antycovidowi rodzice fot. Adobe Stock

Antycovidowi rodzice to zmora dyrektorów szkół. Nie zgadzają się nawet na dezynfekcję rąk

Niektórzy z rodziców, którzy negują istnienie koronawirusa i pandemii, nie wyrażają zgody na to, by ich dzieci nosiły maseczki lub nawet... dezynfekowały ręce.
Urszula Wilczkowska / 04.09.2020 09:26
antycovidowi rodzice fot. Adobe Stock

Jeśli ktokolwiek myślał, że pandemiczny denialiści są nieszkodliwi, niestety przyszedł czas, by wyprowadzić się z tego błędu. Rok szkolny rozpoczął się raptem 3 dni temu, ale coraz więcej szkół donosi, że mają problem z rodzicami - a raczej bardzo konkretną grupą antycovidowych rodziców.

Osoby, które nie wierzą w pandemię, pojawiają się od samego początku jej istnienia. Póki trwał lockdown, pojawiali się głównie w internecie, ale wraz z odmrażaniem gospodarki i oni wyszli na ulice - i to dosłownie. Na głównych ulicach wielkich miast urządzali wydarzenia pt. „Odwołujemy pandemię”. Teraz zaczęło się jednak robić naprawdę niebezpiecznie - antycovidowcy, którzy mają dzieci, nie zgadzają się na reżim sanitarny w szkołach.

Antycovidowi rodzice nie pozwalają nawet na dezynfekcję rąk

Według zaleceń MEN na wejściu do każdej szkoły ma być obecny dozownik z płynem do dezynfekcji - to standard też w większości sklepów, urzędów i innych miejsc publicznych. Wszystkie inne dodatkowe zabezpieczenia, takie jak przydzielenie pięter szkoły konkretnym klasom, zakaz opuszczania pracowni podczas przerw, zmiany w planie, wprowadzenie osobnych wejść dla uczniów różnych klas, obowiązku noszenia maseczek lub przyłbic - mogą wprowadzić dyrektorzy poszczególnych placówek. I sporo z nich to robi.

Nie odpowiada to jednak wielu rodzicom, którzy uważają, że pandemia nie istnieje, a maseczki szkodzą, nie pomagają, są kagańcem i prowadzą do grzybicy płuc. Wiele szkół wprowadziło nakaz noszenia maseczek w częściach wspólnych - na korytarzach, w szatniach czy toaletach. Niektórzy nie zgadzają się nawet na to, by ich dzieci dezynfekowały ręce przy wejściu do szkoły.

Jak podaje jednak Gazeta Wyborcza, część rodziców nie ogranicza się do samego sprzeciwu. W kierunku pracowników szkół padają obelgi, groźby i inne przejawy słownej (póki co na szczęście tylko słownej) agresji.

A jak każą nam chodzić w wiaderkach? Jutro złożę zaświadczenie i oświadczenie, że nie zgadzam się, żeby moje dziecko chodziło w namordniku, i żeby jakiekolwiek zabiegi były przeprowadzane na mojej córce. Będą nas traktować jak zwierzęta niedługo. Dzieci w maskach, płakać mi się chce, to jest skandal i my ludzie na to pozwalamy. Robią z nas stado baranów. Docelowo chcą nas przymusowo szczepić
- cytuje Wyborcza jednego z rodziców.

Brak zgody na dezynfekcję rąk i noszenie maseczek to jedno. Jest też część rodziców, która nie zgadza się także na mierzenie dzieciom temperatury. Jako powody podają fakt, że nie przyjmują do wiadomości możliwości, by zarazić się koronawirusem. Nie godzą się także na obowiązkową izolację dla uczniów, którzy w trakcie dnia zaczynają przejawiać objawy zakażenia.

Ludzie mogą mieć różne podejście do życia i różne poglądy - jednak tu nie chodzi o wolność wyboru, a o życie i bezpieczeństwo innych.

Źródło: wyborcza.pl

To też może cię zainteresować:
Była szefowa MEN: powinniśmy zastanowić się nad skróceniem lekcji do 30 minut
Dariusz Piontkowski o koronawirusie w szkołach: wydaje mi się, że dzieci są bezpieczne
Wirusolog: szczepienia na grypę to w tym roku konieczność