Z historią na ty

Mnóstwo pięknych przedmiotów art déco. Niezliczona liczba obrazów. Wypełniają mieszkanie w starej łódzkiej kamienicy.
 
Mieszkanie przed wojną należało do właścicieli kamienicy. Po wojnie zamieszkiwała w nim ważna figura partyjna, potem dwie rodziny inteligenckie. Z okien widać piękną wieżę XIX-wiecznego kościoła, obok prestiżowe liceum.
Do obecnych właścicieli mieszkanie należy od 1985 roku. Na początku wymagało przystosowania do nowych potrzeb, bo przeznaczone było także dla rodziców pani domu. Zbudowano dodatkową łazienkę, co na powierzchni 170 metrów nie stanowiło problemu.
Dla wygody rodziców powstały też drugie drzwi, prowadzące do ich części mieszkania bezpośrednio z holu (a nie tylko z tzw. służbowej klatki schodowej bez windy). Nieco później zmieniono usytuowanie kuchni, włączając ją do otwartej części z salonem i jadalnią.

Najpoważniejszym zadaniem było jednak... oczyszczenie. Z czego? Z naleciałości lat 70. – W tamtych czasach ludzie wyprawiali w mieszkaniach straszne rzeczy: boazerie, tandetne drzwi, ścianki działowe. Krótko mówiąc – niszczyli ducha mieszkania – wyjaśnia pani domu. Nowym właścicielom przypadła więc rola przywrócenia od podstaw dawnej świetności wnętrz. Podczas renowacji kierowali się hasłem „Nie przesadzać”, które zresztą wpisuje się w nurt propagowany na Zachodzie: np. starą stolarkę – drzwi i okna – należy odświeżać, a nie wymieniać. Co prawda w tym roku musieli już wymienić okna, ale po dwukrotnej renowacji nie było co odświeżać! Zadbano jednak o odtworzenie profili okiennych, a klamki sprowadzono z Włoch.
Szczególnie umiłowali okres międzywojnia. Ich kamienica pochodzi zresztą z tego okresu, z roku 1938. Dom, elegancki i prosty w formie, wyróżnia się na tle typowych dla centrum Łodzi eklektycznych budynków. W mieszkaniu zachowała się część przedwojennego wystroju. Do niego więc dopasowano resztę mieszkania, nadając mu podobny charakter.

Choć w ich dawnym domu rodzinnym królowała secesja, to – jak przyznaje pani domu – byli już tym stylem zmęczeni. Zaczęli gromadzić przedmioty art déco: meble, porcelanę, lampy. Początek tej kolekcjonerskiej pasji przypada na połowę lat 70., kiedy styl art déco był niedoceniany. A i teraz, mimo mody i obfitości wnętrz, które aspirują do tego miana, to mieszkanie wydaje się nie do podrobienia. Wyróżnia je atmosfera bezpretensjonalności, tak charakterystyczna dla wnętrz z artystycznym zacięciem. Powstawało przez wiele lat (prawie 20!), a przedmiotów przybywało w sposób naturalny. Dlatego teraz wyglądają tak, jakby były tu od zawsze. Właścicieli wciąż bawi wyszukiwanie interesujących obiektów, nie tylko w polskich galeriach czy na targach staroci (nie pomijając warszawskiego na Kole), ale i za granicą. Ostatnio przywieźli z Portugalii zbiór gazet, bo spodobała im się ich grafika. Bogatą kolekcję doceniają zaprzyjaźnieni filmowcy – często wypożyczają różne przedmioty do filmów. Od wielu lat właściciele związani są z artystycznym środowiskiem Łodzi. Nie dziwi więc, że zgromadzili tak imponującą kolekcję obrazów i grafik! Wśród niezliczonych są tu między innymi prace Władysława Strzemińskiego, Tadeusza Kantora, Antoniego Starczewskiego, Ryszarda Hungera, Jerzego Panka, Tymona Niesiołowskiego...

Charakter mieszkania już na wstępie określa hol. Na szczęście zachowało się jego kompletne wyposażenie wraz z oświetleniem. Nie jest to jednak kapliczka stylu. Klimat śmiertelnej powagi zarezerwowany dla muzeów i mieszkań na pokaz tutaj nie zagości. Przy wejściu ogromna tablica szkolna na zapiski bieżące i nie tylko – jest tu też informacja o planowanym przez gospodarzy wyjeździe na drugą półkulę. Każdy z odwiedzających ich przyjaciół może na tablicy zgłosić swój akces do wyprawy. Przytulny kącik ze stołem w holu, a nad nim napis „W Instytucie zabrania się palenia”
– to żart, bo popielniczki są w zasięgu ręki. Sam hol z wygodnymi krzesłami, stołem i podręczną biblioteką spełnia szalenie ważną funkcję recepcyjną. – Nie wyobrażam sobie życia bez holu – mówi pani domu. To on jest wizytówką mieszkania, daje pojęcie o jego stylu, a w razie potrzeby zapewnia konieczną izolację. Prawdziwy hol to wielki walor międzywojennych mieszkań, choć nie wszyscy ich posiadacze potrafią go docenić, podobnie jak pokoje w amfiladzie. – Czy jest coś ładniejszego niż amfilada? – pyta retorycznie pani domu.


Hol z oryginalnym wystrojem. Drzwi prowadzą do części przeznaczonej dla rodziców pani domu. Nad stylową boazerią prace Janusza Antoszczyka i Ryszarda Gieryszewskiego oraz żartobliwa informacja o zakazie palenia. Na stole lampa art déco



Fragment gabinetu. Zachowane stare osłony na kaloryfer i niedawno wymienione okno

Widok z gabinetu pani domu na gabinet męża. Serwantka (jedna z kilku) ze zbiorem szkła art déco w ilości wystarczającej na spore przyjęcie. Otwarte drzwi pokoi w amfiladzie dają poczucie przestrzeni

Salon, jadalnia i kuchnia. Na stoliku porcelana z Ćmielowa. Nad stołem jadalnianym żyrandol art déco. Prosta w formie sztukateria to pozostałość dawnego wystroju. W głębi wejście do prywatnej części mieszkania. W stylowym wnętrzu – nowoczesna kuchnia ze stalową lodówką

Gabinet pani domu, w głębi salon. Oryginalne drzwi wyposażono w roletę. Kolejna serwantka art déco z kolekcją szkła. W salonie, na tle indyjskiego różu, m.in. abstrakcyjny obraz Antoniego Starczewskiego i portret kobiety Wacława Taranczewskiego

Dwa gabinety w amfiladzie, oba z meblami w stylu art déco. I obrazami: u pani domu m.in. duży akt autorstwa Alojzego Siweckiego, nad biurkiem pana domu – abstrakcja Krystyny Matusiak

Przedpokój w dawnym stylu. Ze szkolną tablicą do zapisywania ważnych informacji, nie tylko bieżących i nie tylko dla domowników. Klimat dopełniają stare walizy na pawlaczu


Tekst Katarzyna Mackiewicz
Stylizacja Anna Tyślerowicz
Zdjęcia Rafał Lipski

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)