POLECAMY

O rozwodzie/depresji/śmierci na Facebooku? Czy są jeszcze jakieś granice?

Koniec pewnego związku, a zwłaszcza rodziny to zawsze jest klęska, porażka, żal. Pewnym novum natomiast jest robienie z tego sprawy publicznej. Jak reagować, gdy znajoma pisze na Facebooku czy Instagramie, że jej mąż ma kochankę? Albo kiedy mówi o śmierci bliskiej osoby? Wkleić zdjęcia znicza?
O rozwodzie/depresji/śmierci na Facebooku? Czy są jeszcze jakieś granice? fot. Fotolia

Kochana A.!

Czytam w internecie wyznania Justyny Żyły na temat Piotra Żyły – i mam mieszane uczucia. Co więcej, oni sami najwyraźniej też mają mieszane uczucia. Oczywiście przede wszystkim mi smutno. Widać, że para przechodzi ciężkie chwile, może nawet to rozstanie.

Żona Piotra Żyły wyjawiła, że skoczek ma kochankę. „Zostawił mnie i dzieci”. Internauci nie zostawili na sportowcu suchej nitki

Koniec pewnego związku, a zwłaszcza rodziny to zawsze jest klęska, porażka, żal. Pewnym novum natomiast jest robienie z tego sprawy publicznej. Przywykłam już do celebryckich medialnych zaręczyn, medialnych ślubów, medialnych ciąż. Zupełnie zwykli ludzie piszą na Facebooku, co ugotowali, co zjedli, co im się śniło, co powiedziały ich dzieci (to ja). Czasem ktoś pisze o śmierci kogoś bliskiego. Nie wiem wtedy, jak zareagować. Złożyć kondolencje w komentarzach? Narysować e-świeczkę z dwóch nawiasów i kreski? Kliknąć reakcję „przykro mi”…?
Wiem, powiesz, że jestem drętwa – ale mam opór. Co innego ubawić się z czyjegoś dowcipu, poprzeć czyjąś akcję czy pochwalić czyjś tort.

Nie potrafię odnieść się do publicznego pisania o sprawach bardzo osobistych. A zwłaszcza – odnieść się w jakiś e-sposób. To skłania do pewnej szerszej obserwacji socjologicznej: kiedyś zaprzyjaźnieni albo chociaż zakolegowani ludzie spotykali się ze sobą i opowiadali sobie, co u nich słychać. Albo pisali list. Gdy było im źle – zwierzali się sobie i robiło się trochę lżej. Gdy było bardzo dobrze – nieprzesadnie się z tym obnosili, żeby nie zapeszać. Niektórzy prowadzili też dzienniki, pamiętniki, senniki (to znów ja). Potem – w dużym skrócie – wymyślono kozetki u psychoterapeutów.

A dziś jest internet. Oczywiście, to wielkie uproszczenie – którym jednak posługuję się celowo, a wręcz prowokacyjnie, bo jest mi to potrzebne do zadania pytania: jak dziś ludzie radzą sobie z przeżywaniem trudności? Czy dramatyczny wywiad dla prasy albo obnażająco szczery post na fejsie to odpowiedniki dawnych aktów rozpaczy typu obcięcie sobie ucha przez van Gogha?

Nie byłabym sobą, gdybym w tym kontekście nie pomyślała o naszych dzieciach i innych młodych ludziach, dla których komunikator jest naturalnym sposobem komunikowania się. Przecież ich także nie ominą żadne z ludzkich uczuć. Zaznają i tych dobrych, i złych. I ekstazy, i odrzucenia, i radości, i rozpaczy. Czy będą potrafili o tym mówić inaczej niż emotikonkami? Jak napisać wypracowanie z polskiego, gdy zamiast słów do głowy przychodzą tylko ikonki? Jak powiedzieć komuś, co się czuje, jeśli się nie umie tego nazwać? Jak się w takim razie p o r o z u m i e ć ?

23 lutego obchodziliśmy Dzień Walki z Depresją. Jak co roku wiele było więc o tym, by traktować depresję poważnie, jak chorobę właśnie, a nie fanaberię czy zwykły dołek. By być czujnym – bo przybiera czasem wszelkie pozory normalności, a toczy się podstępnie, podskórnie, niszcząc i wypaczając odbiór życia. I znów: czy umiemy swoje problemy w y r a ż a ć…? Ech.

Cóż, przynajmniej wiem, dlaczego wybrałam zawód pisarza. W książkach można publicznie obnażać uczucia, ubierając w nie swoich bohaterów.

Całuję Twoja niewyluzowana P. (która dziś wysłała Ci zdjęcie tego, jak w akcie rozpaczy obcięła sobie we własnej łazience włosy nożyczkami krawieckimi. Tyle że w prywatnej wiadomości). 

Kochana P.!

Tak się składa, że i ja przeczytałam dziś ten artykuł. Nie szukałam go – wyświetlił się na górze strony portalu informacyjnego, który reklamuje się hasłem „jesteś na bieżąco”. Przebiegłam wzrokiem i rzeczywiście jestem na bieżąco, jeśli idzie o prywatne życie pary, która już nie jest parą, życie ich dzieci i jego nowej partnerki. Też poczułam się nieswojo. Może tak mają osoby, które wychowywały się w świecie bez internetu? I które sprawami osobistymi dzielą się tylko z wybranymi bliskimi?

Pamiętasz dobrze, jak parę lat temu dokonywałam życiowej rewolucji, rozwodząc się i ponownie wychodząc za mąż. W pracy wiedziałaś o tym Ty i… tylko Ty. Nie do wiary, mówili potem nasi wspólni znajomi, którzy zresztą próbowali Cię – bezskutecznie – podpytać o to i owo, i my o niczym nie mieliśmy pojęcia? Ano nie. Nie czułam potrzeby upubliczniania wnętrza. Czy to znaczy, że w ogóle jestem przeciwna szerzej eksponowanemu przeżywaniu emocji, na przykład w mediach społecznościowych? Nie.

Ja też mam konto na Facebooku i Instagramie. Rzecz w tym, by umieć oddzielić to co moje, od tego, co może być wspólne. Każdy ma tę granicę ustawioną gdzie indziej. Są osoby bardziej otwarte, spontaniczne, które wrzucają do sieci zdjęcia z zaręczyn, imienin u teściowej, operacji wyrostka robaczkowego, oblania egzaminu na prawo jazdy i zjedzenia wegańskiego burgera. I to jest okej, jeśli wiedzą, po co to robią. Że to tylko zabawa, chwila oddechu, żart, sposób na bycie ze znajomymi. Gorzej, jeśli takie działanie c o ś im robi. Dają w ten sposób upust emocjom. Budują swój wizerunek, próbują opierać na takiej popularności i reakcjach poczucie własnej wartości. Bo to niebezpieczna i zwodnicza gra.

Uśmiech na pokaz, wieczne szczęście i idelany porządek... Też żyjesz w instagramowym kłamstwie?

Wczoraj rozmawiałam z najstarszą córką na temat relacji. Zapytała mnie, dlaczego tak trudno jej znaleźć przyjaciół, skoro koledzy z klasy ich mają. Dopytałam, co rozumie pod pojęciem „przyjaciel”. I wyszła nam międzypokoleniowa różnica.

To, co dla młodych jest przyjaźnią, dla nas jest koleżeństwem. To, co myśmy powierzały sobie szeptem, oni wrzucają na fejsa. Każde wydarzenie od razu ląduje w sieci, opatrzone odpowiednią buźką: zainteresowany, szczęśliwy, wkurzony, poirytowany, pełen nadziei z/w/u – wstaw odpowiednie. I tu się kryje pułapka. Bo niby dobrze jest przeżywać swoje emocje, być otwartym. Tyle tylko, że najpierw powinno się te emocje nazwać, zrozumieć i przez chwilę pobyć z nimi samotnie. A potem – z pełną świadomością – dzielić się lub nie.

Tymczasem teraz wszystko dzieje się tak szybko. Żyjemy w czasach nieustającego pędu. Z potrzebą permanentnego bycia „w kontakcie”. Publiczne i natychmiastowe umieszczanie w sieci spraw wyciąganych z zakamarków duszy jest zapewne sposobem na radzenie sobie z emocjami. Bach i ulga. Ale chwilowa – bo nigdy nie wiadomo, jak sieć zareaguje. A raczej wiadomo – hejterzy chciwe szukają pożywek.

Poza tym w sieci nic nie ginie. Na pewno zaś bywa tak, że ktoś był wylewny, a potem ochłonął, i wolałby, żeby po tej jego chwili niekontrolowanego wypływu emocji nie było śladu.

I wreszcie, na koniec, jeszcze o depresji. Depresja – ta prawdziwa, zdiagnozowana przez lekarza, to choroba straszna, która niszczy i wymaga leczenia. Tu nie pomoże poklepywanie po plecach i mówienie „weź się w garść” lub wakacje na południu Europy, gdzie w bród słońca. Nie można jednak mylić depresji z obniżonym nastrojem. Smutek jest normalny. Smutku się nie leczy. Smutek się w życiu przydarza – podobnie jak szczęście. Państwu Żyłom życzę, żeby przeszli przez czas wzburzonych emocji w sposób bezpieczny i kontrolowany. I żeby „po” mieli poczucie, że choć to była bardzo trudna lekcja, to zaliczyli ten przedmiot w szkole życia i repetować nie będą.

Całuję Twoja A.

Przeczytaj także: Cała prawda o fitnessowych zdjęciach z instagrama. Pozowane fotki kontra rzeczywistość...
Gwiazdy, które wygrały z depresją 

Polecamy cykl felietonów... w formie listów. Paulina Płatkowska i Agnieszka Jeż, autorki powieści dla kobiet „Nie oddam szczęścia walkowerem" „Szczęściary" piszą dla Was felietony w formie maili do przyjaciółki. O życiu, rodzinie, miłości, o wszystkim, co dla polskich kobiet, matek, żon, singielek, szczęśliwych i tych szczęścia szukających jest ważne.

Najnowsza książka Pauliny Płatkowskiej i Agnieszki Jeż „Marzena M.” już do kupienia w Empiku. Zapraszamy też na blog pisarek - www.platkowskaijez.pl oraz na ich funpage na Facebooku.

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)