Z życia kota – odc. 8

Mieszkanie z moją panią to jak sięgnięcie po puszkę kociej karmy. Nigdy nie wiadome, na co się trafi – czy na smaczną cielęcinkę, czy też na nie pierwszej świeżości kurczaka. Całe szczęście, że jeszcze żadna kość nie stanęła mi w gardle, mrauuu! Wracając jednak do początku…. Opowiem Wam dziś, skąd się wziąłem na tym mieszkanku, które stało się i moim domem, i moim więzieniem.
/ 02.12.2008 10:20
Mieszkanie z moją panią to jak sięgnięcie po puszkę kociej karmy. Nigdy nie wiadome, na co się trafi – czy na smaczną cielęcinkę, czy też na nie pierwszej świeżości kurczaka. Całe szczęście, że jeszcze żadna kość nie stanęła mi w gardle, mrauuu! Wracając jednak do początku…. Opowiem Wam dziś, skąd się wziąłem na tym mieszkanku, które stało się i moim domem, i moim więzieniem.

Dawno, dawno temu (i to tak dawno, iż brakłoby pazurów u jednej łapki, by zliczyć, jak dawno) mieszkałem sobie wraz z mamą i piątką rodzeństwa u jednego pana. Taty nie poznałem, ale kiedy przyszedłem na świat, rodzice już nie utrzymywali ze sobą kontaktów. Dlaczego? Wydawało mi się, że jest jak ma być - nigdy więc nie poruszałem tego tematu, by mojej kociej mamie nie było smutno. I tak miała mnóstwo utrapienia z naszą wesołą, skoczną gromadką. Wiecie, co to znaczy sześć głodnych pyszczków do wykarmienia? To taki miauczący chór bez dyrygenta! Na szczęście pomieszkiwał jeszcze z nami przyjaciel domu - pewien, nie pierwszej już młodości, kawaler, co do naszego kociego świata wnosił nieco wojskowej dyscypliny. Malutki byłem, ale dobrze wiedziałem, że wilczurowi lepiej w drogę nie wchodzić, mrauuu…
Z życia kota – odc. 8
Nikt mnie jednak nie uprzedził, iż wkrótce przyjdzie nam się rozstać. Może nie drapałbym tak braciszków pazurkami? I nie podkradałbym siostrzyczkom najlepszych kąsków? Dla mamy też byłbym milszy… Ale i tak żyliśmy jak pies z kotem - w zgodnym, choć nieco kłótliwym stadzie. Zawsze czułem, że jest obok ciepłe, milutkie futerko, do którego mogę się przytulić.

Aż tu nadszedł dzień, gdy otwierając zaspane oczka zobaczyłem… moją przyszłą panią! Wymiauczę Wam w sekrecie, że z wrażenia schowałem się za firanką. Koszmar jakiś. „Kici kici? Noooo… kici, kici, cio się tak chowasz? Bojuniasz się?” Luuuuudzie! Kto tak z kotem rozmawia? Czy ja wyglądałem na takiego, co języka nie rozumie? Na kocią miskę, nie! Za to moja pani sprawiała wrażenie, jakby kota pierwszy raz na oczy zobaczyła, prrrr! Na dodatek już podczas naszego pierwszego spotkania miałem okazję się przekonać, że moja pani zawsze musi mieć rację. Nawet wtedy, jak jej nie ma, mrauuu!

Nie uwierzycie, co było potem. Pan zostawił mnie z tą panią, i jeszcze drugą panią, która aż tak dużo nie mówiła, choć było jej, tak na kocie oko, jakieś dwa razy więcej. Głos jednak częściej dawała ta pierwsza – i też ona patrząc na mnie stwierdziła, że ja (KOT!) to nie kot! Nawet Ramzi (tak, TEN Ramzi) wie, że kot jaki jest, każdy widzi. Tylko najwyraźniej nie człowiek, co niedowidzi, mrauuu! I teraz powiem Wam coś w sekrecie, ale obiecajcie, na puszkę kociej karmy, że nie będziecie szczerzyć zębów z radości.
Więc…
Moja pani doszła do wniosku, że ja-on to… ja-ona! Wyobrażacie to sobie? Miauczałem i miauczałem, ale spróbujcie dojść do głosu przy gadatliwej kobiecie! Nie, nie, nie. Zostałem, już na wstępie, zrobiony… Kicią!
Żebym to jeszcze jakieś imię miał mieć oryginalne, artystyczne. Czegóż się jednak można spodziewać po pani z najbardziej pospolitym imieniem świata? Ona nijaka, więc i mi się oberwało, mrauuu.
Kicią byłem przez pierwszy miesiąc. Aż tu przyszła moja ulubiona ciocia, co nie dość, że puszkę świeżej wołowinki przyniosła, to jeszcze przekonała moja panią, że ja to on, nie ona.

Z radości, że odzyskałem własną tożsamość, tak sobie pobrykałem, iż mieszkanko jak po przejściu tornado wyglądało. Zostałem więc… Tornadem. Ale jeśli o mnie chodzi, mogłem być nawet Kotem. Uwierzcie mi. Wszystko lepsze, niż bycie Kicią, mrauuu…

Wasz Pyszczuś