Ratowała 15-latkę, której matka kazała popełnić samobójstwo. Beduińska prawniczka walczy o prawa kobiet

Już jako dziewczynka była buntowniczką. Insaf Abu Szareb, beduińska prawniczka, walczy o kobiety, które o siebie walczyć nie potrafią
Beduinki fot. Fotolia/kolaż Polki.pl

Już jako dziewczynka była buntowniczką. Jedyną taką w beduińskiej wiosce na pustyni Negew. Insaf Abu Szareb chciała decydować o sobie, studiować, pracować. Teraz, kiedy jej się udało, pomaga innym kobietom uwolnić się z poddaństwa.

Beer Szewa, wąska ulica Hadasa. Przypomina bardziej arabską dzielnicę niż wyluzowany Tel Awiw. Upał niemiłosierny. Ale trudno się dziwić, w końcu miasto zostało zbudowane na pustyni Negew, na południu Izraela. Odnajduję niebieskie drzwi z tabliczką w trzech językach, po arabsku, hebrajsku i angielsku: Organizacja pozarządowa Itach-Maaki. Prawniczki dla Społecznej Sprawiedliwości. Ośrodek Obrony Praw Beduińskich Kobiet z Negew.

Z uśmiechem wita mnie piękna kobieta z rozjaśnianymi włosami. Insaf Abu Szareb ma mocny uścisk dłoni.
– Macie tu niezły upał – zagaduję.
Insaf wybucha śmiechem i nalewa mi z termosu do szklanki herbatę z miętą.
– Najlepiej gasi pragnienie. Choć dla mnie wcale nie jest aż tak gorąco. Tam, gdzie się wychowałam, bywa goręcej. Jutro jadę z rodziną na wakacje do Rzymu. Zastanawiam się, czy nie zabrać swetra, bo ma być tylko powyżej dwudziestu stopni.

Wydaje się, banalna historyjka: Izrael, prawniczka, kariera, klientki, wakacje w Rzymie. Nie byłoby w niej nic nadzwyczajnego, gdyby Insaf była Żydówką. Ale ona jest Beduinką, a interesantkami są inne Beduinki, porzucone żony czy ofiary przemocy domowej, które szukają u niej pomocy. Bo słyszały, że potrafi walczyć z władzą i mężczyznami.

Beduińskie wsie to prymitywne osiedla na pustyni, biedne, sklecone z byle czego. Jedynym oparciem jest tu rodzina, więc mało kto przeciwstawia się regułom klanowej społeczności.

Przy Dimonie Beer Szewa to metropolia. Dimona jest małą dziurą na pustyni Negew. Najpierw mieszkali tu Żydzi z Afryki. Przyznano im ziemię, domy musieli zbudować sobie sami. W latach 80. i 90. niemal masowo sprowadzili się tam jeszcze Żydzi z Rosji. Dimona jest jednak znana, bo w jej okolicy za wysokimi zasiekami zbudowano reaktor jądrowy, a pustynne tereny służą za poligony. Pustynia była ziemią Beduinów, przynajmniej tak było do 1948 roku, kiedy powstało państwo Izrael.

Jest połowa lat 80. Insaf nie może się doczekać pierwszego dnia szkoły. Wreszcie zobaczy, jak wygląda świat poza rodzinną osadą Asder. Mieszka w "nieuznawanej wiosce", jak większość Beduinów na pustyni Negew. Namioty, baraki sklecone z blachy falistej, dykty i folii, zdarzają się niewielkie domki z pustaków. Ludzie żyją bez bieżącej wody i prądu. Czasem jest to mały skrawek ziemi i kilka chałupek, czasem kilkadziesiąt. Zawsze jest coś na kształt meczetu, gdzie w piątki mieszkańcy się modlą. Izrael nie uznaje dokumentów potwierdzających ich własność, więc regularnie rozjeżdża buldożerami kartonowo-blaszane gospodarstwa i nakazuje eksmisję.

Beduińska wioska na pustynii

Insaf siedzi w namiocie kobiecym połączonym z kuchnią. Jest trzecią w kolejności dziewczynką, w sumie będzie miała 14 sióstr i dwóch braci. Mama z okrytą głową, w czarnej sukience zakrywającej wszystkie części ciała, krząta się bez ustanku. Ojciec jest poza wioską, pracuje w polu, a gdy wraca, spędza czas z wujami w sziggu – specjalnym namiocie dla starszyzny. Mężczyźni popijają mocną kawę, herbatę, palą papierosy i dyskutują bez końca. Kobietom nie wolno palić, ale robią to w ukryciu, kiedy chcą chwilę odetchnąć.

Dziewczynka codziennie maszeruje godzinę, by dotrzeć do szkoły do Arary, 20 km od Dimony. Lubi się uczyć. Wraca, odrabia lekcje, pomaga w domu. Rodzeństwa przybywa. Coraz częściej patrzy na wiecznie zmęczoną matkę i ciotki z przerażeniem i współczuciem. Co to za życie, myśli sobie. I po co to wszystko? Nawet nie mogą wyjść poza wioskę, bo mężowie nie pozwalają. Jest małą buntowniczką, zadaje za dużo pytań.

Nie chciałam powielać ich życia. Postanowiłam, że nigdy nie wyjdę za mąż i nie będę mieć dzieci. Przysięgłam sobie, że będę wolna, nikt mi niczego nie będzie kazał ani zabraniał

wspomina Insaf.

Nie przykrywa głowy, nosi sukienki, maluje się. – Chciałam zostać prawniczką, choć nie wiedziałam, co to znaczy. Słowo "prawo" brzmiało magicznie. Chciałam zaczarować Beduinki, a może odczarować z tego poddaństwa mężczyznom.
Gdy skończyła podstawówkę i liceum, oznajmiła matce, że jedzie na studia prawnicze do Netanji, na północ Izraela. Rozpoczęły się długie pertraktacje matki z ojcem. – Sama nie mogłam prosić o zgodę. Wszystko u nas załatwia się przez matkę. Ojciec naradzał się z wujami. W końcu powiedzieli: "Nie!". No bo jak Beduinka ma wyruszyć sama do obcego miasta? To hańba dla rodziny.

Ale Insaf się uparła. W końcu ojciec odpuścił. Ale nie przyznał się wujkom. Powiedział, że córka jest chora i musi jechać do miasta do szpitala. Pod taką przykrywką rozpoczęła studia. Na uczelni musiała mierzyć się z kolejnymi trudnościami. Niełatwo jej było znaleźć przyjaciółkę. Była Beduinką z pustyni, nawet nie Arabką z miasta, a co dopiero Żydówką. Uświadomiła sobie, że przepaść między życiem w nielegalnej wiosce a tym w mieście, jest jeszcze większa, niż jej się wydawało. Wkurzało ją to. Skończyła prawo i zapisała się na dwuletnie studia genderowe.

Intymne obrazy i zatrzymane emocje. Zobacz poruszające zdjęcia izraelskiej fotografki

– Nadal jestem wyjątkiem w swojej społeczności, ale wierzę, że dzięki mojej pracy inne kobiety pójdą w moje ślady. Dla organizacji Itach-Maki przygotowałam raport dotyczący przemocy wobec kobiet beduińskich z Negew. Wiesz, że aż 30 procent Beduinek nie skończyło żadnej szkoły, połowa tylko podstawową, a 18 procent – średnią? Jestem taka dumna z mojej młodszej siostry, że zdaje na medycynę. Będziemy w rodzinie już dwie z wyższym wykształceniem.

Do pokoju, w którym rozmawiamy, wchodzi sekretarka. Pilna sprawa. Insaf podnosi słuchawkę. Przez chwilę rozmawia po arabsku. – Policja zatrzymała palestyńską kobietę za brak papierów uprawniających do pobytu w Izraelu. Żona Beduina z Negew, ale formalnie jest tu nielegalnie – tłumaczy szybko. – Muszę załatwić, żeby ją wypuścili. To zajmie maksymalnie pół godziny. Dzwoni, tym razem rozmawia po hebrajsku, jednocześnie pisze mail. 20 minut później sprawa jest załatwiona.

– To standardowa sytuacja. Nie należy do tych najtrudniejszych, z którymi mierzę się w sali sądowej. Ale wierzę, że odwołując się do prawa, mogę wiele wygrać. Większość Beduinek nie ma świadomości swoich praw. Mężowie, bracia je leją, porzucają dla kolejnych żon, a one nie chcą wnosić oskarżeń, przeprowadzić się do schroniska. Boją się ostracyzmu ze strony rodziny, nie wierzą, że ich życie może wyglądać inaczej. Nie znają innego. Chcę to zmienić. Spotykam się z nimi, tłumaczę, że poligamia jest nielegalna, buntuję: "Patrzcie na mnie. Przecież mi nikt nie pomagał, nie ułatwiał, po prostu się uparłam. Mam 37 lat. Decyduję o sobie. Wy też możecie".

Poligamia to ogromny problem. Coraz większy w ostatnich latach. Prawo izraelskie zabrania wielożeństwa od 1977 roku, ale dla wielu Beduinów liczy się prawo szariatu i prawo tradycji. Nawet jedyny beduiński poseł w Knesecie ma dwie żony, co złości Insaf potwornie. Wygląda to inaczej niż w arabskich rodzinach, gdzie pierwsza żona musi zaakceptować kolejną, gdzie wszystkie mieszkają wspólnie i razem wychowują dzieci.

Najbardziej wkurzają ją matki, które stają przeciwko własnym córkom. Popychają do samobójstwa za czatowanie z chłopakiem. Bo to hańba dla rodziny.

Beduin ma inne podejście. Gdy znudzi mu się jedna żona, szuka kolejnej, a tamtą porzuca. Albo się od niej wyprowadza, albo ją wyrzuca z domu. Kobieta po trzydziestce czy czterdziestce w normalnym świecie powinna mieć zawód w ręku, być samodzielna. Tu tak nie jest, bo to mąż zapewnia byt, a ona siedzi w domu, często nie ma ukończonych nawet ośmiu klas i nie mówi po hebrajsku. Jak ma się domagać swoich praw u urzędników, którzy jej nie rozumieją i odsyłają z kwitkiem? 

Jakiś czas temu przyszła do niej Fatima. Gdy mąż znalazł sobie drugą żonę, wyrzucił ją z domu. Zamieszkała z dziećmi w tej samej wiosce, na tej samej ziemi. Dyshonorem byłoby wrócić do rodziców, poza tym liczyła, że mąż będzie dawał jej pieniądze na utrzymanie dzieci. Przeliczyła się. Ze wstydem prosiła o pomoc rodzeństwo. Straciła też zapomogę państwową, bo odbierał ją mąż. Którejś nocy przyszedł do Fatimy, wyciągnął ją na podwórze i zgwałcił. Zaszła w ciążę. To jej wina. Poza tym to nie był gwałt, sama Fatima tak uważała, bo w końcu doszło do stosunku z mężem.
– Musiałam potrząsnąć tą dziewczyną. Odczarować. Namówiłam ją na proces. Choćby po to, by odzyskać zasiłek. A potem przekonać Fatimę do rozwodu. Organizuję kursy zawodowe dla kobiet, żeby wychyliły nos z namiotu, w którym tylko gotują, sprzątają i niańczą dzieci. Namówiłam policję, by przeszkoliła Beduinki do pracy na komisariacie, by mogły przyjmować skargi od kobiet – podnosi głos, gdy zaczyna się emocjonować. Odruchowo sięga do słoiczka z błyszczykiem i nawilża usta.

Beduinka piekąca chleb

Najbardziej wkurzają Insaf Beduinki, które stają przeciwko własnym córkom. Ostatnio ratowała 15-latkę, której matka kazała popełnić samobójstwo, bo czatowała z chłopakiem w sieci. – Sama związała jej szubienicę. Bo zhańbiła rodzinę. Dziewczyna uciekła z domu, dotarła do Beer Szewy i zgłosiła się do pomocy społecznej. Nie chciała wracać do rodziców, a kobieta z pomocy społecznej odwiozła ją z powrotem. Pojechałam do wioski, zagroziłam rodzicom, że skończą w więzieniu, i zabrałam dziewczynę. Dziś jest w żeńskim sierocińcu na północy Izraela i nie musi się już niczego obawiać.

Poparzona dziewczyna, ktora miała nigdy nie mieć dzieci, została matką i inspiracją dla tysięcy kobiet

Pytam Insaf, czy wytrwała w postanowieniu i nadal jest sama. Uśmiecha się i pokazuje mi w komórce zdjęcie z trójką dzieci. – Po studiach poznałam chłopaka. Beduina. Pomyślałam sobie, że może życie z kimś byłoby lepsze. Ale nie podejmowałam pochopnej decyzji. Spotykaliśmy się trzy lata, aż któregoś dnia się mu oświadczyłam. Zrobiłam to po swojemu, jak wszystko w życiu. Musa jest instruktorem prawa jazdy. Mamy dwóch synków i córeczkę. Mieszkamy w Beer Szewie. Jesteśmy zwyczajną rodziną. Z trójką dzieci, no, nawet z piątką, można pracować i robić karierę. Ale nie z siedemnastką!

Dalej robi wszystko po swojemu, co wcale nie podoba się jej rodzinie. Przecież burzy porządek. Podważa wieloletnią tradycję. Buntuje kobiety. Jest pierwszą kobietą w swojej wiosce, która zrobiła prawo jazdy. Występuje w telewizji, chodzi na wiece. Chce się upodobnić do Żydówek. Siostry zapraszają ją, by je odwiedziła, przypomniała sobie, czym jest prawdziwe życie rodzinne. – Kiedy do nich jadę, chcą, bym spędzała z nimi całe dni, patrzyła, jak niańczą dziesiątkę dzieci, jak piorą i gotują. Beduini w Izraelu mają najwyższy przyrost naturalny na świecie. Siostry narzekają na swój los, na mężów, ale nie chcą inaczej. Mam nadzieję, że może ich córki będą silniejsze. Przecież płynie w nas ta sama krew.

Wychodząc za Musę, też pogwałciła zasady. Sama sobie wybrała męża, nie pytała o zgodę ojca. Do tego Musa jest Beduinem nie z tego klanu, z którego życzyliby sobie rodzice. Widzę, że Insaf wolałaby mieć akceptację najbliższych, że nie jest jej to obojętne. Może gdy któregoś dnia zasiądzie w Knesecie i wywalczy prawo do ziemi dla Beduinów, mężczyźni odpuszczą, a kobiety usłyszą, że mają więcej praw, niż im się wmawia. Jutro jedzie do Rzymu i teraz tym żyje. A gdy wróci, spełni swoje największe marzenie: otwiera własną kancelarię. W oczach wielu kobiet już jest bohaterką, może któregoś dnia jej wioska zostanie uznana przez rząd, a wujowie, bracia i ojciec będą mówić z dumą: "To zasługa naszej Insaf".

Bez stylizacji i makijażu - najpiękniejsze 30-latki świata!

Uroda Życia - banner

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)