Uczniowie w ławkach fot. Fotolia

„Szkoło, naucz moje dziecko błądzić”. O edukacji przyszłości pisze Anna Kowalczyk

Ostatnio spędziłam dwa cudowne dni słuchając inspirujących wykładowców podczas międzynarodowej konferencji na temat internetu i cyfrowego świata. Jednym z wystąpień, które zrobiło na mnie największe wrażenie, była prelekcja Słowenki Marty Svetek na temat przyszłości pracy i edukacji. Marta zaczęła od zapytania licznej widowni, kto ze zgromadzonych przypuszczał przed pięcioma laty, że będzie wykonywał taką pracę, jaką dziś wykonuje. Prawie nikt nie podniósł ręki. No właśnie.
Anna Kowalczyk / 24.02.2017 00:33
Uczniowie w ławkach fot. Fotolia

Przyszłość jest dla nas wielką zagadką. Zawsze była, ale kiedyś istnieli futuryści mający odwagę wieszczyć, jak będzie wyglądał świat za sto lat. Dziś niewielu jest śmiałków, którzy pod nazwiskiem zgodzą się przewidywać, jak przeobrazi się nasza rzeczywistość w ciągu najbliższej dekady. Wszystko zmienia się tak szybko. Wszystko, oprócz systemu edukacji.

Pomogą w domu, dogodzą w łóżku, a nawet staną na ślubnym kobiercu. Kiedy roboty na dobre zastąpią człowieka?

Nie, nie zamierzam się pastwić nad naszą bieżącą reformą, bo z tej perspektywy, która mnie interesuje (czyli perspektywy życia mojego synka, co daje – przy dobrych wiatrach i postępie medycyny – najbliższe 100 lat ), jest to tylko jeden z przykładów, jak bardzo nie nadążamy za zmieniającym się światem. A o tym, że edukacja, nawet na poziomie uniwersyteckim, nie jest już dziś gwarancją niczego (a na pewno nie pracy) niech świadczą  prognozy UNESCO – w ciągu najbliższych 30 lat wyższe studia ukończy więcej osób, niż od początku historii łącznie.

Jako się rzekło, robienie założeń na temat przyszłości to ryzykowna zabawa, ale co do jednego panuje raczej zgodność –  wszystko, co tylko da się zautomatyzować, będzie zautomatyzowane. Innymi słowy, tam gdzie da się zastąpić człowieka maszyną, tak właśnie się stanie. Nie muszę chyba tłumaczyć dlaczego – będzie (już jest!) szybciej, taniej, mniej awaryjnie i bez narażania się na fochy, urlopy macierzyńskie czy związki zawodowe. Przygnębiające? Być może, ale na taki właśnie świat musimy przygotować nasze dzieci.

Szczęśliwie dla nas, nadwrażliwych i zawodnych worków mięsa z 1,5 kilogramowym, średnio wydolnym komputerem pod czaszką, maszyny nie są (i ponoć jeszcze długo nie będą) w stanie podrobić naszych kompetencji społecznych, empatii i zdolności twórczych, które wcale nie są jakąś pięknoduchowską popierdółką, tylko, jak się okazuje, mogą być ostatnim bastionem wartości człowieka. Bo jako maszyna obliczeniowa albo trybik w machinie, stety-niestety, przy sztucznej inteligencji wysiadamy.

Ciekawe zjawiska opisujemy na Polki.pl - polecamy!

Maszyny doskonale wyręczają nas z pamięciówki i obliczeniówki – budowy pantofelka, dat rozbicia dzielnicowego i logarytmów. I robią to tak łatwo, precyzyjnie i bezbłędnie, jak nikomu z nas by się nie udało, nawet gdyby spędził całe życie w kozie (zakład o stówę, że wasze dzieci już nie wiedzą, co to).

Pora więc przemyśleć, ale naprawdę przemyśleć, nasze systemy edukacji, pod które, jak świat długi i szeroki, zręby położono w XIX wieku, gdy potrzeby, aspiracje i marzenia dyktowała rewolucja przemysłowa. Wówczas, jak i wiele lat później, edukacja rozumiana jako wdrażanie do posłuszeństwa i odtwórczego posługiwania się informacjami, sprawdzała się całkiem dobrze. Ludziki równo dreptały w kieracie i wystarczyło. A potem wynaleziono sztuczną inteligencję. I to się bezpowrotnie skończyło. Fantastycznie mówi o tym w poniższym TEDzie (który ma już ponad 40 mln odtworzeń!) wybitny brytyjski specjalista do spraw edukacji Sir Ken Robinson.

Kreatywność to tak wyświechtane słowo, że już naprawdę wstyd go używać, ale w dyskusji na temat edukacji przyszłości ciągle odgrywa fundamentalną rolę. Sir Robinson też stale się nim posługuje.

Nie ma tu miejsca, żeby prześlizgnąć się choćby po wierzchu tej superciekawej debaty, ale to, co mnie szczególnie frapuje to pomysł, by Nowa Szkoła oduczała nasze dzieci strachu przed błędami. No bo faktycznie, jeśli się dobrze zastanowić, to czego uczą się nasze dzieci obecnie, do czego są szkolone, za co wynagradzane, to ni mniej, ni więcej, umiejętność PRAWIDŁOWEGO odpowiadania na pytania – w testach, na klasówkach, w quizach, olimpiadach i odpytywankach przy tablicy. Klucz jest bogiem, a prawidłowa odpowiedź tylko jedna (nawet jeśli to jednocześnie punkty a, b i c). Tymczasem już dziś to zdecydowanie za mało. Nie mówiąc o przyszłości.

Zatem szkoła przyszłości nie tylko powinna, musi wręcz, zachęcać nasze dzieci do popełniania coraz to nowych błędów, wyciągania zeń wniosków i odważnego podejmowania kolejnych prób – bez paraliżującego strachu, a z nadzieją, ciekawością i wiarą w sukces. Bo nie ma, naprawdę nie ma innej drogi do posuwania świata naprzód, niż szukanie ciągle i ciągle lepszych rozwiązań. Widział to już Tomasz Edison, gdy mówił: „Wcale się nie pomyliłem. Po prostu odkryłem 10 tysięcy sposobów, które nie działają”. Aż w końcu znalazł ten jeden, który działa. Niejeden.

Więcej komentarzy Anny Kowalczyk i seria filmów Teraz Polka jej pomysłu - polecamy :)