Uczestnicy Azja Express fot. Uczestnicy Azja Express. Fot. TVN

Najpopularniejsze TV show w telewizji

"Rolnik szuka żony", "Azja Express", "Trudne sprawy"... Dlaczego pół Polski je ogląda, a drugie pół się do tego nie przyznaje? Co jest absolutnie najlepsze, co najgorsze (i może wtedy ogląda się lepiej)? Subiektywny przegląd.
/ 28.08.2017 15:29
Uczestnicy Azja Express fot. Uczestnicy Azja Express. Fot. TVN

Niby głupie, czasem żenujące, a do tego wstyd się przyznać, że to oglądamy. A jednak! Dlaczego? Aby się pośmiać, poczuć się lepiej od innych i doświadczyć takiego poziomu abstrakcji, po którym stwierdzasz, że twoje życie to raj, a ty jesteś normalna! A czasem zwyczajnie, bo... wciąga. O czym mowa? O programach typu „Rolnik szuka żony, „Azja Express” czy „Trudne sprawy”.

Wsi spokojna, wsi wesoła, czyli "Rolnik szuka żony"

Kiedyś wszyscy ze wsi uciekali, teraz marzą, aby tam żyć. A jak jest na polskiej wsi? W „Rolnik szuka żony”, wygląda na to, że dostatnio. Jest dostęp do Internetu, maszyny, ładne domy, przyzwoite zarobki oraz czas na rozwijanie pasji i zainteresowań, tylko.... miłości brak. Dlatego powstał program, w którym pięciu rolników (od dwóch sezonów w tym gronie jest i jedna rolniczka) szuka miłości życia przed kamerami! Ale nie jest to typowe show z zaskakującymi zwrotami akcji czy łzawymi historiami pod publiczkę. Tam zwyczajnie NIE DZIEJE SIĘ NIC szczególnego i to jest siłą tego programu. Oglądamy jak pan ogląda panie, które się do niego zgłosiły tak jakby sobie kupował konia. Potem wybiera kilka, które zaprasza do siebie na małe wakacje na wieś. Kandydatki na żonę lub kandydaci na mężów przebywają razem jak na koloniach, trochę konkurują ze sobą, przymilają się do rodzin rolników, chodzą osobno na randki do lasu, na pole, przerzucają gnój, poznając pracę na wsi. Rolnik po kolei eliminuje panie, które albo nie są robotne, albo charakterem nie pasują, albo dziewczyny same rezygnują, bo widzą, że praca na roli jest ciężka i kurę trzeba samemu zabić na rosół, a nie kupić w sklepie. Kiedy po naturalnej eliminacji zostaje jedna, wtedy role się odwracają. To ona zaprasza do siebie rolnika i decyduje czy chce kontynuować z nim znajomość. A po trzech miesiącach od zakończenia programu kamery wracają i sprawdzają czy związek przetrwał czy nie.

17 najbardziej wzruszających filmów. Wycisną łzy z każdego

Czemu „Rolnik szuka żony” potrafi zawładnąć umysłem? Bo występują w nim zwykli ludzie tacy jak my, którzy nie mają spektakularnego życia, a jednak zdecydowali się w telewizji szukać tej drugiej połówki.
Przez 40 minut poznajemy jak żyje np. starszy już rolnik pan Stanisław, który kocha wieczorami czytać Pana Tadeusza, nie ma ciepłej wody w domu i uważa ją za zbędną wygodę. A gdy Grażynka, która była najwytrwalsza w staraniach do jego serca, przebrała się za lateksowego kota – bo to kobieta temperamentna była – Stasio uciekł gdzie pieprz rośnie. Ale są też i historie z happy endem. Po ostatniej edycji programu po pół roku znajomości odbyły się dwa śluby. A już za dwa miesiące przyjdzie pierwsze „rolnicze” dziecko. Jednak większość nie znajduje w telewizji miłości.



Ale żeby nie było za spokojnie - czasami nie obywa się bez kontrowersji! A to po programie okazuje się, że jedna z kandydatek jest lesbijką, choć chciała wyjść za rolnika, a to inna z kandydatek wylądowała w psychiatryku, bo sąsiedzi ją zadenuncjowali. Pewien wybranek rolniczki oświadczył się, bo mama mu kazała, żeby w końcu wżenił się w jakiś majątek. A teraz podejrzewa się, że jedna z kandydatek jest „czarną wdową” i wykańczała poprzednich swoich mężów. Na dokładkę jeden z rolników z pierwszej edycji uważa, że pewna dziewczyna z zemsty rzuciła na niego urok i dlatego uprawy mu się nie udały i wszystkie maszyny popsuły... Teraz ulubieńcem publiczności jest rolnik Szymon, który głęboko wierzy w Boga i szuka też tak samo wierzącej dziewczyny. A przy tym ma specyficzne poczucie humoru. Zatem w „Rolnik szuka żony” nie dzieje się nic, a czasem dzieje się tak wiele... I jedno wam powiem, to WCIĄGA. Dowód? Ponad 4 miliony widzów co niedziela!

Zostajemy na wsi - "Chłopaki do wzięcia"

Inny program, który zupełnie inaczej przedstawia świat na wsi to „Chłopaki do wzięcia”. I to już jest „jazda bez trzymanki”. W programie mężczyźni z małych miasteczek i wsi poszukują partnerek na całe życie, ale są w trudnej sytuacji, bo większość dziewczyn, które znali wyszły za mąż lub wyjechały do pracy do miast. Jak mówi jeden z bohaterów: „W mojej wsi na ośmiu kawalerów przypada zero dziewczyn”. Chłopcy pracują dorywczo, najczęściej na czarno, a w soboty i niedziele spotykają się przed wiejskimi sklepami, krążą po rynku małego miasteczka lub wystają na dworcach autobusowych i czekają aż może kogoś poznają. Wielu z nich rysuje się jako nieudacznicy, którzy rzeczywiście nie mają szans z powodu beznadziejnej sytuacji – bieda, nuda i alkohol. Bohaterowie „telenoweli” nie mają pieniędzy, nie umieją ładnie mówić, nie mają wyglądu amanta, ale tak jak inni pragną miłości i dzwonią namiętnie na numery z gazetki matrymonialnej. „Ja jako grabarz potrzebuję uczucia” - mówi jeden z nich.

Koniec show Ewy Drzyzgi - po 16 latach znika z telewizji. Dlaczego?

Ulubieńcami widzów są Bandziorek, Ryszard recydywista i pani Aniela z synem Jarusiem. Każde jedyne w swoim rodzaju. Bandziorek nie ma gdzie poznać tej jedynej – w kółko mówi o tym że nie ma „piniądzów” i dobrego auta, dlatego nie ma dziewczyny. Ale cały czas próbuje gdzieś jakąś znaleźć… 
Ryszard ma zatargi z prawem, uważa, że więzienie to fajne wakacje na koszt podatnika, zrobił sobie zęby, żeby w końcu kogoś poderwać i udało się: z jedną dziewczyną ma dziecko, a z drugą wdaje się w awantury, w trakcie których czasem się pobiją, czasem pokochają i na harmonijce pograją.
I jest pani Aniela, królowa powiedzonek, która żeby znaleźć jakiegoś amanta, wypchnęła syna Jarusia do osobnego komunalnego mieszkania. Jaruś za to ma swoje sposoby na kobietę: „złoty kajdan” z bazaru, aby widziała, że kasa jest i odpowiedni bajer: „Chciałbym się z tobą zapoznać, mam dla ciebie różę za 2 złote”.
Oglądasz to i śmiejesz się oraz zastawiasz, skąd ci wszyscy ludzie się wzięli? Jakby urwali się z nieudanego kabaretu. A potem uświadamiasz sobie, że to śmiech przez łzy, że niestety, ale tak wygląda życie poza wielkim miastem. Czasem śmiesznie, czasem strasznie, ale są historie z happy endem, bo magia telewizji jest wielka. Dzięki programowi do niektórych z chłopaków zgłaszają się zainteresowane dziewczyny. A oglądając „Chłopaków do wzięcia” można docenić wszystko to, co się ma, a przede wszystkim, że się chodziło do szkoły.

Z życia wzięte - czyli "Ukryta Prawda" i "Trudne sprawy"

Jednak prawdziwy kabaret rozgrywa się gdzie indziej. Bo nigdy nie wiesz, jakie problemy ma twój sąsiad, koleżanka z pracy albo kuzynka. W programach „Ukryta prawda” i „Trudne sprawy” przedstawione są właśnie takie zwykłe i „niezwykłe” sprawy ludzi... Główni bohaterowie (aktorzy amatorzy), którzy do tej pory wiedli spokojne życie, muszą zmierzyć się z przeciwnościami losu. Przez cały odcinek dążą do rozwiązania problemu, komentują do kamery swoje zachowanie i innych. A jakie to problemy? Zwyczajne – syn pewnej pary stwierdza, że jest wampirem i zaczyna spać w trumnie, pić krew zwierząt, chodzić ubrany jak Dracula, a przerażeni rodzice załamują ręce. Albo kobieta, która nie może się opędzić od natarczywego, romantycznego adoratora, który włamuje się jej do domu i na przykład nago czeka na nią w wannie, by tylko chciała z nim być. Wszystko z życia wzięte!
Głupota? Być może, ale z milionowymi widowniami. Zapytałam bratowej, czemu to ogląda, bo ja, gdy tylko raz na to zerknęłam, czułam zażenowanie, że nie wyłączam telewizora. Co usłyszałam?
„To są takie historie od czapy, że na reklamach gryzie się paznokcie, co będzie dalej. Najlepszy był odcinek o tym, że matka została surogatką dla córki i potem dała nogę z jej mężem o 14 lat młodszym oraz z tym dzieciakiem. Mąż powiedział jej, że kocha bardziej teściową. Jak coś takiego oglądasz to twierdzisz że twoje życie to raj i po ci psycholog?” – stwierdziła.
Wierzę! Ale myślę, że to chyba najwyższy poziom abstrakcji, jaki do tej pory obejrzałam w telewizji! I, co ciekawe, kogo nie zapytać, każdy zna historie z „Ukrytej prawdy” czy „Trudnych spraw”. Czas chyba zastanowić się nad sobą...

Głupota wzorem i cnotą, czyli kochamy Hollywood z Kim Kardasian w tle

Oglądacie Rodzinę Kardashianów? Tak, tę samą od słynnej Kim Kardashian co ma wielką pupę, wielkie usta, wielkie oczy i wielkie konto bankowe, zarabiając na tym, że od 2007 roku sprzedaje swoje życie w telewizji, na Instagramie, Facebooku i wszędzie gdzie się tylko da. Jej ojciec był znanym prawnikiem, ale zmarł na raka przełyku. Mama Kris Jenner postanowiła zrobić ze swoich córek użytek i gwiazdy, ale że dziewczyny nie mają nic do zaoferowania, to pokazują co robią, gdy tylko się budzą. I to „zażarło”. 

Jak żyją Kardashianowie? Robią sobie przed kamerami depilację brazylijską, ich problemem jest utopiony w wannie telefon, co jest dramatem na cały odcinek, bo Kim robi sobie 6 tysięcy selfie w kilka dni – z tego żyje! Przebierają się 5 razy dziennie, montują seks taśmy, żeby przypadkiem wyciekły do Internetu, zastanawiają się pół odcinka co na siebie włożyć i gdzie iść zjeść oraz wymyślają, co jeszcze mogą zrobić, by ich oglądano, a popularność nie słabła. Oglądasz z poczuciem zażenowania głupotę podniesioną do rangi wzoru do naśladowania i chory lans, a jednak jesteś ciekaw, co jeszcze wymyślą i jakie bzdury powiedzą. Zazdrościsz tego pławienia się w luksusach, a jednocześnie cieszysz się, że nie jesteś takim „debilem”.

Prawie jak Kardashianki - "Dżoana i jej przyjaciółki z Miami"

Mieliśmy próbki naszych polskich Kim, czyli reality-show „Dżoana i jej przyjaciółki z Miami” – kłótnie prosto z Hollywood z Joanną Krupą w roli głównej. Joanna żaliła się w nim na seks z mężem, pomstowała, czemu koleżanka z programu kupiła takie same buty jak ona, zastanawiała się, czyje przyjęcie będzie fajniejsze, a dramatem był większy basen w ogrodzie u sąsiadów.
Jednak większą karierę zrobiły inne Polki w USA, czyli show „Żony Hollywood”. Od lat mieszkają w Los Angeles, wyglądają jak wszystkie panie po operacjach plastycznych i się tym szczycą. Obracają się w towarzystwie światowych gwiazd i najczęściej mieszkają obok nich. Oprócz polskiej narodowości łączy je pasja do wystawnego życia, zakupów i obsesyjna dbałość o wygląd. Tutaj narodziły się takie „gwiazdy” jak Eva Halina Rich, Katarzyna Wołejnio i Kinga Korta. Złote myśli leją się strumieniami - „Do moich obowiązków należy wyglądać dobrze i być wypoczętą”, „Kobieta sobie znajdzie zajęcie w domu, sprawdzamy czy sprzątaczki posprzątały dobrze, idziemy na lunch lub zakupy” czy „Buta nie kupisz jak masz 1500-1600. Nie kupisz, bo nie ma” i tak dalej i tak dalej...

Gwiazdy w sytuacjach eksteremalnych - czyli "Azja Express"

Od niedawna furorę w telewizji robi program „Azja Express”. O co w nim chodzi? Gwiazdy w parach ze znajomymi ścigają się po Azji wykonując zadania typu: kto pierwszy dotrze do jakiegoś miejsca. Kto przybędzie ostatni – odpada. Nie mają pieniędzy, o wszystko muszą  prosić, nawet o jedzenie lub o dach nad głową, kiedy jest noc. W sumie nie jest ważne, jakie mają zadania do wykonania, nikogo to nie interesuje... Ważne jak się zachowują, co mówią, kto okazuje się szują, kto rozpieszczonym pieskiem salonowym. I tylko po to się to ogląda. Inaczej byłaby to nuda na maksa, bo to kolejny program z serii nie dzieje się nic i ciekawić może tylko to, czy znana osoba zrobi z siebie durnia.

Program Azja Express podzielił show-biznes.

I tutaj jest tego pod dostatkiem. Hanna Lis i Łukasz Jemioł cały czas wzdychają, sapią, nudzą o strasznych warunkach, jedzeniu i braku mycia, karaluchach, smrodzie – i tak w kółko. Małgorzata Rozenek, stała się królową i Polska pokochała ją za wszystkie teksty z programu. „He is David Beckham and me is Victoria Beckham in Poland”, „Ja biorę duże jajko, bo do takich jestem przyzwyczajona”.
Czy słynny monolog z pakowaniem z przepakowywaniem: „Butów nie zmieszczę. Kochanie, ja się tu nie pomieszczę. Radosław... Co mam brać?! To są moje do włosów... Powinnam to mieć. Chociaż tyle... Okulary – muszę. Zestaw małego dentysty chyba nie wchodzi, co nie? Na razie to były akcesoria, a dopiero wchodzę w ubrania. Nie brać tych legginsów, prawda? A tych...? Piżamek nie biorę, ale sukienkę muszę wziąć. I ja już nie mam miejsca!!! Ja nie żartuję, Radosław...!”.
Była najjaśniejszym punktem programu, niestety odpadła przez Renatę Kaczoruk, narzeczoną Kuby Wojewódzkiego, która nie chciała Rozenek i Radka Majdana podwieźć, dlatego przybyli ostatni na metę. Renata jest teraz czarnym charakterem, którego nienawidzi pół Polski. I tak ogląda się kolejny bzdurny program. Przyznaję się bez bicia: oglądam, a potem z lubością czytam o tym, że wyjazd tak zmienił Hannę Lis, że teraz kupuje espadryle za 60 zł. Dobra zmiana.

 

Głupota level hard - czyli "Warsaw Shore. Ekipa z Warszawy"

I na koniec coś dla wszystkich, którzy lubią głupotę w wydaniu „hard”, czyli „Warsaw Shore. Ekipa z Warszawy”. Czasami myślisz, że widziałaś już wszystko, nic cię nie zdziwi, a jednak... Ja tak miałam z „Warsaw shore. Ekipa z Warszawy”. To program, w którym ludzie upijają się na imprezach, uprawiają seks przed kamerą, choć przy zgaszonym świetle i robią z siebie małpy. To tak w skrócie. Ekipa jest nazwana specjalistami w dziedzinie dobrej zabawy, bo żyją tylko od imprezy do imprezy, a imprezują codziennie. Mieszkają razem i są filmowani jak w domu Wielkiego Brata. Gdy wyleczą kaca i wyproszą poderwane w klubach osoby, siadają i nawzajem opowiadają sobie dzikie historie z „wyrywania gąsek”, „przeczyszczania rur”, „robienia lasek”. Liczy się tylko seks i imprezy, a na nich od czasu do czasu jakaś bijatyka oraz odpowiedź na pytanie: kto popisze się większą i lepszą serią prostackich i wulgarnych tekstów? „Każda świnia przy mnie krzyczy”, „Dziś będę ruch... czuje to”, „Jak spuszczę z krzyża, to się lepiej czuję”, „Interesuję się melanżem, tylko kilkudniowe maratony”. Motto wszystkich z programu brzmi: „najważniejsze, żeby być sobą – nie imprezujesz, nie żyjesz”.
To chyba jedyny program, o którym w towarzystwie lepiej nie przyznawać się, że czasem się go ogląda. Dlatego – nie przyznawaj się!

Co się dzieje w telewizji, w kinie i internecie? Dowiesz się z magazynu Polki.pl