3,5-letnia Madzia została oblana wrzątkiem. Już nigdy nie będzie w pełni sprawna. Właśnie ruszył proces przedszkolanki

Rodzice uważają, że ich córce w przedszkolu nie udzielono odpowiedniej pierwszej pomocy. Nie wezwano od razu pogotowia. U dziewczynki doszło do oparzeń trzeciego stopnia i poważnych konsekwencji zdrowotnych.
/ tydzień temu
3,5-letnia Madzia została oblana wrzątkiem. Już nigdy nie będzie w pełni sprawna. Właśnie ruszył proces przedszkolanki fot. Adobe Stock

To była dosłownie chwila. Życie małej Magdy już nigdy nie będzie takie samo. 3,5-letnia wtedy dziewczynka została poparzona w przedszkolu wrzątkiem. Konsekwencje są tragiczne. Do dziecka nie wezwano od razu karetki, nie ściągnięto jej też ubranka, polewano jedynie twarz wodą. Doszło od silnych poparzeń drugiego i trzeciego stopnia i nieodwracalnych zmian. Madzia przeszła dwa przeszczepy, tygodnie spędziła w szpitalu na morfinie. Nigdy nie będzie w pełni sprawna, przed nią jeszcze kilka operacji. Rodzice uważają, że opiekunka z przedszkola nie udzieliła ich córce wystarczającej pomocy. Właśnie ruszył proces przedszkolanki. Za nieumyślne spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu grozi jej do trzech lat więzienia.

Wylała kubek wrzątku na twarz i głowę dziewczynki

Mała Madzia chodziła do przedszkola publicznego we Wrocławiu. Do tragedii doszło w lutym zeszłego roku. Opiekunka jednej z przedszkolnych grup, do których należała 3,5-latka była jednocześnie zastępczynią dyrektorki.

Jak czytamy w portalu TVN24.pl, tego dnia na sali, na której odbywało się leżakowanie dzieci, były zsunięte krzesła i stoły. Na czas drzemki zasłonięto okna, w pomieszczeniu panował więc półmrok.
Magda przebrana w piżamkę jak inne dzieci, spała. W tym czasie przedszkolanka opiekująca się dziećmi wyszła z sali, by zagrzać wodę. Wrzątek przelała do kubka i wróciła do pomieszczenia, gdzie spały przedszkolaki po torebkę z herbatą.

W akcie oskarżenia, który cytuje TVN24, można przeczytać: „W momencie, kiedy przechodziła między dziećmi w pobliżu stolika straciła równowagę i wylała całą zawartość kubka na leżakującą w pobliżu małoletnią. (…) Gorąca ciecz została wylana na twarz dziewczynki, głowę, szyję, prawe ramię oraz plecy”.

Później przedszkolanka tłumaczyła mamie poparzonej dziewczynki, że to był wypadek.

„Moja córka wyła z bólu”

Do mamy dziewczynki zadzwoniła dyrektorka placówki, mówiąc, że zdarzył się wypadek i że zastanawia się, czy nie wezwać pogotowia do Madzi. „Powiedziałam, że ma to natychmiast zrobić” – powiedziała na antenie TVN24 Małgorzata Lipska, matka poparzonej dziewczynki. Gdy dotarła do przedszkola, nogi się pod nią ugięły.

Tego widoku nie zapomnę. Magda krzyczała, Magda wyła, błagała o pomoc. Wyglądała strasznie. Miała założoną piżamkę. Mokrą twarz, rozczochrane włosy, a z brody spływało jej coś, co wyglądało jak resztki skóry
– wspomina mama dziewczynki.

„Podbiegłam do niej i bałam się jej dotknąć. Magda powiedziała mi: ‘Mamusiu, bardzo mnie boli’”.

Jak wyglądała pierwsza pomoc?

Po oblaniu Madzi wrzątkiem nikt jej nie ściągnął gorącej zalanej piżamki. Według relacji rodziców opiekunka chlapała jedynie twarz dziewczynki wodą. Nie wezwano też od razu karetki pogotowia. Według ekspertów cytowanych przez TVN24 fakt, że nie ściągnięto dziecku zalanego wrzątkiem ubrania i nie chłodzono pod bieżącą wodą co najmniej przez 20 minut, znacznie pogorszył obrażenia.

Z perspektywy czasu uważam, że to, co zostało zrobione, było dużo za mało. Magda miała jedynie ochlapywaną buzię. Te panie wiedziały, że trzeba dziecko schłodzić, ale mogły wziąć ją pod prysznic. Mogły lać od stóp do głów. To uratowałoby nas od przeszczepów. Konsekwencje byłyby dużo mniejsze
– uważa mama poparzonej dziewczynki.

Ból, przeszczepy i tygodnie w szpitalu

Rodzice mówią, że na pogotowie czekali strasznie długo - aż 55 minut. Madzia w szpitalu przeszła dwa przeszczepy. Okazało się, że oparzenia są poważne i rozległe - 2. i 3. stopnia. „Pierwszy tydzień w szpitalu wyglądał tak, że żona tylko płakała, a dziecko tylko krzyczało w przerwach, kiedy nie miało podawanej morfiny” – wspomina ojciec Magdy. Gdy po pierwszym przeszczepie dziewczynka zobaczyła się w lustrze, rozpłakała się. „Mamusiu, popatrz, co oni mi zrobili”.

12 procent poparzonej skóry dziewczynki objęło ręce, okolicę skroniową, ucho, szyję, kark, okolicę żuchwy i obojczyka. Magda nigdy nie będzie w pełni sprawna. W rękach i szyi ma przykurcze, nie rosną jej włosy na głowie, na najbliższe lata ma zaplanowanych kilka operacji. Cofnęła się też w rozwoju. Parę razy w tygodniu budzi się z krzykiem.

Rodzice chcą, by gmina pokryła koszty długotrwałego leczenia i rehabilitacji ich córki. „Jeśli chodzi o miasto, ciężko się rozmawia o kwotach za cierpienie dziecka, za popsucie zdrowia. My chcemy mieć pewność, że cokolwiek się nie zdarzy, jakiekolwiek będą podjęte leczenia, to na to będą pieniądze” – mówił w TVN24 Bartosz Lipski, ojciec poparzonej dziewczynki.
Rodzice szacują, że całe leczenie ich córki może pochłonąć nawet milion złotych. Gmina Wrocław - do niej należy przedszkole - zaproponowała 100 tysięcy zł.

„Chcielibyśmy w końcu usłyszeć ‘przepraszam’”

Pozostaje jeszcze kwestia sprawczyni wypadku. Przedszkolanka dostała upomnienie i przestała pełnić funkcję wicedyrektorki. Rozpoczął się właśnie jej proces w sądzie.

„Mamy bardzo duży żal o to, jak wiele zrobiono, by ratować własną skórę, a jak mało zrobiono, by ratować skórę naszego dziecka. Żadna kara nie przywróci zdrowia naszego dziecka. Natomiast my chcielibyśmy w końcu usłyszeć prawdę i słowo ‘przepraszam’. I to jest droga do przebaczenia i pojednania. Należy ukarać za to, co się stało później, chyba że ktoś będzie miał odwagę stanąć i powiedzieć prawdę” – wyznał w TVN24 ojciec Madzi.

Procesem zajmuje się sąd rejonowy, który za nieumyślne spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu może skazać przedszkolankę na karę do trzech lat więzienia.

Czytaj też:Jak Ministerstwo Zdrowia edukuje młodzież w szkołach? „Nie stosuj antykoncepcji”Rówieśnicy nazywali go „pedziem”. Popełnił samobójstwo. „To zmowa, nikt nie poniósł kary”

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)