Tak płynie życie na wodzie. Reportaż z Kambodży

Tu nikt nie wpadnie na pomysł, żeby iść do domu. Nie można nawet zaprowadzić kogoś na komisariat. W kambodżańskiej wiosce rybackiej Kampong Phluk do każdego z tych miejsc trzeba dopłynąć.

/ 21.07.2017 10:00 POWRÓT DO ARTYKUŁU

Aż w końcu wyłania się pierwszy dom, zwiastuje, że właśnie wpłynęliśmy do wioski. Zupełnie nie przypomina tych budynków, do których jestem przyzwyczajona, podróżując po Kambodży. Ani tych, które miesiąc przed podróżą ustawiłam sobie na tapecie w laptopie. Jest murowany i wygląda majestatycznie, jak z bajki. Pomalowano go na biało, ale ma starannie położoną dachówkę w kontrastującym kolorze krwi. Betonowe kilkumetrowe kolumny unoszą go nad wodą i chronią przed podnoszącym się w porze deszczowej poziomem wody, wtedy wystaje znad niej tylko o metr lub dwa. Brązowe okiennice to jedyny drewniany element, który widać na pierwszy rzut oka. Tylko czerwone, plastikowe krzesełko przed drzwiami wejściowymi wygląda tak jakoś tandetnie.
– To komisariat policji – rzuca sternik, przekrzykując ryk silnika i przerywając moje zadumanie nad tym, kto może tam mieszkać. Ciekawe z jakimi sprawami muszą uporać się tutejsi stróże prawa. Nie podejrzewam, żeby problemem było zalanie czyjegoś mieszkania. Ale zawsze może chodzić o bezprawne wpłynięcie na teren posesji albo połowy w ogródku sąsiada. Najbliżej komisariatu zlokalizowano pagodę, w której modlą się buddyści. W porze deszczowej wygląda, jakby zbudowano ją na małej wyspie. W suchej – jakby wyrastała na czubku góry. Zaraz za nią ktoś na planie zabudowy musiał nakreślić jedną równą linię, wzdłuż której ustawił domki zwykłych mieszkańców. 


Barcelona po godzinach. Jak wygląda ukochane miasto Katalończyków poza turystycznymi szlakami