Konstancin dream

Z Ameryki przywieźli pomysły na rozplanowanie przestrzeni. Wypełnili ją kolonialnymi meblami i polską gościnnością.
 
Przeprowadzali się, jak dotąd, 13 razy. Głównie za oceanem, gdzie migracja wpisana jest w amerykański styl życia. Do Polski przyjechali w 1990 roku, gdy pan Ryszard wprowadzał do Polski firmę Apple Computers. A kiedy po dwóch latach okazało się, że mają znów się przenieść, tym razem do Paryża, nie chcieli już wyjeżdżać. Zostać na stałe znaczyło jedno – wybudować własny dom.

Podczas rodzinnej wizyty zobaczyli Konstancin i spodobał się im jego charakter. Zwłaszcza pani domu – krakowiance, wychowanej w atmosferze starego miasta, starej architektury. Początkowo chcieli wyremontować jedną z ocalałych willi. Jednak za radą znajomych i z obawy przed wilgocią czy grzybem, zdecydowali się na budowę. Dom miał być „nowy, ale wyglądający na stary”. Mieszkając w Stanach marzyli, by miał polski charakter, gdy jednak przyjechali do Konstancina, szybko przekonali się, że mnóstwo jest tu dworków w tym stylu. – Zdecydowaliśmy się na projekt z elementami dworu polskiego, jak np. kolumny, ale bardziej przypominający angielską siedzibę wiejską – wyjaśnia pani Katarzyna. Do budowy przygotowywali się sumiennie, korzystając z nagromadzonego „banku pomysłów”.
W Stanach bywali w open houses – udostępnionych do oglądania domach budowanych na sprzedaż. Robili zdjęcia, podpatrywali rozwiązania wnętrz, detale. Fasadę domu znaleźli w jednym z amerykańskich pism. Doświadczenia amerykańskie były dla nich bardzo istotne, bo jak mówi pani Katarzyna, „tamtejsze domy są szalenie funkcjonalne. W końcu buduje się tam najwięcej prywatnych domów, to jest ich american dream”. Zachowali nawet rozkład typowego domu amerykańskiego. Z garażu przechodzi się bezpośrednio do przedpokoju, stąd do family room, czyli pokoju rodzinnego połączonego z kuchnią i jadalnią. Tu są też drzwi do pokoju, który pełni funkcje pralni, suszarni, prasowalni. Dalej można przejść do części oficjalnej z salonem i jadalnią lub „tajnym przejściem” do gabinetu pana domu. Z pokoju rodzinnego wiodą też spiralne schody na górę, do części prywatnej. Drugie, z imponującą balustradą, prowadzą z reprezentacyjnego holu i salonu. Na górze są pokoje córek, 22-letniej Karoliny i 19-letniej Aleksandry, sypialnia rodziców, pokój gościny (każdy z własną łazienką) i jedno z ulubionych miejsc pani domu – pokój muzyczny. Jeszcze wyżej, pod dachem, miejsce na stół pingpongowy (w przyszłości także bilardowy) dla córek. Dla nich też ustawiono w pokoju muzycznym pianino. Obie studiują za granicą (w Cambridge i w Boston College), dom więc rozbrzmiewa muzyką tylko w czasie ich odwiedzin. Oprócz wiekowego pianina jest tu wygodna kanapa i biblioteka sprzyjające lekturze, a piękny karciak służy nie tylko do gry w brydża czy ulubionego remika, ale także jako stół do pracy. Za to imponujące schody mogą być sceną dla rodzinnych przedstawień teatralnych. Mają misterną, wykonaną w metalu balustradę, dzieło kowala pana Aleksandra Michalskiego. Do prac budowlanych właściciele zatrudnili ekipę górali pana Jana Strączka, który okazał się fantastycznym fachowcem, wręcz artystą. Gdy na przykład robił kolumny, napełniał cementem starą beczkę i w ten sposób kształtował ich formę.


Pani domu zajmowała się koordynacją i umawianiem wykonawców, poznawała też efekty ich prac w innych domach. Wiele materiałów przywoziła sama; jak mówi, ten etap był szalenie męczący, wymagał dogrania każdego szczegółu. Gospodarze zajęli się też projektowaniem wnętrz. Chcieli, by mimo tradycyjnego charakteru były one funkcjonalne i jasne. Kolorem dominującym jest beż. A że słowo klucz to tradycja, nie ma tu nowoczesnych mebli. Pani domu przyznaje, że jej upodobania stylowe zatrzymały się na art déco. A urządzając wnętrza, czerpała z jeszcze wcześniejszych stylów – królują tu głównie meble kolonialnie. Dobieranie mebli i dodatków stało się dla niej miłym zajęciem za sprawą przypadku: – Gdy natrafiłam na sklep Place Vendôme, nie musiałam dalej szukać, znalazłam tam wszystko, co było mi potrzebne.
W pełnej rozmachu przestrzeni zaaranżowano wiele kameralnych kącików, które sprzyjają udanym spotkaniom na małą i wielką skalę. Dom jest gotowy na wszelkie okazje: pogawędki z przyjaciółmi, spotkania licznej rodziny czy uroczysty obiad z ambasadorem. A czasem na wszystko naraz. Tradycyjnie odbywają się tu bale z okazji 11 listopada. Pani domu ze śmiechem wspomina zabawne zamieszanie, które powstaje, gdy część zaprzyjaźnionych gości wchodzi znanym sobie wejściem od kuchni, inni tym oficjalnym. Ale i tak wszyscy w końcu się spotykają.


Tekst Katarzyna Mackiewicz
Stylizacja Dorota Karpińska
Zdjęcia Aleksander Rutkowski
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/12 lat temu
piękne miejsce na ziemi