z góry i zdać sobie sprawę, że poczucie upokorzenia jest tak naprawdę nieadekwatne. On nie powiedział: „Wiesz co, ten związek nie działa, więc idę sobie w świat szukać innej miłości”, tylko zdecydował się na zdradę. 

To on postąpił nie fair, nieuczciwie. To dla niego takie pytanie powinno być trudniejsze, krępujące. Kobieta ma oczywiście pełne prawo powiedzieć w takiej sytuacji: „Wynoś się”, ale może po przeprowadzeniu tego bilansu, o którym mówiliśmy, wcale nie chcieć tego zrobić. Może też zobaczyć szerzej sytuację związku i doszukać się źródeł tej zdrady we wspólnej przeszłości. Być może leżą one po obu stronach?

Absolutnie nie usprawiedliwiam w tym momencie zdrady, chcę tylko powiedzieć, że nawet zdradę można chcieć wybaczyć i nawet po niej można stworzyć udany związek. Myślę, że kluczową sprawą jest jednak zrozumienie, co właściwie się dzieje w związku. Już nawet niezależnie od tego, czy po zdradzie związek przetrwa. Wydaje się, że refleksja nad tym, dlaczego do niej doszło jest ważna choćby dlatego, aby móc w przyszłości uniknąć podobnej sytuacji.

Trudno jest mówić o tym ogólnie, każda para ma swoją specyfikę. To, co wydaje mi się cenne, to myśl o tym, co mną kierowało w tym związku. I jak to się stało, że do tego rozłamu doszło. Ale na pewno potrzeba ogromnej pokory, by zobaczyć nie tylko swój udział, ale też to, na co się nie miało wpływu. A czasem ciężko jest odróżnić jedno od drugiego.

KS: Zastanawiam się, jakie znaczenie w takiej sytuacji ma staż związku. Czy zabieganie
o relację ma większy sens, kiedy dotyczy małżeństwa z 12-letnim stażem, a mniejszy, jeśli to relacja, która trwa kilka miesięcy?

MM: Ja bym tak tego nie wartościował. Można żyć 12 lat obok siebie i niewiele wspólnie zbudować. Nie powiem na pewno, że po kilku miesiącach można zbudować głęboką więź, bo nie można. Głęboka relacja wymaga czasu, ale to nie znaczy, że należy odpuszczać tylko z powodu krótkiego stażu.

Ludzie na bardzo wiele sposobów potrafią siebie latami w związkach przytrzymywać, aż przychodzi moment jakiegoś przełomu. Nie da się już czegoś dłużej znosić.

KS: Chodzi mi o to, czy możliwość odwoływania się do wspólnej, długiej przeszłości zwiększa szanse na uratowanie związku?

MM: Powiedziałbym, że duże znaczenie ma to, jak w tym związku pokonywało się wcześniejsze problemy, kryzysy. A konkretnie: czy na pewno się je przepracowało. Czy któraś ze stron
nie żyje na przykład z poczuciem 12 lat zawiedzionych oczekiwań, porażek serwowanych przez partnera raz za razem. Być może już wcześniej przymykała oczy, przetrzymywała coś, spychając to pod dywan. Ludzie na bardzo wiele sposobów potrafią siebie latami w związkach przytrzymywać, aż przychodzi moment jakiegoś przełomu. Nie da się już czegoś dłużej znosić.

Kiedyś znajoma terapeutka opowiedziała mi o tak zwanym „teście glazury”. 15-letnie małżeństwo, które wreszcie po długich latach wytężonej, wspólnej pracy, zdobyło pieniądze, aby kupić sobie wymarzony, wyśniony wręcz dom, poległo podczas wybierania kafelków do łazienki. W trakcie urządzania domu złożyli pozew rozwodowy.

Opowiadam to oczywiście z przymrużeniem oka, bo w tej relacji z pewnością działo się wiele więcej niż brak porozumienia w kwestii kafelków, jednak jest to obrazek, metafora, która wielu parom powinna dawać do myślenia. Na ile ważne sprawy dla jednej i dla drugiej strony mogą podlegać negocjacjom, na ile jesteśmy skłonni dojść do kompromisu i w imię czego mamy go ewentualnie osiągnąć. Spychamy dyskusje o kluczowych sprawach, bo one są trudne. Łatwiej jest pokłócić się o „glazurę” - jest bardziej konkretna.

KS: Ludzie tkwią w związkach także dla tak zwanego dobra dzieci. Czy to właściwy powód, aby ratować relację?

MM: Potrafię wyobrazić sobie sytuację, w której dla dziecka może być lepszy rozwód rodziców niż ich wspólne dalsze trwanie. Oczywiście, przy założeniu, że znajdzie ono schronienie, zrozumienie, akceptację i miłość w obu nowych domach. Jednak z pewnością dzieci w takiej sytuacji poniosą jakieś koszty i konsekwencje. Ważne jest, byśmy sobie z tego zdawali sprawę.

KS: A jeśli rodzic czuje, że rozstając się z partnerem, bardzo zawiedzie swoje dziecko?

MM: Oczywiście, są tacy, którzy czują się na tyle odpowiedzialni za powołanie na świat dzieci i uważają, że dla nich rozstanie rodziców będzie katastrofą, więc decydują się na pozostanie w niesatysfakcjonującym dla siebie emocjonalnie związku. Nie chciałbym tego potępiać. Doceniam taki wybór. Jednak tu znowu trzeba pamiętać o kosztach…

KS: Bez względu na to, czy w związku są dzieci, czy ich nie ma, ludzie w ogóle dzisiaj zdecydowanie łatwiej podejmują chyba decyzję o rozstaniu. Uzmysłowiłam sobie ostatnio, że nie ma w zasadzie miesiąca, żebym nie usłyszała o jakimś rozstaniu. Wśród znajomych albo znajomych znajomych. Czy kiedyś ludzie bardziej dbali o związki, czy może w nich po prostu tkwili i nie zaprzątali sobie głowy tym, czy aby na pewno są szczęśliwi. I dlatego mniej było rozstań...

MM: Myślę, że zmiana dokonała się na kilku poziomach, które wpływają na trwałość związku. Pierwszy z nich – czysto pragmatyczny. Kiedyś decyzja o rozwodzie była zdecydowanie trudniejsza do podjęcia choćby z tego prozaicznego powodu, że mężczyzna zwykle był jedynym żywicielem rodziny i kobieta nie bardzo była w stanie utrzymać siebie, a tym bardziej siebie i dzieci. Ponadto wzięcie rozwodu wiązało się z ostracyzmem społecznym. Dziś nikt nikogo nie wytyka palcem, rozwodzić się można pięć razy i dla wielu nie ma w tym nic niewłaściwego. Kolejny poziom to dynamika związku, to, jak para radzi sobie z kryzysami. I kolejna rzecz – dzisiaj w gabinetach terapeutycznych jest coraz więcej pacjentów, którzy mają kłopot w budowaniu relacji w ogóle. Mają kłopot ze swoimi emocjami. Żyjemy w czasach wewnątrzosobistych sporów. Kiedyś kultura i sieć zależności społecznych były bardziej ścisłe. Dziś budujemy osiedla z domofonami i odgradzamy się od siebie. Kultura popycha nas głównie do tego, żebyśmy byli indywidualnie efektywni.

KS: To znaczy?

MM: Zbiorowy sukces to nie sukces. Sukces musi mieć jedno imię i nazwisko, straciliśmy zdolność organizowania się wokół czegokolwiek. Każdy na własnym odcinku ma być mistrzem. I tyle się liczy.

Gdzie w związku kończy się troska, a zaczyna przemoc?

Chcieliśmy doszlusować do Zachodu. Nie zważając na koszty. Związków one także dotyczą.

KS: A związkowi to nie służy.

MM: To nie służy budowaniu żadnej relacji. Stopień skoncentrowania się na sobie – ciało trzeba mieć jak z reklamy, pracę z bajki, trenera rozwoju osobistego, który doskonale i umiejętnie zbalansuje nasze życie, przyda się też stopień naukowy, bo kompetencje intelektualne są tak ważne – sprawia, że ludzie żyją pod ogromną presją, w bardzo rygorystycznych warunkach. „Wolnorynkowość” na bardzo różnych płaszczyznach przyjęliśmy z poklaskiem. I bezkrytycznie. Chcieliśmy doszlusować do Zachodu. Nie zważając na koszty. Związków one także dotyczą.

Umiejętność bycia razem wymaga nakładu pracy i czasu. A dziś z tym czasem i energią jest krucho.

KS: Chce pan przez to powiedzieć, że trudności jest dookoła tak wiele, że już nie starcza sił i energii na zabieganie o związek?

MM: Chcę powiedzieć, że w związku pojawiają się kryzysy. Bywamy wobec siebie złośliwi, agresywni, roszczeniowi. To wszystko elementy wymiany emocjonalnej. Umiejętność bycia razem wymaga nakładu pracy i czasu. A dziś z tym czasem i energią jest krucho.

KS: Nie mamy czasu na dbanie o związek i nie mamy pewnie też czasu na przeciąganie decyzji o rozstaniu. Podejmujemy ją w pośpiechu.

MM: A trzeba powiedzieć wyraźnie, to chyba najważniejsze: na decyzję o rozstaniu, o niepodejmowaniu próby ratowania relacji musimy dać sobie czas. Najgorsze, co można zrobić, to zamknąć oczy i skoczyć. Taki ruch zwykle odbija się czkawką. Naprawdę warto wcześniej zadać sobie wiele pytań.

KS: Stanął mi teraz przed oczami taki obrazek: siedzi w kawiarni grupa przyjaciółek i przekrzykują się na temat tego, której z nich partner jest najgorszy. Każda ma całą listę zażaleń, wypłakuje się koleżankom, a te radzą kategorycznie i z dużą łatwością: „Zostaw go!”.

MM: Szydercza loża doradczyń wydaje wyrok na podstawie tylko połowy opowieści. Bo gdyby chcieć naprawdę komuś uczciwie doradzić, to po wysłuchaniu o wszystkich wadach partnera i niedogodnościach tego związku, należałoby zadać pytanie: „A co takiego ma w sobie, że go wybrałaś, co od niego dostajesz, że z nim jednak jesteś?”.

KS: A takie pytania nie padają.

MM: I zwykle nie ma też gotowości, aby na nie odpowiadać. Bo to zdecydowanie bardziej intymna część tej opowieści. Trzeba odsłonić wtedy nie tylko tego „złego” partnera, ale też i siebie.

Pełny obraz sytuacji po rozwodzie wyłania się dopiero wtedy, kiedy ujawni się poczucie straty. Bo z jakiegoś powodu w tym związku byliśmy, więc rozstanie bez straty nie jest możliwe.

KS: Pułapka chyba kryje się w takim myśleniu: czuję się nieszczęśliwa w związku, więc się rozwiodę. Tylko potem okazuje się, że po rozwodzie nic się nie zmieniło, na miejsce po wyprowadzce męża nie wprowadziło się szczęście.

MM: Rozwód, rozstanie nigdy nie jest zerojedynkową sytuacją. Tu nie ma samych zysków. W Stanach Zjednoczonych są teraz bardzo modne imprezy organizowane z okazji rozwodu. Wszyscy śpiewają, tańczą, strzelają korki od szampana. Owszem, można odczuwać ulgę. I nawet może okazać się, że to była dobra decyzja. Ale pełny, prawdziwy obraz sytuacji wyłania się dopiero wtedy, kiedy ujawni się także poczucie straty. Bo jednak z jakiegoś powodu właśnie w tym konkretnym związku byliśmy przez lata, więc rozstanie bez straty nie jest możliwe.

Do czego są nam potrzebne autorytety?

Rozwód nie zawsze rozwiązuje problem. Wśród prawników krąży pewien bardzo sugestywny dowcip: moja druga żona ma wady mojej pierwszej żony plus swoje.

KS: A już z pewnością od samego podpisania kwitka nie spływa na nas szczęście.

MM: Powiem więcej: po podjętej pochopnie decyzji bez dojrzałego bilansu zysków, ale i strat lądujemy często w kolejnym podobnym związku, z bardzo podobnym partnerem. Wśród prawników krąży pewien bardzo sugestywny dowcip: moja druga żona ma wady mojej pierwszej żony plus swoje. Więc czasami naprawdę warto przyjrzeć się sobie, zrozumieć siebie, swoje potrzeby i z tym podsumowaniem udać się do partnera, który zrobi to samo i wspólnie układać znane, oswojone puzzle na nowo zamiast rzucać się w obcą rzekę. Tam też może znosić nas prąd. Ale oczywiście z drugiej strony małżeństwo to nie „saperka” – można się naprawdę pomylić. Można źle wybrać. Na ogół wiążemy się z kimś na wczesnym etapie życia i bywa, że te drogi rzeczywiście się rozchodzą. Ale bez ważnych pytań i mądrych odpowiedzi nie warto podejmować tak wiążących decyzji.

KS: Po potem można żałować.

MM: Jest taka piosenka zespołu Wilki. Wyliczanka: Baśka miała fajny biust, Ania styl, z Kaśką można było konie kraść itd. Nie ma związków idealnych, warto nie skończyć samotnie z wyliczanką strat w głowie i sercu. Warto wiedzieć, dla jakiej wartości jesteśmy gotowi
różne rzeczy poświęcić. Być może on mnie drażni, irytuje wieloma swoimi zachowaniami, ale daje mi na przykład poczucie bezpieczeństwa. A to ono jest dla mnie najważniejsze. Ale to trzeba wiedzieć o sobie. Kłopot polega na tym, że większość rzeczy, które najsilniej związują nas z partnerem, odbywa się na poziomie nieświadomym.

KS: Dlatego tak ciężko w momencie kryzysu nam się do tego odwołać?

MM: Czasami w ogóle nie potrafimy sami tego zrobić i warto skorzystać z pomocy. Pewnych rzeczy nie lubimy o sobie wiedzieć...

Nie wszystkie dobre związki są oparte na miłości. Są dobre związki zawarte na zasadzie umowy: szanujemy się, lubimy, nie chcemy być sami, coś budujemy, bez porywów serca.

KS: A czy zadanie sobie pytania: „Czy ja jeszcze tego człowieka kocham?” może być pomocne? Czy ono ma sens, kiedy zastanawiamy się, czy ratować związek?

Jest zbyt ogólne. Niczego nie rozwiązuje. Może to, co teraz powiem, nie jest najbardziej popularne, ale moim zdaniem nie wszystkie dobre związki są oparte na miłości. Są dobre związki zawarte trochę na zasadzie umowy: szanujemy się, lubimy, nie chcemy być sami, coś wspólnie budujemy, bez wielkich porywów serca. Nie odbierałbym takim związkom wartości.

KS: Rzeczywiście, nie przemówił teraz przez pana romantyk.

Być może czasem bajkę o księciu można poświęcić w imię czegoś, co w istocie dla konkretnego człowieka jest najważniejsze. Ludzie dzisiaj chyba często traktują długotrwały związek, małżeństwo jak zobowiązanie, wręcz uwiązanie. Ślub jak wyrok. A tymczasem małżeństwo to nie tylko obietnica i zobowiązanie, to szansa, możliwość na rozwój, na tworzenie nowej jakości. Rodzina kojarzy mi się z lasem. W lesie, w którym drzewa długo rosną obok siebie, ich korzenie i gałęzie zaczynają się przeplatać. Aż w końcu niemal się zrastają. Taka całość jest bardzo mocna, trudna do wyrwania…

Zamiast pomagać, szkodzą. Dlaczego nie warto stosować żadnych diet?

Michał Modliński - psychoterapeuta psychoanalityczny, członek Zespołu Pomocy Psychoterapeutycznej. Prowadzi terapie dla osób indywidualnych oraz par.

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)