Wanda Frączak z Kazimierza fot. Stan Barański

Wanda Frączak - królowa krakowskiego Kazimierza, reportaż

Głos donośny, włosy kruczoczarne, postura słuszna. Makijaż bez trwałych preferencji kolorystycznych, jednego dnia powieka na zielono, innego w błękicie. Lubi biżuterię: dużo i kolorowo. Byliście ostatnio na krakowskim Kazimierzu? Pewnie jedliście u niej zapiekankę. Wanda Frączek mówi z mocą: "Jestem królową!"
/ 22.09.2016 11:25
Wanda Frączak z Kazimierza fot. Stan Barański
Wstała o piątej, obudziła Jacka i Grzegorza, pojechali na Kazimierz. Stanęli przed okrąglakiem:
- Trzeba zmienić szyld - powiedział jeden z synów. Wanda przez chwilę się wahała. Nie wiedziała, w jaki sposób powiedzieć światu, co od dzisiaj będzie sprzedawała w swojej budce. W końcu znalazła odpowiednie słowa. Nowy szyld głosił: MIĘSO DIETETYCZNE. Na dole niewielkimi literami dopisano: konina.
 
Kilka dni wcześniej stanęła przed mężem i oznajmiła, że zamienia swój minisklepik z drożdżówkami i ciastkami na końską jatkę. Nie był zachwycony:
- Koninę jadali ci, których nie było stać na nic lepszego. Kiełbasa końska była czarna. Zastanawiałam się, czy nie narażam rodziny na hańbę. Z drugiej strony czułam, że czas ruszyć naprzód - wspomina.
Z hurtowni w Andrychowie przyjechał zamrożony koń:
- Stałam, patrzyłam i zastanawiałam się, jak nazywają się poszczególne elementy - opowiada Wanda. - Szponder? Polędwica? Pieczeń? Nie byłam pewna, czy w przypadku mięsa z konia używa się tych samych określeń, co dla wieprzowiny czy wołowiny.
Wagę pożyczyła z sąsiedniego stoiska, w głowie porachowała ile kosztuje mięso, dodała marżę 20 proc. Otworzyła okienko: 
- Ustawiła się kolejka. W dziesięć minut - w głosi słychać dumę. 
Wszystko, co miała, sprzedała w kilka godzin. Zadzwoniła do Andrychowa.
- Powiedziałam dyrektorowi, że natychmiast potrzebuję kolejnego konia oraz kilku kartonów serc i wątroby. Po południu towar przyjechał na plac Nowy.

Kazimierz - odsłona pierwsza

- Właśnie powstało radio RMF - opowiada Wanda. - Przyszli do mnie dziennikarze i pytają: Kto kupuje takie mięso? Ja: Przede wszystkim mężczyźni. Oni: Dlaczego? Ja: Bo koń zjada owies i jest silny. Jeśli mężczyzna zje konia, to będzie miał siłę na wszystko. Zrobili z tego dżingiel i puszczali na antenie miesiącami. 
W ten sposób Wanda przekonała Kraków, że konina jest dobra na każdy problem. 
Na placu Nowym zawsze można było kupić frykasy. Na sklepowych półkach pustki, a tam - ozorki, móżdżki, schabik, twaróg i mleko od krowy. Okrągły budynek na środku placu, wybudowany w 1900 roku, przez chwilę pełnił funkcję rytualnej żydowskiej ubojni. Po wojnie zabrakło oryginalnych mieszkańców Kazimierza i ubojnia nikomu nie była potrzebna. W okrąglaku zagnieździły się małe mięsne sklepiki, w których można było zdobyć delikatesy spod lady.
 
Kazimierz zawsze miał strukturę osobnego miasteczka - przez wieki funkcjonował jako osada pod Krakowem. Potem był żydowską dzielnicą z reprezentacyjną ulicą Szeroką i targiem - placem Nowym. W 1945 roku opustoszałe, pożydowskie kamienice zasiedlono, ale Kazimierz nadal tworzył białą plamą na mapie Krakowa. Na przybyszów z innych części miasta patrzono z ukosa. Mieszkańcy Krakowa zaczęli się odważniej zapuszczać w labirynt zakazanych uliczek dopiero w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych. Wanda była wtedy już panią na włościach.

Moja zupa z końskich ogonów zajęła drugie miejsce w konkursie i trafiła do książki Roberta Makłowicza.

Dziewczyna z Racławic zdała maturę, wyszła za mąż i zamieszkała w centrum Krakowa. Urodził się pierwszy syn. Po dwóch latach - drugi. Kiedy odchowane dzieci poszły do szkoły, Wanda została kelnerką w restauracji naprzeciwko Uniwersytetu. Marzyła jednak, żeby otworzyć własny biznes. Nie było wsparcia:
- Czułam się przyblokowana. A po co, a dlaczego, a nie dasz rady - ciągle to słyszałam od męża. Chciał żebym pracowała, ale pod warunkiem, że będę od niego mniej zarabiała. Na taką zabawę szkoda mi było czasu. Do przodu pchała mnie ambicja - mówi szczerze.
Szybko zorientowała się, że na Kazimierzu handel kończy się przed piętnastą. Cieszyła się, że po zamknięciu sklepu będzie miała czas zająć się rodziną. Wieczorami przy straganach można było spotkać tylko plotkujące nastolatki. Plac Nowy wymierał z zapadnięciem zmroku.
Konina to był strzał w dziesiątkę. Na początku lat dziewięćdziesiątych w kraju otwierano kolejne błyszczące, wędliniarskie sklepy z drogim mięsem. Polacy byli wygłodniali po latach kartek i braku towaru. Nie wszystkich było stać na szynkę i cielęcinę. W okrąglaku były mięsne jatki, ale nikt nie handlował koniną. U Wandy zakupy robili wszyscy: 
- Bogaty kupował dla pieska, biedny dla siebie - wspomina.
 
Mąż dawno zapomniał o pretensjach, Wanda potrzebowała rąk do pracy. W budce z koniną pracowali zgodnie razem z synami i trzema zatrudnionymi osobami. Wynajęli lokal (tam, gdzie dzisiaj jest pub Królicze Oczy). Otworzyli sklep. Powstało też stoisko na Nowym Kleparzu. Stać ją było na to, żeby dokarmiać zwierzęta w krakowskim azylu i ogrodzie zoologicznym. W boksie w okrąglaku otworzyła mleczarnię, po przeciwnej stronie placu - monopolowy - słynną Piersióweczkę i fajeczkę. Stawała się kazimierską potentatką. W pobliżu Zakopianki rósł wielki dom, w którym wkrótce miała zamieszkać z mężem.
 
fot. Stan Barański
 

Synowie się usamodzielnili, chociaż ciągle pracowali u mamy. Sierpniowego poranka jeden z nich jechał do pracy na rowerze, jak co dnia. Potrącił go samochód. Chłopak miał 27 lat. Zginął. Wanda całe dnie spędzała na cmentarzu. Razem z mężem zaprojektowali pomnik na grób syna. Był już gotowy, ale kamieniarze nie zdążyli go postawić. 17 października mąż zmarł. Nagle, tak jak syn. I obok niego został pochowany. Tuż przed świętami umarł schorowany ojciec Wandy: - Kiedy po raz trzeci załatwiałam formalności związane z pogrzebem miałam poczucie, że moje życie się skończyło. Że już nigdy się nie uśmiechnę. Zostałam w wielkim domu na przedmieściach Krakowa sama jak palec.

Był 1999 rok. Kazimierz zaczynał kwitnąć. Wanda zamknęła końską jatkę. Nie miała siły do pracy. 

Dzień z życia królowej

- Niektórzy przez całe życie marzą o tym, żeby zdobyć sławę - mówi Wanda. - Inni ciężko pracują, kończą studia, wyjeżdżają do Hollywood. Ja stałam się popularna w parę minut. Czułam się jak księżna Diana. Zostałam królową - zaczyna kolejną historię.
 
Kilka miesięcy wcześniej Wanda postanowiła opuścić swoich zmarłych i wrócić do świata żywych. Tęskniła za Kazimierzem, za rozmowami i klimatem placu Nowego. 
- Zrozumiałam, że muszę być samodzielna. Prawo jazdy kurzyło się w szufladzie, a samochód w garażu. Wcześniej mąż powtarzał mi, że będę mogła prowadzić auto, kiedy na poboczu będą rosły gumowe drzewa. Pomyślałam sobie: Co to właściwie ma znaczyć? Weszłam do garażu, wsiadłam do auta, przyjechałam na Kazimierz pierwszy raz sama, po piętnastu latach. 
 
Tymczasem na placu Nowym otworzył się Singer. Pierwsza, historyczna knajpka z chwiejącymi się stołami, krzesłami nie do kompletu i grubymi kotarami nieprzepuszczającymi dziennego światła. Potem, kilkadziesiąt metrów dalej powstała Alchemia - wzorowany na pracowni alchemika ponury lokal ze światłem świec. Wreszcie pomiędzy nimi otwarto Kolory - francuską kafejkę: jasną, wesołą, przyjazną. Wydawało się, że te trzy pierwsze lokale, zakładane przez ludzi z pasją, zawsze już będą nadawały ton życiu towarzyskiemu Kazimierza.

Niektórzy przez całe życie marzą o tym, żeby zdobyć sławę. Inni ciężko pracują. Ja stałam się popularna w parę minut. Czułam się jak księżna Diana. Zostałam królową!

Odrapane, walące się budynki coraz częściej sąsiadowały z odnawianymi kamienicami. Ciągle było miejsce dla wszystkich. Naprzeciwko Piersióweczki i fajeczki działała Galeria Olympia promująca nowoczesną sztukę. W wielkiej witrynie stale pojawiały się awangardowe obrazy. Okrąglak tętnił życiem. Handlowano w nim mięsem, pieczywem, strzyżono włosy. W letnie wieczory wokół straganów gromadziły się grupy przyjaciół. Jedni kupowali kufel piwa w knajpie, inni butelkę u Wandy. Gwar zaczął przeszkadzać mieszkańcom sąsiednich budynków. Z okien kamienic leciały w stronę straganów inwektywy i ziemniaki.
 
Państwo Kłosowie, właściciele francuskiej knajpki postanowili przeszczepić na kazimierski grunt festiwal zupy. Tak jak w Paryżu, w krakowskim festiwalu mógł wziąć udział każdy. Wanda i francuski kucharz Olivier Boudon, który przez chwilę prowadził na Kazimierzu restaurację, nawiązali do tradycji i uwarzyli trzydzieści litrów zupy na końskich ogonach. Kiedy była gotowa, Wanda znalazła chwilę, żeby się przebrać: - Od lat wołali za mną: królowa! Nie wiem dlaczego. Może z powodu wyglądu, a może dlatego, że lubię sobie porządzić. 
Włożyła królewski strój, płaszcz, suknię i mieniącą się koronę.
- Wyglądałam pięknie, czułam się swobodnie i dostojnie. Pod mój sklep podjechała dorożka i usłyszałam: Królowo! Konie zajechali! - mówi.
Ruszyli dookoła Kazimierza, Szeroką, Krakowską. Ludzie skandowali: Królowa! Niech żyje królowa! Wanda pozdrawiała poddanych, uśmiechała się, machała.
- Nie zapomnę tych chwil do końca życia. W dodatku moja zupa z końskich ogonów zajęła drugie miejsce w konkursie i trafiła do książki Roberta Makłowicza Zjeść Kraków - chwali się.
 
Był 2001 rok. Kazimierz ożył. Był najciekawszym miejscem w Krakowie. Niektórzy z lokalnych ekscentryków potrafili odnaleźć się w nowych czasach. Mikołaj wędrował od knajpy do knajpy, zaczepiał gości i próbował z nimi rozmawiać, Endzior ze swoimi drobiowymi kotletami stał się gwiazdą telewizyjnych i książkowych przewodników po Krakowie. Wanda ogłosiła, że jest królową. 

Kazimierz - druga odsłona

Nikt nigdy nie widział Wandy ubranej na szaro. Kiedy idzie, zamiata spódnicą plac.
- Muszę mieć kratkę połączoną z kwiatkami, czerwone z zielonym. I przede wszystkim złote buty. To podstawa - wyjaśnia. 
Szyld Piersióweczka i fajeczka do końca wzbudzał sensację. Rozchichotani turyści robili sobie pod nim zdjęcia. W końcu Wanda sklep zamknęła i w jego miejscu razem ze wspólnikiem otworzyła bar, w którym można i zjeść i wypić. 
 
Wieczorami ludzie stoją w kilometrowych kolejkach po zapiekanki. Tylko tubylcy pamiętają, gdzie sprzedawane są te oryginalne. Na gastronomiczną modę rynek zareagował natychmiast, Wanda również. Sprzedaje je w budce, w której przed laty założyła końską jatkę.
- Teraz jestem potentatką zapiekankową - stwierdza pewnie.
 
fot. Stan Barański
 
Na Kazimierzu nikt już nie pamięta śmierdzących klatek schodowych – wszędzie domofony. Ceny metra kwadratowego sięgają dziesięciu tysięcy złotych. Po uliczkach, między synagogami, przetacza się wycieczka za wycieczką. Mieszkańcy nadal nie mogą spać. W każdej bramie knajpka, jedna podobna do drugiej. Od hałasu drżą mury. Festiwal Zupy stał się ofiarą własnej popularności. Najpierw przekształcił się w masową imprezę z rozkładaną sceną i występami telewizyjnych gwiazd. Podobno coraz mniej ludzi było zainteresowanych udziałem i gotowaniem zupy. Galeria Olympia musiała się wynieść z placu na ulicę Józefa, potem dalej, na Podgórze. Przez wielką witrynę, w której wieszała kiedyś obrazy, widać z ulicy krzesła i stoliki. 
 

- Życie to nie jest stanie w miejscu, tylko ruch - powtarza Wanda. - Powinny o tym pamiętać o wszystkie kobiety. Muszą słuchać siebie i robić to, na co mają ochotę. Mówią: on mi nie pozwoli. Nie pozwoli? Jego problem. Trzeba działać.

Dziennikarze kochają Wandę, bo mówi im to, co chcą usłyszeć: że Kazimierz jest magicznym miejscem i że wszyscy jego mieszkańcy to wielka rodzina. Mistrzyni autokreacji. Zawsze tam, gdzie trzeba, zawsze na pierwszym planie:
- Może to kwestia tej mojej postury, może fryzury, a może osobowości - nie jest pewna.
 
Jest 2016 rok. Na Kazimierzu najlepiej czują się turyści. Wanda, królowa z monopolowego jak zawsze wie w jaki sposób wykorzystać koniunkturę. Cała w tiulach i kolorach, żyje tak, jak chce.
 

Inne fascynujące osoby i historie poznasz, czytając nasze reportaże.
 

Szczególnie polecamy: jak się w Polsce choruje na raka
materiał o domu samotnych matek.