POLECAMY

Jak rozmawiać z mężczyzną o miłości? Nie jest to łatwe, ale... do zrobienia

Walczyć czy przytakiwać? Przemilczeć czy wyznać? Żartować czy zawsze być serio? Jak się nie zgodzić, by nie zranić? O arcytrudnej sztuce rozmawiania o miłości mówią nam fachowcy: dr Lucyna Kirwil, psycholog, oraz prof. Jerzy Bralczyk, językoznawca. Prywatnie małżeństwo. Na początku maja ukaże się ich wspólna książka „Pokochawszy”. Wywiad z Urody Życia 5/2018.
/ tydzień temu
Jak rozmawiać z mężczyzną o miłości? Nie jest to łatwe, ale... do zrobienia fot. Adobe Stock

Lucyna Kirwil: Ja uważam, że w związku można i należy mówić o wszystkim.
Jerzy Bralczyk: A ja uważam, że czasem lepiej wyjść. I idę do gabinetu.
Trudno wyobrazić sobie lepszych rozmówców, gdy chce się zgłębić temat języka miłości
– psycholog i językoznawca.
Jerzy Bralczyk: Każdy językoznawca powinien być trochę psychologiem,a każdy dobry psycholog na pewno wiele wie o języku. Bo człowiek najsilniej się w nim ujawnia. Kiedy Sokrates spotkał nieznajomego, powiedział: „Przemów do mnie, żebym cię poznał”.

Miłość po 40-tce może być cudowna! Musisz tylko... mniej mówić - bardzo życiowa rozmowa o związkach

SŁOWO CZY ZAPACH?

Lucyna Kirwil: Nie do końca mogę się zgodzić. Poprzez język, słowa, informujemy innych głównie o tym, kim jesteśmy w sensie społecznym: do jakiej warstwy społecznej należymy, jakie możemy mieć wykształcenie, jakie możemy mieć zainteresowania i potrzeby.
Jerzy Bralczyk: Kiedy mówię „język”, mam na myśli nie tylko słowa i zdania, ale też ton głosu, jego natężenie, tempo mówienia. W tych czynnikach człowiek także się ujawnia, czasem być może silniej niż w samych słowach. Szczególnie ważne jest to w języku miłości.
L.K.: Właśnie. Na to, że wypowiadane słowa i zdania nie muszą być w relacji miłosnej najważniejsze, wskazują związki zawierane między osobami mówiącymi różnymi językami, przedstawicielami różnych kultur. Czasem dla powstania związku ma znaczenie to, jak ktoś się śmieje, jak pachnie, jak wygląda, czyli oddziaływanie bodźców zmysłowych.
J.B.: Gdyby żona nie mówiła tym głosem, to bym się w niej nie zakochał.
L.K.: A widzisz? To bodziec zmysłowy!
J.B.: Ale tym głosem mówisz mądre rzeczy. Widzisz? Jednak język słów!

Czy nie jest tak, że ten pozawerbalny rodzaj porozumienia wystarcza tylko do pewnego momentu, potem chcemy jednak więcej słów?

J.B.: Oczywiście, to może być jedynie wstęp, stworzenie warunków do miłości. Ale według mnie, aby miłość zaistniała, musi pojawić się porozumienie na bazie języka. Ono jest konieczne. Poza tym bez trudu wyobrażam sobie sytuację, kiedy ludzie mogą się pokochać bez tego wstępu. Poznają się korespondencyjnie, telefonicznie, przez internet. Jest tylko słowo. Wierzę, że na jego podstawie miłość jest możliwa.
L.K.: Ale w takim wypadku jest coś więcej niż słowo. Choćby składnia – dobór wyrazów – sprawiają, że przekaz ma zabarwienie emocjonalne i na drugą stronę oddziałuje także na zasadzie bodźca pozawerbalnego. Ale zgodzę się, że za chwilę chcemy więcej, bo potrzebujemy bliskości, a by ją zbudować, wzajemne zrozumienie i język są niezbędne. Musimy wiedzieć, co nas łączy, co nas dzieli, w czym jesteśmy do siebie podobni, w czym się od siebie różnimy.

SŁOWA – KOD, KTÓRY ODCINA NAS OD RESZTY ŚWIATA

Mówi się, że każdy związek miłosny ma swój język, swój własny kod językowy, to prawda?

J.B.: Prawdopodobnie większość związków szuka odmienności. Tak jak młody człowiek, który nie zgadza się, aby jego emocje były wyrażane w taki sposób, w jaki wyrażają je jego rodzice, dziadkowie. Szuka własnych ścieżek. Tym bardziej jest tak w emocjach głębokich, między partnerami. Nie chcemy powtarzać fraz, które już gdzieś słyszeliśmy, które ktoś wypowiedział, bo mamy wtedy poczucie, że to jest nieprawdziwe, formalne, nie nasze, pozbawione oryginalności, spontaniczności. Ale są też ludzie, którzy nie są pewni swoich zachowań, oni będą dążyć do naśladowania innych. Są takie pary, takie związki, w których ona mówi do niego tak jak bohaterka romantycznego filmu, który wczoraj oglądała.
L.K.: Dążymy do zbudowania swojego języka miłości, ale zwykle dzieje się to na bazie kulturowych wzorców. Czerpiemy z książek, filmów, tekstów piosenek. Szukamy, testujemy. Taki kod w pewnym momencie staje się bardzo potrzebny. Kiedy związek zaczyna funkcjonować jako diada, potrzebuje sposobu, aby móc odciąć się od reszty świata, nawet od najbliższych przyjaciół. Potrzebna jest przestrzeń czytelna tylko dla nas, dla mnie i dla mojego partnera. To składowa bliskości – potwierdza miłość. Tu pojawiają się czułe, ckliwe albo wcale niekoniecznie czułe i ckliwe przezwiska, ale też całe frazy, które wypowiadane do siebie, kiedy jesteśmy w większym gronie, stanowią niezrozumiały dla innych kod. To sprawia, że czujemy się jako para silni, mocni tą odrębnością.

Dotyk jest najczulszym barometrem związku. Kiedy ostatnio przytulałaś się partnera? 

KOBIETA POTRZEBUJE SŁÓW

Podobno to kobieta zdecydowanie bardziej pragnie usłyszeć, że jest kochana, chce deklaracji.

J.B.: Mówi się nawet, że kobiety kochają uszami.
L.K.: Jeśli chodzi o sferę seksu, z badań wynika jasno, że to mężczyzna potrzebuje słów, chce, by kobieta mówiła. Ale wracając do miłości: myślę, że obie strony pragną jakiegoś rodzaju werbalnych zapewnień.

Słowa mają moc, a szczególnie te, które kłamią... Mamy wbudowane w naszą językową kompetencję takie trzy mechanizmy. Mechanizm negacji – do każdego zdania możemy dodać „nie”; mechanizm ironii – mówię coś, ale znaczenie jest przeciwne; i mechanizm kłamstwa

J.B.: Potrzeba bezpieczeństwa jest zdecydowanie silniejsza ze strony kobiet. To jest uwarunkowanie kulturowe. A ponieważ często tę potrzebę bezpieczeństwa, albo przynajmniej jego pozory, zaspokajamy, słysząc jakiś rodzaj werbalnego zapewnienia, kobieta na te słowa czeka.
L.K.: Mnie się wydaje, że kobiety bardziej wierzą słowom, nie tyle silniej ich potrzebują, co traktują je zdecydowanie bardziej poważnie. Sądzą, że jeślimężczyzna już jakąś deklaracje złożył, jest ona na serio. Dlatego częściej poddają się manipulacjom emocjonalnym.
J.B.: Nie bez powodu więcej jest oszustów matrymonialnych niż oszustek.
L.K. Choć sądzę, że kobiety wypracowały sobie pewne umiejętności, które także można zaliczyć do oszukiwania czy manipulacji emocjonalnej. Np. mówienie tego, co partner lubi słyszeć. Unikanie tematów, które były dla partnera drażliwe w jego poprzednich związkach. Przygotowywanie na obiad tego, co on lubi najbardziej, by podczas jedzenia negocjować coś, na co partner nie chce się zgodzić. Udawanie bezradności, powoływanie się na deficyty w zaspokajaniu potrzeb dzieci, gdy te potrzeby są zaspokojone.
J.B.: Słowa mają moc, a szczególnie te, które kłamią... Mamy wbudowane w naszą językową kompetencję takie trzy mechanizmy. Mechanizm negacji – do każdego zdania możemy dodać „nie”; mechanizm ironii – mówię coś, ale znaczenie jest przeciwne; i mechanizm kłamstwa. Te mechanizmy sprawiają, że nie jesteśmy skazani na zniewolenie przez język. One wszystkie w miłości mogą odgrywać sporą rolę. Język daje nam możliwość do „zabawy” drugą stroną, partnerem. Kiedy ten naciska, mamy oręż...

Rozumiem, że nam, kobietom, potrzeba więcej czujności, czasem warto poskromić ten apetyt na słowa...

J.B.: Ale to, zdaje się, jest trudne na poziomie emocji. Znam przypadek kobiety, która związała się z obcokrajowcem. Ona władała jego językiem bardzo dobrze, on nie mówił po polsku. Opowiadała, że w pewnym momencie zaczęło jej bardzo przeszkadzać, że nie może usłyszeć od niego właśnie po polsku, w swoim języku, tych ważnych słów, słów miłości.
L.K.: Dla części z nas bardzo ważna jest możliwość wymieniania z partnerem na bieżąco spostrzeżeń, ale i możliwość opowiadania o tym, co się w danym momencie czuje. A te kody emocji
są w różnych językach zupełnie różne. W języku francuskim na przykład jest podobno zdecydowanie więcej odcieni emocji pozytywnych niż w polskim. I często nie wystarczy znajomość słów i składni innego języka, aby wymiana opisów odczuwanych uczuć sprawnie zaspokajała potrzeby emocjonalne. Samo przytulenie tu nie wystarczy. Sama znajomość słownika tu nie wystarczy. W miłości liczy się także to, co nazywamy wspólnym doświadczeniem.

Bywa też tak, że ta odmienność językowa jest, do pewnego momentu, źródłem ogromnej fascynacji.

Na przykład?

L.K.: Na przykład czuje pani specyficzny rodzaj więzi z kimś, kto w przeszłości czytał te same książki, oglądał te same filmy, jeździł na takie same biwaki.
To wszystko krąży wokół języka, on jest ważną składową. Kiedy pojadę do Anglii, tam nie znajdę z potencjalnym partnerem tego wspólnego zbioru. Znaczenia emocjonalne skojarzeń związanych z Beatlesami mogą mieć dla nas inną wartość, ponieważ partner regularnie bywał na ich koncertach, a ja słuchałam ich tylko z płyt. Ja sprawnie potrafię cytować ballady Mickiewicza, ale tylko po polsku, a on „Alicję w krainie czarów” tylko po angielsku.
J.B.: Choć bywa też tak, że ta odmienność językowa jest, do pewnego momentu, źródłem ogromnej fascynacji. Pamięta pani taki film „Rybka zwana Wandą”? Bohaterka grana przez Jamie Lee Curtis ma kochanka, który, kiedy mówi do niej po niemiecku – choć ona nic nie rozumie – doprowadza ją do podniecenia. Ale pojawia się inny mężczyzna, ten z kolei mówi po rosyjsku – ona także nic nie rozumie – i okazuje się, że to działa na nią jeszcze silniej. Czy to może mieć coś wspólnego z miłością? Na pewno z pożądaniem. W każdym razie niezrozumienie językowe w relacjach damsko-męskich także może mieć swoją wartość.

POWTÓRZ, PROSZĘ, TO SŁOWO!

Wiemy już, że słowa w miłości mają moc – chcemy ich, ale z drugiej strony jest tak, że powtarzane zbyt często – choć nie wiadomo, co dokładnie znaczy „zbyt często” – tracą swoją moc.

J.B.: Albo zyskują wartość rytuału. Ale, rzeczywiście, często jednocześnie przestają nieść ważną informację.
L.K.: To znaczy nie mają już tak silnego znaczenia emocjonalnego. Ale ich brak, niepojawienie się może być odbierane przez partnera jako zagrożenie.

Choć słyszę „kocham cię” tak często, że nie przywiązuję już do tego specjalnej wagi, to kiedy tego zabraknie, boję się automatycznie, że więź została naderwana?

L.K.: Tak, bo te słowa działają często, niemal podprogowo, na zasadzie wzmocnienia, potwierdzają naszą wartość i relację między nami, cementują związek. Lepiej się czujemy. Mówimy teraz
o sytuacji, kiedy w danym momencie nie jest pierwszoplanowo ważny fakt, że on mnie kocha. Tu ważne jest, co to jego zapewnienie o miłości robi ze mną, z moim samopoczuciem. Dlatego kiedy nie pada, czuję się gorzej.

Rzeczywiście można zastanawiać się, jaką wartość mają słowa: „kocham cię”, kiedy wypowiadane są w biegu, zdawkowo, na końcu każdej rozmowy telefonicznej. Mówimy: „Kup marchewkę, proszek do prania i odbierz Stefana z przedszkola”. I za chwilę, po przecinku w tej wyliczance, pada: „Kocham cię, pa”.

L.K.: Trochę to zapożyczenie amerykańskie, ale ja wcale nie odbierałabym temu znaczenia. To jest w gruncie rzeczy bardzo życiowe. My z mężem jesteśmy już na takim etapie życia, że możemy częściej pozwolić sobie na luksus zapełnienia rozmowy telefonicznej w ciągu dnia jedynie „wzniosłymi” słowami miłości. Jednak, kiedy ludzie mają małe czy młode dzieci, lodówka w domu musi być zawsze odpowiednio zapełniona, dziecko musi dotrzeć na korepetycje itd., siłą rzeczy miłość zostaje zepchnięta na dalszy plan. Jest na nią tyle, ile zostało nam jeszcze przerwy w pracy i minut w abonamencie. Instrumentalizacja wynika zwykle z życiowych realiów. Ale  dodam jeszcze, że na takie skrótowe, służbowe rozmowy można pozwolić sobie w dwóch sytuacjach: wtedy, kiedy porozumienie między partnerami jest albo nikłe, już w ogóle go nie ma, albo zupełnie przeciwnie – wtedy, kiedy jest bardzo głębokie, prawdziwe. Wierzę, że ugruntowanej, chcianej z obu stron miłości, nie zabije taka instrumentalizacja od poniedziałku do piątku. Co oczywiście nie oznacza, że sądzę, iż miłości nie warto czy nie należy pielęgnować.
J.B.: To ja wspomnę o tej drugiej sytuacji, kiedy porozumienie jest nikłe. W debiutanckiej powieści Kurta Vonneguta „Pianola” towarzyszymy bohaterowi, którego żona staje się wobec niego coraz chłodniejsza, okazuje się, że od dłuższego czasu ma kochanka. Wszystko już wiadomo, ale ich telefoniczne rozmowy nadal kończą się wypowiadanymi z obu stron słowami: „kocham cię”. Codziennie kładąc się spać, powtarzają tę frazę. Jest wyuczona, odruchowa. Wszystko się popsuło, ale te dwa słowa zostały. Z jakiegoś powodu oni oboje potrzebują nadal je wypowiadać. Skąd wziął się żart, kiedy to kobieta wchodzi do domu, zastaje męża w łóżku z kochanką, a mąż krzyczy: „To nie tak, jak myślisz, kotku!”? Czasami, kiedy już naprawdę wiadomo, kiedy mamy twarde dowody, słowa kłamstwa przenoszą nas w inny wymiar. I tam, w sferze słów, przez chwilę czujemy ulgę. Kolejny dowód na to, jaką mają moc.

Miłość przychodzi wtedy, gdy najmniej się jej spodziewasz? Niesamowita historia Joanny. 

SŁOWO JAK POCISK

Kochamy się, rozumiemy wagę słów, a jednocześnie tymi słowami bardzo mocno siebie wzajemnie ranimy – to obraz prawie każdego związku.

J.B.: Dlatego mnie zdarza się powiedzieć do żony: „O tym nie mówmy”, kiedy zaczyna się rozmowa na drażliwy temat.
L.K.: Mąż kocha tabu.
J.B.: Nie, to nie jest żadne tabu, po prostu wiem, że jeżeli będziemy rozmawiali na dany temat dalej, pokłócimy się.
L.K.: Czyli ty z góry uważasz, że przy takiej różnicy zdań nie ma szansy na porozumienie?
J.B.: Czasem tak, powiem nawet więcej, mam wrażenie, że ty także o tym wiesz, ale unosisz się: „Dlaczego mam o tym nie mówić, nie zamkniesz mi ust!”.
L.K.: Bo ja uważam, że o wszystkim można i należy mówić.
J.B.: A ja wtedy wychodzę. Idę do gabinetu.

Bo obawia się pan, że powie coś, czego żona nie chce usłyszeć?

J.B.: W pewnym sensie tak. Obawiam się, że stracę kontrolę. Ale jeszcze bardziej obawiam się tego, że usłyszę od żony coś, co sprawi, że będę się czuł jeszcze gorzej. Czyli to, co padło dotąd, jeszcze zniosę, ale tego, co wydaje mi się, że za chwilę się zdarzy, już nie.

Choć domyśla się pan, co usłyszy, to do momentu, kiedy nie zostanie to wypowiedziane, nie boli?

J.B.: Tym bardziej że wiem, że słowa wypowiedziane działają nie tylko na tę osobę, do której zostały skierowane, ale także na ich nadawcę. I to jest bardzo ważna wiedza według mnie. I ja tego nie chcę. Nie chcę sam wypowiadać słów, które mogą na mnie w określony sposób zadziałać i nie chcę ich słyszeć ze strony żony. Mówię wtedy spokojnie: „Nie, kochanie, zostawmy ten temat”.
L.K.: A ja z kolei uważam, że takie rozważania, że takie kalkulacje „co będzie, jeśli” czy przyjmowanie hipotetycznej perspektywy, której, wchodząc w rozmowę, ostatecznie wcale nie musimy przyjąć, nie mają sensu. Stoję na stanowisku –  jako partnerka mojego męża, ale także jako psycholog – że chowanie głowy w piasek nigdy nie przynosi dobrego efektu. Trzeba wziąć pod uwagę, że ta druga strona, która zostaje w pokoju, z którego partner właśnie wyszedł, nie może postawić kropki. To nie kończy konfliktu, to go jedynie tamuje lub odracza. I pewnie – czy to głośno, czy to w myślach – do zapalnego tematu będzie się wracać.
J.B.: Moja kalkulacja polega na tym: „Czy jak to sobie powiemy, wykrzyczymy, to będzie lepiej czy gorzej?”. I  prawie zawsze odpowiadam sobie: „Będzie gorzej”. I druga kalkulacja: „Czy dzięki temu, co usłyszę w dalszej części tej kłótni, będę mógł coś zrobić, to znaczy, czy mam wpływ na to, co usłyszę, czy jedynie dowiem się, że jestem zły”.

Dlaczego podczas kłótni tak często wybieramy słowa o wielkiej sile, dlaczego wyciągamy tak ciężkie działa, skoro rozmawiamy z przyjacielem, a nie wrogiem? Dlaczego wypowiadamy słowa, których potem żałujemy?

L.K.: Bo mechanizm kłótni bardzo szybko przekształca ukochanego przyjaciela we wroga. Walka na słowa polega na tym, by zrobić wszystko, co sprawi, że ja będę lepsza, a przede wszystkim, że on okaże się gorszy. Partner dąży do tego samego. Szukamy coraz mocniejszych argumentów, by skutecznie pogrążyć „przeciwnika”, chcemy wygrać. W miarę, jak ogarnia nas w kłótni coraz silniejszy gniew, coraz bardziej chcemy zranić partnera. I właśnie to dążenie jest w kłótni najsilniejsze. Nie liczy się wtedy, że tego partnera kochamy.

Czy my na pewno mówimy nadal o języku miłości?!

L.K.: Zdecydowanie tak. Mówimy o języku miłości podczas kłótni. Ten pomiędzy kochankami bywa szczególnie wyrafinowany i okrutny. W bliskim związku dobrze się znamy, więc wiemy, jakim słowem najłatwiej i jednocześnie jak silniej partnera ugodzić.
J.B.: I dziwisz się, że ja wychodzę z pokoju?!
L.K.: Tak, dziwię się, bo można powściągać emocje; dojrzewając, uczymy się to robić. Można, mimo niemal wrodzonej pokusy, kłócąc się, kontrolować się w jakimś stopniu.
J.B.: Mówienie jako czynność ma cztery funkcje. Po pierwsze – praca, chodzi o to, żeby coś powstało. Temu służy najczęściej funkcja informacyjna. Po drugie – walka, o tym właśnie mówiliśmy. Po trzecie – rytuał, mówi się, bo trzeba to powiedzieć. I po czwarte – przyjemność, mówienie sprawia przyjemność. Między nimi w zależności od celu powinny być zachowane odpowiednie proporcje. Kiedy myślę o kłótni, nie dopatruję się tu zazwyczaj żadnych proporcji. Jest tylko jeden cel – walka. To ja składam broń i wychodzę.
L.K.: Nie zgodzę się na pewno z porzekadłem „Jak nie bije, to nie kocha”, ale jestem zdania, że konfliktów nie da się i nie należy na siłę unikać. Zanim konflikt się rozwinie, trzeba uruchomić tę pierwszą funkcję mówienia – informacyjną. Wzajemne informowanie się jest bardzo cenne dla związku. Powiem więcej – może działać profilaktycznie, a by pozostać w satysfakcjonującym związku, taka profilaktyka jest wskazana.

Warto przeczytać:
Czy twój chłopak jest seksistą? Przeczytaj i dowiedz się z kim masz do czynienia
Pary, które dzielą się obowiązkami domowymi, częściej uprawiają seks. Są badania!
7 rzeczy, które wskazują, że to ten jedyny

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/6 dni temu
Książkę Bralczyków z autografem zdobyłam w sobotę na Targach, bardzo dobra pozycja, niezwykle ujmująca i zabawna, dowiedziałam się wielu ciekawostek językowych a przy tym ubawiłam się do łez. Polecam każdemu kto czyta książki dla przyjemności.