POLECAMY

„Ślub z Ruskim? Skandal!” A ona zakochała się w Rosjaninie z francuskim paszportem i napisała książkę o miłości

Kiedy Polak poślubia Rosjankę, mówią o nim: szczęściarz! Ale kiedy Polka oddaje rękę Rosjaninowi, nawet takiemu z francuskim paszportem, koleżanki mdleją, urzędniczki sarkają, a w powietrzu wisi słowo: SKANDAL! O stereotypach, uprzedzeniach i miłości w barwach wielu kultur rozmawiamy z Anną Mandes-Tarasov, dziennikarką, blogerką z parismoskwa.com i autorką słodko-gorzkiej komedii romantycznej „Moje wielkie ruskie wesele”.
/ 8 miesięcy temu
„Ślub z Ruskim? Skandal!” A ona zakochała się w Rosjaninie z francuskim paszportem i napisała książkę o miłości fot. Archiwum prywatne

Katarzyna Domańska: Aniu, gdzie Ciebie dziś zastałam? Paryż, Moskwa, Warszawa?

Anną Mandes-Tarasov: Od września mieszkamy na stałe w Paryżu. Nasz pięcioletni synek poszedł już do zerówki, skończyło się więc latanie tu i tam.

A gdzie czujesz się bardziej u siebie?

Kraj i miasto to nie to samo. Warszawa to nie Polska, a Paryż to nie Francja. Ja myślę raczej kategoriami miast. Jestem warszawianką i Warszawa zawsze będzie moim ukochanym miastem. To nie jest najpiękniejsze miejsce na świecie, ale tu jestem najbardziej u siebie. A Paryż naturalnie jest przepiękny  i jest już przeze mnie trochę „oswojony”, nie czuję się w nim obco

Co najbardziej urzeka Cię w Paryżu?

Turyści zwykle zachwycają się paryskimi kawiarenkami, małymi urokliwymi uliczkami, przepięknymi zabytkami, ale ja nie lubię ścisku. Ten burżuazyjny Paryż z dziewiętnastowiecznymi kamienicami, restauracjami, które stoją w tym samym miejscu od stu lat, mnie warszawiankę czasami trochę przytłacza. Gdy potrzebuję oddechu, chętnie jadę do La Défense, nowoczesnej części Paryża lub do 13. dzielnicy w okolice biblioteki Mitteranda. Tam, gdzie czuje się przestrzeń. Lubię nowoczesną architekturę tych miejsc.

„Bycie singlem to nie upodobanie do bycia solo, to stan umysłu, najgłębsza część duszy”.

Ale chyba najwięcej przestrzeni ma Moskwa? Twój opis tego miasta w książce trochę przestrasza.


,,Moskwa to nie Paryż. W niej nie sposób zakochać się od pierwszego wejrzenia. Przeraża ogromem i przestrzenią, przytłacza architekturą, przepychem i kolorami. A jeśli nawet jakiś przyjezdny się uprze i zachwyci tym miastem, to zwykle jest to uczucie jednostronne. Moskwa nie lubi turystów. Jest niczym kapryśna kobieta nie do zdobycia. Zmusza swych wielbicieli do pokonywania ogromnych odległości, gania w górę i w dół po nieskończenie długich ruchomych schodach metra, wciska do podziemnych przejść pod sześciopasmowymi ulicami. Ale tak jak piękna kobieta spotkana raz, nie da o sobie zapomnieć już nigdy.”
Moskwa jest przeogromna! Paryż w porównaniu z nią jest malutki. Moskwę nie jest łatwo zwiedza. Ze względu na odległości, ale i na dynamikę tego miasta, liczbę samochodów, tłum ludzi w metrze. Jednak nie ma takiego drugiego miasta w Europie. Zderzenie bizantyjskiej stylistyki, rosyjskiego folkloru z pozostałościami po okresie socrealizmu i nałożenie na to wszystko współczesnego kapitalistycznego rysu wielkiej metropolii daje obraz miasta jedynego w swoim rodzaju. Moskwa ma też inne oblicze. Piękne bulwary i stare cerkwie. W miejscach takich jak Patriarsze czy Czistyje Prudy nadal unosi się duch Bułhakowa, a życie toczy się jakby w innym wymiarze. To zresztą ulubione miejsca mieszkających w Moskwie Francuzów. Kawałek Paryża w Moskwie. Dają oddech od olbrzymich, a przez to trochę nieludzkich budowli, które królują w stolicy Rosji.


Takich jak Pałac Kultury?

W Moskwie jest siedem takich pałaców. Mieszczą się w nich ministerstwa, urzędy, uczelnie, a w jednym najzwyczajniej mieszkają ludzie. Te pałace komunistycznej władzy nadają miastu niezwykłą monumentalność. Dla Rosjan, dla mojego męża również, jest to istotny element architektoniczny, wyróżniający Moskwę. Dla mnie rozpoznawalne i charakterystyczne dla tego miasta są cerkwie. Ze swoim złotymi, niebieskimi, zielonymi kopułami są jak baśniowy element zagubiony pośród nowoczesnego, pędzącego miasta.

A co myślisz o Pałacu Kultury w Warszawie? Pojawił się pomysł, by go zburzyć

Nie lubię Pałacu Kultury. To dziwaczne połączenie wieżowca rodem z Nowego Jorku z przerysowanymi zdobieniami, nie podoba mi się. Zburzenie go to jednak pozbawienie Warszawy rozpoznawalnego elementu, pewnego symbolu. Wśród Rosjan wzbudza on też ogromne emocje. Rozpoznają go jako swój wkład w odbudowę Warszawy. Przed weselem zorganizowaliśmy wjazd na najwyższe piętro Pałacu Kultury, to była spora atrakcja!

Anna i Misza istnieją naprawdę, inni bohaterowie również, choć w książce mają zmienione imiona. Jednak nie wszystko co dzieje się w powieści, wydarzyło się w rzeczywistości. Nie ma to zresztą znaczenia.

Ile w książce jest prawdy o Tobie i Twojej osobistej historii?

Jako dziennikarka jestem przyzwyczajona do opisywania w tekstach prawdziwych sytuacji, przedstawiania faktów. Powieść rządzi się innymi prawami. Tu mogłam miesza fakty z fantazją, własną wyobraźnią. Przeżycia i losy głównej bohaterki mają wiele autentycznych wątków, ale nie jest to powieść autobiograficzna. Anna i Misza istnieją naprawdę, inni bohaterowie również, choć w książce mają zmienione imiona. Jednak nie wszystko co dzieje się w powieści, wydarzyło się w rzeczywistości. Nie ma to zresztą znaczenia. To co jest całkowicie autentyczne, to moje obserwacje i przemyślenia na temat przenikania się kultur i relacji międzyludzkich.

A opowieść o Twoim związku?

Jest w nim wiele prawdy, choć niektóre szczegóły są tylko moją fantazją. Na przykład moje przyjaciółki mają  pretensję, że nie widziały nigdy pierścionka zaręczynowego ze szmaragdem przywiezionego z miasta Azbest na Uralu. On istnieje, niestety, tylko w książce. Wydawało mi się zabawne zestawienie romantycznego pierścionka z miastem Azbest, w który zresztą realnie wydobywa się szmaragdy. Niektórzy historię z książki interpretują jeden do jednego. To czasami jest bardzo komiczne, bo paru moim znajomym udało się ,,przypomnieć sobie” wydarzenia, które wymyśliłam na potrzeby książki.

Co było najtrudniejsze do zaakceptowania przez Ciebie w wielokulturowości, z którą się zetknęłaś?

Zderzenie moich wyobrażeń z rzeczywistością. Marzenia ludzi, którzy dorastali w latach 90., również i mnie ukształtowały. Gdy wszystkie granice upadły, sądziliśmy, że czeka nas okres globalizacji, kulturowego przemieszania, że będziemy mogli swobodnie podejmować decyzje, gdzie chcemy zamieszka. Wydawało nam się, że jesteśmy pokoleniem, które podbije świat, staniemy się obywatelami globalnej wioski, bo już nie ma żadnych barier i  wszystko wydaje się możliwe.

I co się stało?

W Paryżu okazało się, że multikulturowość wygląda zupełnie inaczej, niż ja sobie wyobrażałam. We Francji jest co prawda dużo emigrantów, ale jest to kraj bardzo konserwatywny, może nawet skostniały. Tu nie możesz być znikąd. Nie do końca liczy się tylko to, co kto potrafi, jak bardzo ktoś jest zdolny czy błyskotliwy. Ważne jest, by ukończyć elitarną szkołę, mieć koneksje, a czasem po prostu odpowiednie nazwisko. Na początku francuska kultura wydawała mi się bliska. Bardzo lubię francuską literaturę, muzykę. Ale po przyjeździe do Paryża przekonałam się, że to z innymi Słowianami mam więcej wspólnego. Mimo że, kiedy chodziłam do podstawówki, nikt w szkole nie chciał się uczyć rosyjskiego, to jednak sposób patrzenia na świat dla naszego pokolenia był taki sam. Może ze względu na historię? Myślę, że nowym generacjom jest już bliżej do Zachodniej Europy. Dla nich Rosja to egzotyka.

„Opłaciłam swój sukces sporymi kosztami, jak na przykład rozpad dwóch związków”.

Twoja książka zawiera sporą dawkę międzynarodowych konfliktów, ale przede wszystkim to romantyczna komedia z ciekawym wątkiem pracy w redakcji, przypominającym „Dziennik Bridget Jones” czy „Diabeł ubiera się u Prady”.

Często słyszę, że moja książka jest bardzo filmowa, więc może rzeczywiście udało mi się wpisać w taką konwencję, bo przecież ,,Bridget Jones” i ,,Diabeł ubiera się u Prady”, to również przeboje kinowe. Wybór formy komedii romantycznej z lekkim dystansem do całej historii to moja świadoma decyzja. Nie chciałam pisać kolejnej poważnej, przygnębiającej książki o polsko - rosyjskich konfliktach, dzielącej nas historii, zakorzenionych stereotypach. Nie zależało mi na jeszcze jednym reportażu z wyprawy do ,,dzikiej” Rosji. Takich książek jest pełno w polskich księgarniach. Ja nie staram się Rosji badać i analizować, Rosja jest po postu elementem mojego codziennego życia. W ,,Moim wielkim ruskim weselu” chciałam opisać zwykłą historię miłosną, która ma prawo wydarzyć się również między Polką i Rosjaninem. 
Moja bohaterka pracuje w magazynie dla kobiet, więc skojarzenie z książką ,,Diabeł ubiera się u Prady” jest bardzo trafne. Przez lata pracowałam w lifestylowym magazynie, więc to barwne środowisko było mi najprościej opisać. Tyle że szefowa mojej bohaterki Izabela Pomykalik jest chyba bardziej groteskowa niż straszna. To były czasy, w których każda redaktor naczelna w Warszawie chciała być niczym Anna Wintour, co zwykle dawało bardzo komiczny efekt, idealnie pasujący do komedii romantycznej.


fot. archiwum prywatne pisarki

W książce burzysz wiele stereotypów, także tych kulturowych. Wszyscy wydają się nie dowierzać - jak to Polka wychodzi za mąż za Ruskiego?

Anna i Misza poznają się w Paryżu. Wiedzą kim są, ale dla nich nie jest istotne, gdzie się urodzili i wychowali. Zwyczajnie lubią się, przyjaźnią, chętnie ze sobą przebywają, dużo rozmawiają, wspierają się, bo na emigracji nie jest przecież łatwo. Mają podobne wspomnienia z dzieciństwa, oglądali te same „dobranocki”. Wiele ich łączy i jak to w życiu bywa zakochują się z wzajemnością. Decydują się na ślub w Polsce. I tu muszą się zderzyć ze stereotypami i pytaniami, które im samym nie przyszły do głowy. W książce odnoszę się do nich z humorem i trochę z ironią.

Czy piłaś z Ruskimi wódkę na Placu Czerwonym? Ludzie zadają Ci takie pytania?

Zadają mi pytania o wyprawę koleją transsyberyjską, o ruską banię, o to czy w Moskwie jest niebezpiecznie. Czy piłam wódkę z Ruskimi na Placu Czerwonym? Piłam koniak, bo wtedy było minus 32 stopnie, a koniak rozgrzewa jakoś przyjemniej. Gdy temperatura spada poniżej trzydziestu stopni to jest to zimno, które aż boli.  A stereotypy, mają się wciąż dobrze. Ostatnio w Rosji częściej pytają mnie, czy w Polsce szykujemy czołgi na spółkę z Amerykanami.

Rozmawiasz z Miszą  o polityce?

Każde z nas martwi się o swój kraj. A wspólnie martwimy się o trzy kraje naraz. To co się wydarzy we Francji, gdzie teraz mieszkamy, ma wpływ na nasze życie, ale nie możemy odciąć się od naszych korzeni. Polska i Rosja są częścią naszego życia, na szczęście my nigdy nie byliśmy wrogo nastawieni do naszych krajów, więc na razie rozwód nam nie grozi.

Zdarzyło Ci się pójść na jakiś „kulturowy” kompromis, coś odpuścić?

Rosja i Polska są zbliżone. Mamy podobny stosunek do rodziny, związków, przyjaciół. Zawsze się śmiejemy, że my mamy o jeden rodzinny problem mniej. Bo nie musimy się spiera
, do których rodziców pojedziemy na Wigilię, co często zdarza się w polskich rodzinach. My Boże Narodzenie zawsze spędzamy w Polsce z moją rodziną, a w Rosji świętujemy Nowy Rok, który tam jest ważniejszy od Wigilii. To oznacza, że odkąd wyszłam za mąż przestałam chodzić na sylwestra z przyjaciółmi. Nowy Rok zawsze spędzamy z rodziną męża. W Rosji jest to najważniejsze i najbardziej rodzinne święto. Jest  choinka, przychodzi Dzied Maroz i  są prezenty.

Zobacz, jak była dziennikarka została rzemieślnikiem i szyje skórzaną galanterię!

A jakieś różnice, które Ciebie zaskoczyły?

W Rosji inny jest też stosunek do wydawania pieniędzy, oszczędzania. Jak się zmywa naczynia to woda leci bez przerwy, gaz się pali, światło nie gaśnie. Pieniądze w Rosji są ważne, ale wydaje się je lekkomyślnie, bardziej kompulsywnie.  Rzadko się oszczędza, planuje, porównuje ceny, żeby potem coś taniej kupić. Pieniądze wydaje się raczej lekką ręką, nie myśląc o przyszłości. Jak nasz synek idzie z dziadkami na zakupy,  to kupują wszystko, co im wpadnie w oczy. Często rzeczy zupełnie niepotrzebne. Ale może dziadkowie rozpieszczają swoje wnuki nie tylko w Rosji?

Czy nie mieliście problemu z wyborem imienia dla syna? Polskie czy rosyjskie?

Z wyborem imienia było sporo emocji. Tak jak w Polsce w Rosji panowała wówczas moda na retro imiona. Ale mój mąż wcale nie chciał, by nasz syn miał staroruskie imię - Władymir, Jeropołk czy Dobrynia. Raczej planował wołać na niego Diego Armando, na cześć Maradony. Ja upierałam się, że chcę nazwać syna na  cześć mojego ulubionego pisarza, chciałam, żeby miał na imię Bruno jak Schulz.

I mąż się zgodził?

Dopiero wtedy, gdy wynalazłam gdzieś, że „Bruno” to znaczy po germańsku ,,brunatny niedźwiedź”, czyli podobnie jak Misza po Rosyjsku. To był argument, który przyćmił nawet gwiazdę piłki nożnej. Ważne było również, że imię to jest pisane i wymawiane podobnie po polsku, rosyjsku i francusku. Wychowywanie dziecka między trzema kulturami zmusza do myślenia również o takich aspektach.

Domyślam się, że właśnie o tym będzie twoja kolejna książka  ,,Paryż, Warszawa, Moskwa. Z dzieckiem na ręku”. Kiedy będziemy mogli ją przeczytać?

Książka wciąż się pisze, ale w tym roku na pewno będzie na półce.

Książkę Anny Mandes-Tarasov „Moje wielkie ruskie wesele można kupić m.in. w Empiku. Polecamy!

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)