Tak wygląda leczenie w Polsce?! Lekarz nie zauważył, że pacjentka nie ma kilku narządów. Poznaj historię chorej na raka trzustki Magdy

Tekst o tym, jak olewają nas polscy lekarze. Kto ich rozlicza z błędnych diagnoz?
Szpital fot. Fotolia

Magdalena Swat, trzydziestolatka, bez śledziony, większej części trzustki, bez woreczka żółciowego, taki dostała opis swojego rezonansu magnetycznego:

Trzustka niepowiększona, bez zmian ogniskowych. Śledziona niepowiększona, bez zmian ogniskowych, pęcherzyk bez zmian kamienicznych.

- No przecież nie powiedziała mi pani, że jest pani chora, po operacji - bronił się później lekarz.

Magda dziś pyta: - To ja mam mówić radiologowi jakich narządów nie mam, bo on tego nie widzi w badaniu i nawet nie chce mu się przeczytać wcześniejszych badań, które są w bazie komputerowej. Nie chce mu się też zerknąć na te badania, które dosłałam przed wizytą w klinice? - pyta dziś Magda.

Część Pierwsza - państwowa służba zdrowia

 Z nią Magdalena Swat ma do czynienia od 2013 roku. To wtedy od lekarza usłyszała: „ma pani raka trzustki, zostało pani pół roku życia”.

Magda żyje do dziś, prawdopodobnie tylko dlatego, że - jak sama powtarza- nigdy się nie poddała temu, co słyszała na temat swojego zdrowia. Leczy się w Niemczech. Wydała już oszczędności swoje i rodziny, dziś w zbieraniu pieniędzy pomagają jej dwie fundacje.

- Płacę ogromne pieniądze za leczenie w Niemczech, bo to jedyne co przedłuża mi życie, biorę drogie leki. Chcę więc zaoszczędzić na czym się da - opowiada Magda.

- Uważam, że skoro jestem polskim pacjentem, mam tu ubezpieczenie, to powinnam jak najwięcej badań robić państwowo. Ale leczenie się w Polsce państwo to kuriozum i wie o tym większość pacjentów. Na przykład, jeszcze w 2014 roku w województwie małopolskim obowiązywał przepis mówiący o tym, że pacjenci z rakiem trzustki muszą być zdiagnozowani w ciągu tygodnia. Na rezonans albo tomografię komputerową, czy na badanie PET czekałam do 7 dni. Po kilku miesiącach ten przepis został wycofany. Został za to wprowadzony w Kielcach, potem nie obowiązywał już nigdzie. W przypadku raka trzustki czekanie choćby trzy miesiące na badanie, to pewna śmierć. Liczy się każdy dzień.

- Pamiętam, jak zaraz po wycofaniu tego przepisu pojechałam do Kielc. Tam jest świetna onkologia, chyba najlepsza w całej Polsce. Miła pani w rejestracji powiedziała: „ proszę pani, my tu mamy człowieka na człowieku, to oznacza, że do końca roku nie ma zapisów, a na nowy rok nie mamy jeszcze zeszytu. Nawet prywatnie pani nie przyjmiemy. Nic nie zrobię, nie mam jak”.

Kobieta zmarła wskutek zakażenia pneumokokami. Prawdopodobnie zaraziła się od nieszczepionego syna

- Pokonałam więc w ciężkim stanie 100 km, żeby usłyszeć: „nic się nie da zrobić”. Ktoś się mnie wtedy spytał: „ale dlaczego tam wcześniej nie zadzwoniłaś, żeby się dowiedzieć?”. Ot, pytanie zdrowego człowieka, który nie ma pojęcia o leczeniu w Polsce. Dodzwonić się? To byłby cud, tam dzwonią codziennie setki ludzi.

Część druga - prywatna służba zdrowia

Ostatnio w  nowo wybudowanym Centrum Onkologii w swoim rodzinnym mieście Magdalena Swat zrobiła rezonans. Badanie USG nie wyszło dobrze, wykryto nowego guza, Magda potrzebowała dokładniejszego badania. W szpitalnej poczekalni, gdzie robiła rezonans, usłyszała od starszego pana: „radiolog na urlopie, trzeba będzie czekać na opis badania”.

Magda poprosiła więc w szpitalu o zgranie płytki. - Pomyślałam, znajdę innego radiologa, który opisze mi badanie. Kiedyś byłam bardzo zadowolona z pewnej kliniki, która ma swoje oddziały w kilku miastach w Polsce. Zadzwoniłam do siedziby w Łodzi i poprosiłam o pomoc. Jestem w ciężkim stanie, każda chwila jest ważna. Usłyszałam: „Oczywiście, pomożemy. Trzeba tylko przyjechać, zapłacić 150 zł za wizytę”. Wsiadłam więc w PKS i przyjechałam do Łodzi.

- Tam dostałam opis badania, z którego wynikało, że jestem zdrowa. Zbaraniałam, jak to zobaczyłam. Trzy godziny jazdy autobusem, wydanie ostatniej kasy.

- Zaufałam komuś, uznałam, że będę obsłużona idealnie. I co? Dostaję jakieś bzdury. Bo trzustki nie mam w większej części, śledziony nie mam w ogóle,  woreczek i część przewodów żółciowych miałam wycięte w lutym. I to jest badanie, które ja mam tłumaczyć, wysłać do Niemiec i od tego ma zależeć moje dalsze leczenie?

Magda zgłosiła błąd w rejestracji. „Proszę pani, zgłaszam skargę ,to są jakieś żarty, opisujecie mi trzy organy, które podobno są w świetnym stanie, a ja ich w ogóle nie mam. Proszę o rozmowę z lekarzem radiologiem”.

Dalej opisuje to tak:

- Lekarz przyszedł, wziął mnie do swojego gabinetu, włączył płytkę jeszcze raz. I mówi: „Proszę pani, to jest pani wina”. - Jak to? - spytałam. - Bo pani mi nie dała badań z operacji, skąd ja mam wiedzieć, że pani tych narządów nie ma. - odpowiada lekarz.

Na to ja: - Panie doktorze, ale przecież pan jest lekarzem, na tej płycie są zapisane obrazy. Narząd jest albo go nie ma. A poza tym wysłałam do państwa kopertę z dotychczasowymi badaniami. Wysłałam też wyniki ostatniego USG. Macie też moje wyniki PET  w komputerze, bo trzy razy robiłam u państwa te badania. W czym jest problem? Nawet pan tego nie przeczytał, nie przejrzał?

Magda opowiada dalej: - Lekarz nic nie odpowiedział, wziął ode mnie wynik, który wcześniej wydrukował i na moich oczach, go podarł. Na szczęście wcześniej zrobiłam zdjęcie. I pewnie bym to zostawiła, gdyby przeprosił, powiedział, że jest zmęczony, miał dużo pacjentów. Nie zrobił tego. Był niesympatyczny. Leciały teksty w stylu: „a skąd ja mam wiedzieć, że pani jest po operacji? Ja nie jestem duch święty”.

Tymczasem ja - jako dziennikarz - dzwonię do siedziby firmy w Łodzi. Kierowniczka administracji tłumaczy, że nie chce się wypowiadać w tej sprawie, doktor Piotr K., który opisywał badanie, nie pracuje na etacie, teraz zresztą jest na urlopie. Oczywiście przekaże mu, że dzwoniłam. Ale radzi, że powinnam zadzwonić do siedziby firmy, w Warszawie.

Dyrektor medyczna tej placówki jest uprzejma. Mówi, że nikt nie zgłaszał skargi, a skarga w rejestracji się nie liczy. Wyjaśni tę sprawę, choć mówi też, że nie wydaje jej się, żeby taka sytuacja miała miejsce.

- Ale ja widzę przed sobą badanie - mówię.

- Ale ja nie wiem kim pani jest. Każdy może powiedzieć, że jest dziennikarzem. Proszę o telefon pacjentkę.

Dzwonię więc do Magdy Swat i podaję jej telefon. Za pół godziny Magda pisze:

Pani zbada sprawę, ale za tydzień, bo teraz jedzie na konferencję. Nawet mnie nie przeprosiła. Powiedziała, że przecież dostałam poprawioną wersję badania, więc nie wpłynie ta na dalszy proces leczenia. Nic o tym, że lekarz chyba nie powinien mieć prawa popełnić takiego błędu. Co z tymi wszystkimi ludźmi, którzy dostaną taki „prawidłowy” opis, a tak naprawdę są chorzy, ale o tym jeszcze nie wiedzą?

PS. Guz Magdy odrósł, Magda dalej walczy i prosi o pomoc. Pomóżmy jej.

Kobieta pokazała zdjęcie dołeczka na biuście, który okazał się...

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (3)
/5 miesięcy temu
Ponoc lekarze tworzaliste niewygodnych pacjentow. My, pacjenci pwinnismy stworzyc liste niebezpiecznych, niekompetentnych lekarzy! Bronmy sie!
/5 miesięcy temu
Skandal!Powinna zainteresowac sie tym lekarzem Izba Lekarska i powinno mu sie odebrac doywotnio prwo wykonywania zawodu! A ponadto nakazac zwrot za studia medyczne,bo pieniadze zostaly zmarnowane. Prosimy takze uprzejmie o podanie nazwiska lekarza poniewaz potencjalni i obecni pacjenci powinni wiedziec z kim maja do czynienia! Nie wiem czy to ten sam, ale znam niejakiego Piotra K., lekarza. Ciekawe czy to ten sam!
/rok temu
Niestety w głowie się to nie mieści, ale takie są realia - ja ostatnio jestem odsyłana ,od ginekologa, przez gastrologa i onkologa - bo mam bóle brzucha - morfologia nie najlepsza, tracę dużo krwi - a lekarz mówi żebym się nie przejmowała.... nie wiem o co chodzi, ale znalezienie lekarza z powołaniem w dzisiejszych czasach.- graniczy z cudem. Tyle, że lekarz jest od leczenia - jeżeli pacjenta coś boli i traci krew, do tego ma kiepskie badania - to powinno się zbadać co jest tego przyczyną