wnętrze, ludzie mieszkają, wystrój, dom architekta fot. Michał Przeździk

Dom architekta

Polski architekt zaprojektował i urządził dom dla swojej rodziny. Nie bał się zestawienia wielkiego designu ze zwykłymi, ekstrawagancko pomalowanymi meblami. Litego drewna z plastikiem. Łamanie zasad bywa fascynujące.
/ 11.03.2010 16:00
wnętrze, ludzie mieszkają, wystrój, dom architekta fot. Michał Przeździk
Powierzchnia 380 metrów kwadratowych i żadnych schodów (z wyjątkiem trzech stopni z tarasu do ogrodu)! Urządzając takie wnętrza, można sobie poszaleć – mówią Joanna i Tomasz Wuczyńscy, którzy postanowili zamienić niewielki szeregowiec na dom pod miastem. Obszerny, parterowy budynek na planie litery L, otwarty na ogród, sąsiaduje z parkiem krajobrazowym. Za oknami jest widok na las i malownicze, stare drzewa.

W poprzednim domu mieli tylko 150 m2 (bardzo racjonalnie wykorzystanych) i strome schody. Stąd muszą wszędzie dojeżdżać, za to jest więcej przestrzeni i żyje się bliżej przyrody. Już się przekonali, że z dziećmi, 8-letnim Antosiem i 3-letnim Jankiem, z psem i kotem na poziomie parteru mieszka się o wiele wygodniej. Połączenie czerni i bieli święci triumfy we wnętrzach – właściwie tak powinnam zacząć tekst o domu Joasi i Tomka, bo to było pierwsze, co pomyślałam, wchodząc do środka. Od razu zauważa się czarną podłogę, kontrastującą z białymi płaszczyznami ścian i sufitów. Zasłony w salonie też są czarne; na tle białych ścian stoi czarny fotel i pianino. W kuchni błyszczącą biel lakierowanego MDF-u przełamują blaty i ściany z czarnego Corianu . – Czarny kolor chodził za nami – mówi Tomek, z zawodu architekt, właściciel pracowni Grupa +. Wymarzyli sobie bardzo ciemną podłogę. Mieli różne pomysły: wylewka betonowa, płytki, szary piaskowiec. Wszystko upadło w momencie, kiedy znaleźli czarny parkiet niemieckiej firmy Parador, z widocznym rysunkiem drewna. Ułożony w jodełkę, ma klasyczny wzór i zupełnie nieklasyczny kolor. – Kuchnia miała być nowoczesna, prosta i duża, bo to tu się toczy nasze życie – wyjaśnia Joasia. – Często mamy gości, urządzamy grupowe gotowanie i wszyscy muszą się zmieścić. Dlatego kupili wielki stół, który po rozłożeniu ma 3,8 m długości, dwie lodówki, dwa zlewy i postawili obszerną wyspę, wyposażoną w dwie płyty ceramiczne, stalową płytę Tepan (rano służy do smażenia jajek na bekonie, a wieczorem – krewetek z czosnkiem) oraz wok indukcyjny, idealny do przyrządzania orientalnych potraw. Okap nad wyspą też jest duży (wybrali największy z możliwych) i co ważne – naprawdę pracuje cicho. Urządzenia do gotowania sąsiadują z rzędem połyskujących plastikowych krzeseł przy barku. Tutaj jada rodzina; gości przyjmuje się w połączonej z kuchnią jadalni, przy czarnym stole „Lord Geritt” włoskiej firmy Tonon. To luksusowy mebel. Żeby nie wyglądał zbyt pompatycznie, Joasia ustawiła przy nim zwyczajne krzesła z Radomska, które pomalowała na różowo. Każde jest trochę inne i każde ma inny odcień. – Zabieg był skuteczny – uważa Tomek. – Lord stracił nieco ze swego nadęcia, a zbiór różnych krzeseł, w różnych odcieniach tego samego koloru, wygląda intrygująco. Kojarzy się z grupą ludzi (podobnych, a jednak zupełnie różnych), którzy gromadzą się przy naszym stole.

Dlaczego akurat róż? Bo oboje lubią zderzać różne światy, a róż wnosi inność do wnętrza, w którym bazą jest czerń. Rozwesela je. Zresztą, różowy jest też pudel na obrazie Magdaleny Dukaczewskiej, zawieszonym w kuchni. – Ta młoda artystka kiedyś miała wystawę w szkole naszego syna – opowiada Tomek. – Zobaczyłem tego pudla i pomyślałem: rany, on by nam pasował, ale zaraz o tym zapomniałem i wyszedłem. Moja żona, nic o tym nie wiedząc, tego samego popołudnia wróciła do domu z obrazami Dukaczewskiej. – Nie mogłam się zdecydować, który wybrać, więc kupiłam wszystkie – oświadczyła. Oprócz pudla, mają na ścianie jeszcze szarpeja i chow-chowa. W nowoczesnym wnętrzu, poza tradycyjnymi obrazami, ważnym elementem okazały się... stare, wysłużone meble po dziadkach – sofa akurat zmieściła się pod oknem, a serwantka zdobi jadalnię. Bez niej pokój, w którym, poza stołem, stoją jeszcze czarne moduły USM z chromowanych rurek i szklanych paneli, byłby zimny, wręcz anonimowy.

Salon to teatr. Takie odnoszę wrażenie, patrząc na białą więźbę pod sufitem. – Przemalować na biało drewniane belki? Fachowcy powiedzieli, że to barbarzyństwo, kiedy postawiłem przed nimi puszki z farbą – wspomina architekt. Bali się, że zaraz każe im wszystko zeskrobywać. Ale Tomek z Joasią byli zachwyceni. Więźba zrobiła się lżejsza i stała się naturalną częścią wnętrza; teraz jest bardziej konstrukcją techniczną niż ozdobą. W salonie też bywa sporo gości, dlatego sofa ma cztery metry długości, jest obita naturalną skórą i pasuje do klasycznych foteli „Fourline” firmy Arflex (zaprojektowanych w 1949 roku!), które przywędrowały tutaj z poprzedniego domu właścicieli. Czarno-białe wnętrze rozwesela czerwony dywan, kupiony po 20 godzinach pertraktacji w Istambule, marokańskie stoliki, złote lampy i kolorowe grzbiety książek, ustawione na półkach wysokiej biblioteki, sięgającej niemal sufitu.

– Wnętrze domu nie jest zimne, dzięki starannie dobranym barwom, które dopełniają czarno-białą kompozycję – tłumaczy Tomek. Siedząc na czarnej sofie w pokoju telewizyjnym, widzi się kolorowe lampy Kartella, które zdobią gabinet Joasi, obok czerwony fotel, a na ścianie – barwne plakaty z Muzeum Architektury w Wiedniu. Pełna humoru jest też olbrzymia lampa „The Great One” (Luxit), czyli wielokrotnie powiększona zwyczajna lampa na biurko. – Niełatwo ją przesunąć, bo ma 200-kilogramową podstawę – zauważa Joasia. – Dzięki niej się nie przewraca, kiedy kręcimy jej elastycznym ramieniem na wszystkie strony, żeby światło docierało tam, gdzie akurat jest potrzebne. Dla odmiany ozdobą sypialni, poza wielkim łóżkiem, w którym z powodzeniem mieści się cała czteroosobowa rodzina, są małe lampki „Lucellino”, w formie uskrzydlonej żarówki, wymyślone przez Ingo Maurera. – Tu też miało być prosto i funkcjonalnie – mówi Joasia. Jedynym meblem pod ścianą jest staroświecka maszyna do szycia, a obok niej „Louis Ghost” – nowoczesne krzesło z plastiku. To znów zderzenie dwóch światów. Przesuwane drzwi Tre-Piú, z przydymionego szkła, prowadzą do minimalistycznej łazienki, w której też stoi tylko jeden mebel. Ale jaki! „Mirrorwall”, zaprojektowany przez monachijczyka Herberta Schultesa. Architekt, zainspirowany lustrzaną taflą w sali baletowej, doszedł do wniosku, że zamiast montować oddzielnie umywalki, szafki, lampy i lustra, co podzieli optycznie ścianę, stworzy z łazienkowych sprzętów jedną prostą całość. W systemie „Mirrorwall” ceramiczna umywalka opiera się na konsoli i odbija w lustrze. Szafka pod konsolą też ma ceramiczny front, więc razem z umywalką daje wrażenie monolitu. Za lustrzanymi drzwiami ukrywają się lampki i półki na kosmetyki. – Nic nie stoi na wierzchu, ale wszystko, co jest potrzebne do codziennej pielęgnacji mamy pod ręką – mówi Joasia. – Urządzając ten dom, wszyscy spełnialiśmy swoje marzenia – wspomina Tomek. Joasia ustawiła sobie w salonie czarny fotel, który kupiła już rok przed przeprowadzką („w Domotece był taki jeden jedyny”, tłumaczyła później), a przy nim stolik-sześcian Kartella na gazety. Tomek i Joanna uparli się i zmienili zewnętrzny wystrój domu – elewacja jest biała, klinkier czarny, a dachówka grafitowa, choć według dewelopera miało być typowo – dachówka czerwona, klinkier żółty, a elewacja budyniowa. Z kolei 8-letni Antek ma nad swoim łóżkiem tapetę z myśliwcem. Bo każdy, kto kiedyś był chłopcem, wie, że o niczym nie marzy się tak jak o lataniu.

Stylizacja Ola Buczkowska, zdjęcia Michał Przeździk