POLECAMY

Lekarz zataił przed ciężarną informację o wadach płodu, żeby nie usunęła ciąży. Teraz matka walczy o zdrowie syna

„Lekarz zapytał: Co by Pani zrobiła gdyby się Pani dowiedziała, że urodzi Pani niepełnosprawne dziecko?". Odpowiedziałam bez wahania: „Usunęłabym". Po usłyszeniu tych słów lekarz zamilkł. Milczał do końca ciąży. Oskar przyszedł na świat z licznymi wadami wrodzonymi.
/ tydzień temu
Lekarz zataił przed ciężarną informację o wadach płodu, żeby nie usunęła ciąży. Teraz matka walczy o zdrowie syna fot. Fotolia

Marta Dziubka zaszła w ciążę w wieku 20 lat. Ciąża nie był planowana, ale jak każda przyszła mama, cieszyła się. Pewnego dnia, podczas rutynowej wizyty kontrolnej, lekarz zapytał jej, co by zrobiła, gdyby dowiedziała się, że jej dziecko urodzi się niepełnosprawne. Marta nie wahała się. Wyznała, że usunęłaby ciążę. Była bardzo młoda, nie widziała możliwości, by wziąć na swoje barki opiekę nad nieuleczalnie chorym dzieckiem.

„Już wtedy wiedział, ale zamilkł...”

To były pierwsze tygodnie ciąży. Marta Dziubka była pod opieką lekarza ze szpitala św. Anny w Miechowie. Jak przyznała w rozmowie z nami,  dobrze znała swoje prawa. Wiedziała, że może legalnie usunąć ciążę w wypadku wad płodu. Lekarz prowadzący jednak nie poinformował jej, że płód jest uszkodzony. Według relacji kobiety, medyk wiedział o defektach już od momenty pierwszego badania ultrasonografem.

W pierwszych tygodniach ciąży, po pierwszym USG, zadał mi pytanie: Co bym zrobiła, gdybym wiedziała, że urodzę niepełnosprawne dziecko? Więc już wtedy wiedział, ale zamilkł po tym, co usłyszał w odpowiedzi. Nigdy więcej nie wspominał o uszkodzeniach płodu.
- opowiada Marta Dziubka.

Marta chorowała na padaczkę. Miewała agresywne ataki, które były wyciszane za pomocą leków. Mogły one stanowić potencjalne zagrożenie dla rozwijającego się płodu. Lekarz prowadzący ciążę wiedział o chorobie ciężarnej. Mimo tego, nie skierował jej na badania prenatalne.

Przez całą ciążę byłam pod obserwacją, jak królik doświadczalny i leżałam raz w miesiącu na oddziale. Robiono mi dziwne badania, których inne ciężarne nie miały. Często też miewałam ataki padaczki, które kończyły się utratą przytomności. Byłam częstym bywalcem szpitali w Katowicach, Dąbrowie Górniczej, Miechowie. Czułam, że coś jest nie tak, ale nikt nic nie mówił...
- wyznała.

Kobieta dotrwała do końca ciąży. Początkowo zapowiadano, że urodzi przez cesarskie cięcie. Wskazaniem do zabiegu były powtarzające się napady padaczki. Ostatecznie jednak zadecydowano, że dziecko ma przyjść na świat siłami natury.

„Kikutka możemy uciąć, ale z dziewczyną sobie poradzi w seksie”

Oskar, bo takie imię otrzymał syn Marty Dziubki, przyszedł na świat chwilę po godzinie 11:00, 6 lutego 2004 roku. Ważył 3 kilogramy. Otrzymał 10 punktów skali Apgar. Świeżo upieczona mama zobaczyła swojego syna dopiero na drugi dzień po porodzie. Dziecko przyniesiono do sali, na której leżała wraz z 5 innymi matkami. Radość, ale przede szok, rozczarowanie, wstyd i ogromny ból - tak w skrócie można opisać uczucia, które kotłowały się w młodej mamie.

Pani doktor odwinęła becik, biorąc Oskara w jedną rękę jak lalkę, robiąc przy tym pokaz dla widzów. Gołe dziecko uniosła w górę i powiedziała: Widzi pani? Ma pani takie dziecko! Ma kikutka (wskazała na rękę chłopca). Oczywiście możemy go uciąć, bo wszystko wskazuje na to, że nie ma tam mięśni i to tylko może mu przeszkadzać - powiedziała. Ale z dziewczyną sobie poradzi przy seksie
- wspomina Marta Dziubka.

W pokoju zapadła cisza. Inne kobiety patrzyły na małego Oskara. Lekarka się śmiała. Jej żart o seksie prawdopodobnie miał rozładować napiętą atmosferę w sali poporodowej. Ale pani Marcie nie było do śmiechu. Szczególnie kiedy usłyszała, że deformacja ręki to nie jedyny defekt. Podejrzewano również wadę serca i upośledzenie umysłowe. Kobieta spojrzała na swojego syna. Przeszywający ból nie zagłuszył matczynej miłości.

Popatrzył na mnie tymi ślicznymi oczkami, jakby chciał powiedzieć: Kochaj mnie Mamo! I pokochałam od pierwszego spojrzenia, ale łzy płynęły mi się po policzku
- opowiada nam Marta Dziubka.

Mężczyzna karmiący piersią? Tak! Świeżo upieczony tata stanął na wysokości zadania

„14 lat temu ktoś zdecydował o moim życiu”

Diagnoza była bezlitosna. Oskar miał wodogłowie, wady serca, deformację ręki. Zaczęła się walka o jego zdrowie i sprawność. Wizyty u lekarzy, operacje, kontrole. Podróże między Poznaniem a Katowicami. I codzienne starania rodziców. O syna, o pieniądze, o godność.

Pamiętam jak po operacji w Poznaniu co tydzień jeździłam na kontrole. Oskar miał w ręce założony aparat Ilizarowa. Ja ze śrubokrętem w ręce użerałam się w pociągu przy ludziach, aby podkręcać rękę co 3 godziny. Podróż z Poznania do Kozłowa była długa. Pamiętam ciekawskie spojrzenia ludzi. Dziwili się, co robię dziecku
- wspomina mama Oskara.

Dziś Oskar ma 14 lat. Jest kochanym i radosnym dzieckiem. Jego mama jednak ma pretensje, że wtedy kilkanaście lat temu, kiedy była młodą dziewczyną, ktoś zabrał jej możliwość wyboru. Nie mogła zadecydować, czy chce urodzić. Nie miała możliwości podjęcia leczenia płodu.

14 lat temu ktoś zdecydował o moim życiu. Rzeczy, które przeżyłam przez te lata napawają mnie dumą, a zarazem żalem, że jedna decyzja lekarza doprowadziła do koszmarnego życia mojego i mojego dziecka, pełnego wyrzeczeń, strachu, bólu i osamotnienia. Zabrano mi życie jako kobiecie i zostawiono na pastwę losu tylko dla kultu życia. Zabrano mi prawo wyboru o decydowania o swoim płodzie, zabrano mi prawo decydowania o leczeniu w łonie matki
- napisała na Facebooku.

Oskar nie ma już wodogłowia. Jedna dziura w jego sercu się zrosła, ale pozostała jeszcze jedna dziurka tzn. otwarty otwór owalny. Ze względu na deformację ręki chłopiec nie jest w pełni samodzielny. Nie może wykonywać niektórych podstawowych czynności. Musi unikać sportu i zabaw ruchowych z rówieśnikami. Jego mama nie marzy o cudzie. Chciałaby jednak, by jej dziecko prowadziło w miarę normalne życie. Potrzebna jest operacja w Stanach Zjednoczonych.

Chciałabym, aby nie cierpiał, biorąc ciągle leki przeciwbólowe i ukrywając rękę przed rówieśnikami. Chciałabym, aby Oskar był szczęśliwy. Poprzednie operacje miały pomóc, aby ręka byłą sprawna. Tym razem operacja jest już ratującą rączkę Oskarka, ponieważ jeszcze jedna taka operacja bez rezultatu, a ręka będzie nadawała się tylko do amputacji. Pomóżcie mi do tego nie dopuścić!
- apeluje Marta Dziubka

Kobieta uruchomiła zbiórkę pieniędzy na portalu Siepomaga.pl. Potrzebne jest 300 tys. zł.

Marta Dziubka walczy przeciwko zaostrzeniu ustawy antyaborcyjnej. Jest członkinią partii RAZEM.

Przeczytaj także:
Rodzice ze Szczecina dostaną 20 tysięcy złotych. Wszystko dlatego, że urodziły im się czworaczki
„Miała jeszcze świeżą ranę po pępowinie” – w „oknie życia” w Wieluniu znaleziono noworodka

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)