Są miejsca na ziemi, w których ludzie nie chodzą do szkoły czy do pracy. Jak płynie życie na wodzie? Reportaż z Kambodży

Tu nikt nie wpadnie na pomysł, żeby iść do domu. Nie można nawet zaprowadzić kogoś na komisariat. W kambodżańskiej wiosce rybackiej Kampong Phluk do każdego z tych miejsc trzeba dopłynąć.

POWRÓT DO ARTYKUŁU

Dopływamy do punktu, w którym przekonuję się, że i to miejsce potrafi w pełni wykorzystać swój potencjał turystyczny i wyciągnąć ostatnie dolary poukrywane w kieszeniach ludzi z aparatami. To restauracja i baza wypadowa do rozciągającego się obok wioski lasu namorzynowego. Wychodzę z łódki, a prawie Jan obiecuje, że nie odpłynie zanim skończy się kolejny punkt programu. Po przeciwnej stronie podestu kołysze się na wodzie kilka dłubanek. Na każdej z nich siedzi taki sam zestaw – kobieta, trzymająca wiosło, a za nią dziecko. Słyszę, że tylko taką małą łódką można dostać się do namorzynowego lasu, i to za jedyne pięć dolarów. Te pieniądze to podobno najlepiej wydane 20 złotych, jakie można sobie w tej chwili wyobrazić, bo w całości trafią do biednych ludzi z wioski.
Głos naganiacza brzmi tak, jakby nieskorzystanie z jego propozycji, było równoznaczne z odebraniem trzylatkowi ulubionej zabawki. Podpływa pani z włosami związanymi w kucyk, tuż za nią siedzi przeurocza dziewczynka. Wsiadam, tylko tak delikatnie, na środek dłubanki. Przechylenie może grozić tym, że wpadnę do brunatnej wody, a razem ze mną aparat i telefon. Oddalamy się od restauracji i z każdą minutą coraz głębiej wpływamy do zanurzonego w wodzie lasu. Konary drzew wiją się tu w takich kształtach, że niejeden artysta mógłby się nimi inspirować, tworząc swoje rzeźby. Patrząc na ich kolory można zorientować się, jak wysoko dochodzi poziom wody. Tutaj nagle robi się cicho. Nie ma turystów, których gromadę widziałam przy restauracji. Do uszu nie dochodzi ryk silników, ani odgłosy z wioski. Robi się leniwie. To przypomina niedzielny spacer po lesie, tylko, że taki na łodzi.
Dziewczynka zaczyna się nudzić. Siedzi odwrócona tyłem do mamy i uważnie mi się przygląda. W dłoni trzyma fikuśny kapelusz w kwiaty, zaczyna wdzięczyć się do aparatu. Jej mama nie mówi po angielsku, ale z aprobatą potakuje głową, więc pstrykam kilka zdjęć. Później pokazuję jej, jak wygląda. Jest zachwycona. Żałuję, że nie mam już lusterka, oddałam je innej dziewczynce, która siedziała obok mnie w autobusie. Jak się później okazało, je radość była całkiem uzasadniona. W okolicznych miastach kupienie małego lusterka graniczyło z cudem. Tej dziewczynce z kapeluszem daję teraz poprzeglądać się w moim telefonie, tak jakby miała sobie zrobić selfie. Cieszy się, wygina, uśmiecha. Może wyrośnie na drugą Kim Kardashian.

Więcej relacji z podróży po Polsce, Europie i świecie - znajdziecie na Polki.pl!
 

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)