POLECAMY

„Doświadczałam koszmaru, który z pewnością nie służył regeneracji ani ukojeniu”. Matki wspominają pobyt w szpitalu po urodzeniu dziecka

Odczucia co do pobytu w szpitalu już po urodzeniu dziecka zawsze miałam takie same: uciekać, uciekać jak najszybciej. O ile bowiem poród, jak wyczerpujący by nie był, przebiegał w warunkach kameralnych, w sali brzoskwiniowej, miętowej czy waniliowej, z mężem u boku, to potem zawsze doświadczałam koszmaru, który z pewnością nie służył regeneracji ani ukojeniu.
„Doświadczałam koszmaru, który z pewnością nie służył regeneracji ani ukojeniu”. Matki wspominają pobyt w szpitalu po urodzeniu dziecka fot. Fotolia

Kochana P.!
Niedawno księżna Kate urodziła trzecie dziecko, o czym wszyscy mogli się przekonać, gdy szczęśliwi młodzi rodzice pokazali światu potomka, pojawiając się we troje przed szpitalem. Polskie internety zahuczały: Jak ona może! Przecież to nienormalne, w siedem godzin po porodzie – powinna leżeć w barłogu i dogorywać. No, ale jak się ma taki sztab ludzi do obsługi, to i dało radę – wyszykowali ją, zacisnęła zęby i wyszła.
Zdaje się, że komentowanie spraw, o których nie posiada się odpowiedniej wiedzy – ani praktycznej, ani merytorycznej, to specjalność wielu internautów.

„Ja kontra księżna” – matki wyśmiewają perfekcyjny wygląd księżnej Kate i pokazują, jak naprawdę wygląda się po porodzie

Przypomniały mi się moje porody. Po pierwszym – dramatycznym, źle przeprowadzonym – spędziłam w szpitalu trzy dni. Po drugim – półtora dnia. Trzecie dziecko urodziłam o północy, a o siódmej rano (czyli także po siedmiu godzinach) czekałam na wypis i przebierałam nogami w kierunku wyjścia.
Specyfika każdego z tych porodów była zdecydowanie odmienna. Pierwszy mnie zmęczył okrutnie: i psychicznie, i fizycznie. Drugi poszedł sprawniej i lęk był mniejszy, bo już miałam praktykę. Trzeci – na luziku – cały pobyt w szpitalu zamknął się w dziesięciu godzinach.
Mimo tych różnic, odczucia co do pobytu w szpitalu już po urodzeniu dziecka zawsze miałam takie same: uciekać, uciekać jak najszybciej (tej motywacji zapewne nie dzieliłam z księżną Kate). O ile bowiem poród, jak wyczerpujący by nie był, przebiegał w warunkach kameralnych, w sali brzoskwiniowej, miętowej czy waniliowej, z mężem u boku, to potem zawsze doświadczałam koszmaru, który z pewnością nie służył regeneracji ani ukojeniu.

Światło na korytarzu świeciło się całą dobę. W oknach nie było rolet, więc latarnie uliczne dodawały swoje. Od piątej zasuwały salowe – stukały chodakami i mopami. O siódmej przychodziła pielęgniarka i budziła, bo „będzie obchód”. Był przed dziewiątą albo i wcale go nie było. A jak był, to z tekstem: „Jak się dziś czujecie?”, rzuconym zbiorczo w kierunku kilku położnic, ale bez czekania na odpowiedź. Potem zaczynały się niekończące odwiedziny: matka, teściowa, szwagier z wujenką, sąsiadka z córką, koleżanka z pracy, młodsza siostra… Jak na dworcu. Pokoje kilkuosobowe, więc o żadnej intymności mowy nie ma.
Kto zdrów, powinien zwiewać: od hałasu, tłoku, bakterii – do domowego raju.
U nas jednak system trzymania matek z noworodkami przez kilka dni jest utrwalony: młoda lekarka w panice pognała po starszą koleżankę, gdy oznajmiłam, że wychodzę. Starsza bardziej znała życie, bo zapytała, które to dziecko i czy mi się u nich nie podoba (trzecie i nie, nie podoba się). Potwierdziłam, że opuszczam placówkę na własne żądanie, że zjawię się na szczepienie i kontrolę i z ulgą pojechałam do domu. Absolutnie doskonała decyzja!
A Ty który wariant wybierasz: proszpitalny czy prodomowy?
Całuję
Twoja A.

„Majstrowanie przy dzietności”. „Olimpiada płodności”. „Pseudoszlachetne gesty”. Matki oceniają program rządu - Mama plus

Droga A.!
Co do mnie – zdecydowanie wybieram wariant książęcy. Co do okoliczności porodu – obojętnie czy domowy, czy ciut dłuższy szpitalny, ważniejsze, co potem. A potem – czyli teraz – w jakości mego życia bardzo by mi pomógł sztab ludzi do wszystkiego. A zwłaszcza do opieki nad dziećmi!
Najstarsza chciałaby tyle uwagi co młodsze i wciąż (w-c-i-ą-ż!) ma mi coś do powiedzenia.
Średnia to dziecko petarda – żyje w biegu, w biegu je kanapkę (kawałek kanapki, na więcej nie ma czasu), wszystkiego potrzebuje natychmiast i wedle swoich reguł („Nie ty! Tata mnie ubierze!”; „Nie ty! Mama mi poczyta!”).
Najmłodszej bardzo już się nudzi leżenie, niestety nie potrafi jeszcze nic innego – ani się czołgać, ani raczkować, ani siedzieć – wobec tego najatrakcyjniejsze wydaje się noszenie na rękach. Wszystko wtedy widać, sceneria wciąż się zmienia, a w zasięgu małych łapek są i włosy do pociągnięcia, i nos do podrapania, i cała mama na własny użytek.
W tych warunkach teraz żyję, pracuję, wykonuję domowe obowiązki.

Marzenia mam tendencyjne:

  • Duży dom, żeby mieć się gdzie chować przed dziećmi i w ciszy (Ha…!), w spokoju (Ba…!) pisać naszą piękną szóstą książkę.
  • Wakacje – ale takie, żeby dzieci były z nami, a zarazem, żeby ktoś się nimi przez część czasu zajmował – tak, by móc choć przez kęs dnia popływać albo pozwiedzać.
  • No i to może nie największe, za to najczęściej się powtarzające: by ktoś o piątej rano pojawiał się w naszej sypialni i mówił: pośpijcie sobie jeszcze, ja się nią zajmę.

Sama widzisz, że są to potrzeby pałacowe. Naprawdę czuję, że bym się odnalazła! Księżna ja i mój mąż, książę pan wiedlibyśmy sobie niezmącone znojem życie. Nawet nie chodzi o te skarbce i komnaty – lubię swój dom i swoją pracę, lubię nawet zajęcia domowe – tylko tak bardzo chciałabym ją choć przez parę godzin dziennie wykonywać bez dziecka na ręku, dziecka uczepionego do nogawki oraz dziecka nadającego do ucha…! Pomyśl tylko: oto bezszelestna, dyskretna, perfekcyjnie wyszkolona służba zapewniałaby naszym dzieciom towarzystwo, kształcącą zabawę, noszenie – nam zaś dawała parę godzin na dobę wytchnienia, komfortu pracy, czasu na dorosłe rozrywki. I to nie kosztem babci czy cioci!
Można by sobie pożyć, hę?
Całuję Cię w sygnet
Księżna P.

Polecamy także:
Co warto wiedzieć o programie "Mama plus"?
Matki rezygnują z pracy przez 500 plus

Polecamy cykl felietonów... w formie listów. Paulina Płatkowska i Agnieszka Jeż, autorki powieści dla kobiet „Ciasteczko z wróżbą”, „Nie oddam szczęścia walkowerem" i „Szczęściary" piszą dla Was felietony w formie maili do przyjaciółki. O życiu, rodzinie, miłości, o wszystkim, co dla polskich kobiet, matek, żon, singielek, szczęśliwych i tych szczęścia szukających jest ważne.

Najnowsza książka Pauliny Płatkowskiej i Agnieszki Jeż „Ciasteczko z wróżbą” już do kupienia w Empiku. Zapraszamy też na blog pisarek - www.platkowskaijez.pl oraz na ich fanpage na Facebooku.

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)