Są miejsca na ziemi, w których ludzie nie chodzą do szkoły czy do pracy. Jak płynie życie na wodzie? Reportaż z Kambodży

Tu nikt nie wpadnie na pomysł, żeby iść do domu. Nie można nawet zaprowadzić kogoś na komisariat. W kambodżańskiej wiosce rybackiej Kampong Phluk do każdego z tych miejsc trzeba dopłynąć.

POWRÓT DO ARTYKUŁU

Łódka przybija do brzegu, a ja wracam do Jana. Ma dla mnie ostatnią niespodziankę, przejażdżkę na środek jeziora, żeby zobaczyć zachód słońca. Tu możemy wyłączyć silnik. Chłopak opowiada, że całe 26 lat swojego życia spędził w Kampong Phluk. Tu mieszkają jego rodzice i rodzeństwo. Tu ma wszystkich przyjaciół. Jego angielski nie jest na tyle dobry, żebyśmy mogli wdawać się w dyskusje na temat emocji.

Patrząc na zachód słońca zastanawiam się, jak to jest być na jego miejscu. Nigdy nie podróżować nawet po kraju, nie znać innego życia, pokazywać turystom, miejsce, które jest dla ciebie całym światem. Odpalamy silnik i powoli suniemy z powrotem w stronę lądu. Jan pozawala mi usiąść za sterami. Prowadzenie takiej łajby jest banalnie proste, ale dość nudne. Patrzę na niebo. W Kambodży po zachodzie słońca ciemność zapada błyskawicznie. Jakby ktoś nagle pogasił wszystkie latarnie. Z daleka widać domy na wodzie, a w nich błyski pojedynczych świateł. Wyobrażam sobie, że wokół tych świateł gromadzą się całe rodziny. Niebawem pogrążą się we śnie. Rano obudzą się wraz ze słońcem, by ruszyć na połowy. I tak każdego dnia.
Jak długo mogłabym żyć zgodnie z tym rytmem? Czy piękne widoki byłyby w stanie na kilka tygodni wynagrodzić brak bieżącej wody? Po jakim czasie specyficzny zapach patroszonych ryb byłby dla mnie nie do zniesienia? Cieszę się gdy dopływamy do lądu. Ktoś gasi światło.

Więcej relacji z podróży po Polsce, Europie i świecie - znajdziecie na Polki.pl!

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)