Rzuciła korporacje, by podążać za marzeniami. Założyła kawiarnię i... jest szczęśliwa!

"Przychodziłam wieczorem do domu i nadal myślałam o pracy. Nocami budziłam się przerażona, czy o czymś nie zapomniałam. To odbijało się na życiu prywatnym. W końcu przyszedł ten moment, że postanowiłam odejść ". Ewa Siniarska opowiada o swojej kawiarni, pasji i podróżach.
Rzuciła korporacje, by podążać za marzeniami. Założyła kawiarnię i... jest szczęśliwa! fot. Monika Szałek

Co spowodowało, że odeszłaś z korporacji?

Przez 20 lat pracowałam w wielkich korporacjach mediowych, później telekomunikacyjnych, a ostatnio w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej. Tworzyłam tam bardzo ciekawe projekty i to nie jest tak, że tam mi się coś nie podobało, to było dobre na tamten etap w moim życiu. Wierzę, że wszystko dzieje się po coś, a do swoich marzeń dochodzimy po kolei, we właściwym czasie, małymi kroczkami.

Jak to się stało, że zaczęłaś pracę w mediach?

Miałam 19 lat, gdy zaczęłam pracę w mediach. W zasadzie już od 15. roku życia, gdy zobaczyłam pierwszą reklamę w TV, wiedziałam, że to jest to, co chcę robić. Wtedy wiedziałam, że chcę się zajmować promocją, mediami, że to jest świat, który chcę poznać i w którym chcę się realizować. Już na pierwszym roku studiów zaczęłam pracować w wydawnictwie i to była moja wielka pasja. I wtedy moja wymarzona droga, którą szłam przez te wszystkie lata. Weszłam też mocno w show business i modę, robiłam duże projekty, organizowałam pokazy, gale. Ostatnio zajmowałam się promocją i mediami w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej. Wszystkie te lata to ogromnie ważny dla mnie czas.

Żałujesz czasu, jaki spędziłaś w korporacjach, czy z perspektywy doceniasz tę pracę?

Absolutnie nie żałuję żadnego z etapów, które przeszłam i to, co cenię najbardziej, to mnóstwo doświadczenia jakie zdobyłam. Wiele się nauczyłam i to właśnie doprowadziło mnie do punktu, w którym jestem teraz. Nauczyłam się pracy z ludźmi, negocjacji, systematyczności, deadlinów, komunikacji - to była dla mnie ogromna lekcja. Poznałam wiele wspaniałych osób, z którymi od początku mojej pracy aż do dziś utrzymuję kontakt i też współpracuję. Tak, to był mój wielki rozwój. Wtedy też odkrywałam, co chciałabym dalej robić. 

A co było dla Ciebie najtrudniejsze w pracy w korporacji? 

Codzienna pogoń za czasem i energia dużego stresu. Nie umiałam zaakceptować tego, że ludzie, którzy są pracownikami wielkich korporacji, nie zauważali samych siebie w tym, co robili - a robili wielkie rzeczy! Realizowali wspaniałe projekty, a jakby ich w tym nie było i zrobiło się samo. I lecieli dalej do kolejnych wyzwań. Nie znajdowali czasu, żeby zatrzymać się na chwilę i docenić samych siebie. Ja, pracując w PR,  zawsze starałam się robić wszystko, by ludzie, z którymi pracuję, byli zauważeni. Organizując aktywności i eventy dla pracowników starałam się ich zaangażować tak, aby mogli też spełniać swoje pasje i marzenia. Zależało mi zawsze, aby w tym codziennym trudzie się zatrzymali i zobaczyli, jacy oni są wspaniali i co potrafią. 

A nie masz wrażenia, że ludzie nie potrafią uwolnić się od korporacji? 

Gdy odeszłam z korporacji, dzwonili do mnie znajomi z pytaniem, czy życie poza korporacją w ogóle istnieje. To prawda, że ta praca jest wygodna i wiele osób bardzo tę wygodę docenia. Ja uważam, że najważniejsze jest aby robić to, co się kocha. Każdy ma wybór. Czasem po prostu trzeba poczekać na swój moment zmiany, jeżeli ma ona nadejść. 

A Ty, kiedy poczułaś, że to jest już ten moment? 

To dojrzewało we mnie długo. Obserwowałam to, jak pracujący ze mną ludzie wciąż gdzieś pędzą. Ja też w tym byłam. Przychodziłam wieczorem do domu i dalej byłam zabiegana, moje myśli były pochłonięte pracą, nocą budziłam się przerażona, czy przypadkiem nie zrobiłam jakiegoś błędu. Bardzo chłonęłam energię pośpiechu i stresu ludzi wokół. Cały czas wierzyłam, że jest jakiś sposób, aby się zatrzymać i stworzyć też taką możliwość dla innych, żeby mogli poczuć spokój, radość i beztroskę tak jak to było w dzieciństwie.
 
 

Jak zareagowali na to Twoi najbliżsi i współpracownicy?

Przyjaciele i rodzina, choć na początku był to dla nich szok, bardzo mnie wspierali i jestem im ogromnie wdzięczna. Mam dwie córki i bardzo chciałabym, żeby one też podążały za swoimi marzeniami. Żeby wiedziały, że jeśli ma się pasję, to można osiągnąć wszystko i nie można się bać realizować swoich pasji.

Skąd nazwa Przystanek Miłość?

Nazwa przyszła sama. Na początku w ogóle nie myślałam o kawiarni. Moim marzeniem było stworzyć takie miejsce, w którym będzie jak w domu, gdzie można cieszyć się każdą chwilą z bliskimi, rodziną, przyjaciółmi, ale przede wszystkim gdzie nie trzeba nakładać żadnych masek, dostosowywać się do nikogo, być prawdziwym sobą. Z takim ciepłym domem kojarzył mi się zawsze też zapach świeżo upieczonego ciasta. Złożyłam te wszystkie elementy mojej wizji i tak powstała kawiarnia Przystanek Miłość. A nazwa przyszła z serca. 

Sama pieczesz ciasta?

Tak! Uwielbiam to, a samo pieczenia ciast mam w genach, bo mój dziadek był cukiernikiem i prowadził swoją cukiernię na Pradze. Prowadził ją do 83. roku życia. Zawsze kochałam tam przychodzić. Dobrze się tam czułam. To właśnie dziadkowi zadedykowałam moją kawiarnię.
 
 
 

A wnętrze. Mamy tu pianino, mnóstwo dekoracji. Skąd pomysł na takie wnętrze?

Starałam się, aby wnętrze jak najbardziej przypominało dom, szukałam mebli, pianina, kanap, które taki klimat stworzą. Ale to wnętrze tworzą też goście. Kiedyś pewna pani przywiozła mi dywan, bo uznała, że świetnie będzie tu wyglądał. Goście przynoszą książki, pamiątki, bibeloty. I to jest piękne! 

A mapa, którą widzimy na ścianie? to dzieło przypadku, czy coś więcej?

Mapa jest związana z moim projektem Słodkie Smaki Świata. Do stworzenia projektu zainspirowali mnie goście z całego świata, którzy odwiedzają kawiarnię. Rozmowy o kulturze, naszych zwyczajach, sposobie na dobre życie oraz tradycjach związanych ze słodkimi wypiekami sprawiły, że chcę poznawać bliżej inne miejsca na świecie, czerpać to co ważne i z każdego z miejsc przywozić takie elementy, które złożone w jedną całość stworzą ten idealny smak świata, którego szukam. Odwiedzam wybrane regiony, rozmawiam z mieszkańcami, docieram do rekomendowanych przez nich miejsc, pytam o ich przepis na słodkie życie oraz uczę się piec ciasta, aby przywieźć je do Przystanku Miłość. Nie przygotowuję się do podróży czytając przewodniki, z pomocą mieszkańców danego kraju chcę poznawać go od początku do końca, słuchając, podążając za  otrzymanymi wskazówkami, uczestnicząc w codziennym życiu tam, aktywnościach związanych z regionem od sposobu spędzania czasu, od kuchni po muzykę.
 
 

Co daje praca na swoim? Nie odczuwasz juz takiego stresu jak w korporacjach?

To jest inny rodzaj stresu. Nawet bym tego stresem nie nazwała. Dużo musiałam się nauczyć. Przede wszystkim całej biurokracji i spraw papierkowych, co nie było łatwe do polubienia. Natomiast kawiarnia daje mi oddech. Poznaję tu dużo wspaniałych ludzi i mogę im przekazać cząstkę siebie. To jest teraz moja droga. Korzystając z okazji - bardzo wszystkich zapraszam do Przystanku Miłość :-)
 
 
 
 
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)