Doktor dekorator

Dwa poziomy, wielki taras. 250 metrów, za oknem powój i glicynie... Rezydencja za miastem? Nie. Mieszkanie w warszawskim blokowisku.
dekorator1.jpgDomownicy to mama, tata, czworo dzieci i niania. Klimat podmiejskiej siedziby stworzyła właścicielka. Z zawodu lekarz weterynarii, z pasji dekoratorka wnętrz. O starych meblach wie wszystko.

O takiej kobiecie mówi się, że ma propellerek. Wysokoenergetyczna – na miejscu nie usiedzi. Jak nie ma zajęcia, to sobie znajdzie. Niedawno postawili drewniany dom na wsi. Trzeba go urządzić. – O, ile roboty! – cieszy się Joanna. Marzy o wyprowadzce daleko poza miasto, ale ten plan musi poczekać, dopóki dzieci nie skończą szkół. Na razie czas dzieli pomiędzy pacjentów, przyjaciół i rodzinę. Pacjenci drapią się, miauczą, szczekają – Joanna jest weterynarzem, jednym z kilku specjalistów dermatologów małych zwierząt.
Urządzanie mieszkania zaczęła od powiększenia wszystkich otworów – zamiast typowych drzwi wstawiono dwuskrzydłowe. Ozdobne futryny wykonano pod jej dyktando. Zniknęło gipsowe pudło klatki schodowej, dolną łazienkę pomniejszono i w miejscu kiszkowatego korytarzyka powstał przestronny hol.
Światło na parter docierało przez loggię, salon był ciemnawy. Na przeszkodzie stała ścianka i wąskie drzwi balkonowe. Loggię oszklono, obniżając krawędź parapetu, ściankę rozebrano, w jej miejsce pojawiły się ażurowe drzwi, składane jak wachlarz. Teraz ta przestrzeń stanowi część salonu – minioranżerię zalewaną potokami światła. Drzwi od niej nie zamyka się nawet zimą. Na piętrze powtórzono ten zabieg: w miejscu dawnej loggii młodsze dzieci mają sypialnię otwartą na pokój do zabawy.
Parkiet z jesionowego drewna został rozjaśniony bejcą, by uzyskać kolor śmietany. Na ścianach stiuk – aksamitna, matowa gładź. Kolor limonki przetarty delikatnie, jakby nakładano go małym pędzelkiem. Kominek jest dziełem „artysty-murarza”, jak sam się przedstawił polecony przez znajomych majster. I rzeczywiście. Spośród wszystkich fachowców, którzy przewinęli się przez dom Joanny – ten okazał się najlepszym nabytkiem. A przecież w tym domu co drugi mebel wisi na opak, a niemal wszystkie to puzzle z meblowych „resztek”, ocalonych przez Joannę. Weźmy dwa niewielkie witraże z motywem leśnych dzwonków – kupiła je na targu staroci. Natychmiast w głowie powstał projekt szafki kuchennej z witrażykami w drzwiczkach – i oto jest szafka.

Biurko w sypialni zaczęło się od kupna dębowej płaskorzeźby z przepiórkami – trudno dziś zgadnąć, jakiego mebla była częścią. Do detalu, szczątku mebla wymyśla resztę. Powstają hybrydy, jedyne takie na świecie, bo własne. Koleżanka przyniosła znalezioną na śmietniku zieloną paterę. Wiedziała, komu ją podarować – oto i lampa kuchenna. Żadna z marmurowych lamp modernistycznych nie była kompletna, mosiężne detale dorabiał fachowiec. Z czasem także mąż Joanny zaraził się entuzjazmem do urządzania domu. Stara szafa z pięknymi drzwiami nie zmieściła się na podeście – wbudowali ją we wnękę, zostawiając ozdobne lico mebla na wierzchu.
W komisach meblowych i na bazarach kupowali kawałki mebli, zdewastowane resztki. Zaufany stolarz według projektu Joanny dorabiał nóżki, półki, zwieńczenia. Czasami powieszenie mebla do góry nogami dawało ciekawy efekt. Intarsjowany karnisz przywieźli z giełdy antyków, która co roku we wrześniu odbywa się w Jeleniej Górze. Karnisz był za krótki – znaleźli stolarza, który dosztukował brakujący metr. Nie do rozpoznania. – Kłopot w tym, że nie potrafię rysować – mówi Joanna. – Ale mam wyobraźnię przestrzenną. Dlatego zamiast rysunku wolę zrobić dla stolarza model mebla z tektury.
Na ścianach obrazy z rybami, ulubionym motywem Joanny. W holu kolorowe „Rybki” – gwasz Jana Młodożeńca. W salonie pastele Daniela de Tramecourt i grafiki kupione na aukcjach w szkole „Przymierza Rodzin”, do której chodzą dzieci. W pokoju niani – piękna „Wieża Babel” Józefa Wilkonia i dwie ilustracje Elżbiety Gaudasińskiej. Wreszcie, na schodach, plakaty Hundertwassera – pamiątka ze studiów Joanny i Rolanda w Wiedniu.
– Chciałam być scenografem albo weterynarzem – mówi Joanna. – Wybrałam weterynarię, bo wydziału scenografii nie było wówczas w Warszawie. I dobrze się stało. Teraz mogę zajmować się „scenografią” wnętrz amatorsko, po pracy w lecznicy. A będąc scenografem, nie mogłabym hobbystycznie leczyć zwierząt.
W domu panuje wieczny ruch – starsze dzieci uparły się odrabiać lekcje na stole w salonie, chociaż każde z nich ma swój pokój. Maluchy jeżdżą na rowerkach. Zwierzęta domowe domagają się uwagi (oprócz dwóch psów mieszkają tu także: dwa koty, świnka morska, para opalizujących raków z Florydy, pięćdziesiąt ryb i tuzin krewetek). Troje dzieci uczy się gry na instrumentach – w domu są dwa pianina, Tymoteusz jest uczniem szkoły muzycznej w klasie klarnetu. Joanna wozi je do szkół muzycznych, pracuje, uczy się włoskiego, podejmuje gości, urządza wiejski dom (podpatrując detale w podlaskich skansenach) i rozsyła pocztą pantoflową wiadomość, że szuka szklarza, który dorobi brakujące szybki do ozdobnego XVII-wiecznego piecyka.
Dom żyje tak długo, jak długo się zmienia. – mówi. – Kiedy przestaje się zmieniać, wszystko w nim cichnie, stygnie, zamiera. Dlatego fotele u mnie bywają raz zielone, raz pomidorowe, a kredensy wiszą raz tak, a raz na opak... Moim dzieciom powtarzam w kółko dwie dewizy: Po pierwsze: „Nie ma rzeczy niemożliwych”. A po drugie: „Pomysł, nie pieniądze!”.

Joanna Olech
Stylizacja Dorota Karpińska
Zdjęcia Aleksander Rutkowski


dekorator01.jpg
Salon i minioranżeria za składanymi drzwiami. Pieczołowicie odnowione stare meble z komisów meblowych i pchlich targów dają poczucie zasiedzenia: tradycji, bezpieczeństwa. Ich solidny charakter przełamują współczesne detale: nowoczesna grafika, pastelowe kolory

Obszerna kuchnia z widokiem na zielony taras i fragment jadalni. Po prawej – słupek od starego kredensu, z dorobionymi przez właścicielkę półkami na kasety. Na pierwszym planie XVIII-wieczny piecyk emaliowany czeka na szybki z miki

Jadalnia w oszklonym wykuszu. Wykusz (wynalazek Anglików) pogłębia iluzję, że to stare wnętrze. Rozmiar w sam raz dla siedmioosobowej rodziny. Tu się jada w weekendy, tu gospodarze cztery razy w roku wydają obiady dla przyjaciół: wiosenny, letni, jesienny i zimowy

W kuchni rzeźbione płyciny, uratowane ze zniszczonych mebli, posłużyły za materiał do nowej aranżacji szafek. Pośrodku – szafka ze starymi witrażykami. Pod sufitem – lampa ze znalezionej na śmietniku patery
dekorator11.jpg
Przedpokój (w głębi kuchnia). Jasne podłogi i ściany stanowią tło dla dębowych odrzwi z ubiegłowieczną snycerką. Stolarski odpowiednik patchworku – utylizacja meblowych resztek

„Odchudzona” szafa: w miejsce pełnego drewna pojawiła się przeszklona kratownica z kretonowymi zasłonkami. Na pierwszym planie – podręczny stolik na szybkie śniadania
dekorator09.jpg
Stolarka z reguły zdradza charakter i wiek wnętrza. W przedpokoju stalowe drzwi zniknęły w kostiumie z patynowanego dębu. Nad drzwiami – nadstawka kredensowa wisi... na opak
dekorator07.jpg
Sypialnia. Ścianka za łóżkiem ukrywa garderobę i łazienkę. Zasłony uszyte ręcznie (!!!) przez Joannę. Nadstawka starego kredensu, po rozwodzie z ciężką podstawą, zawisła do góry nogami
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (8)
/13 lat temu
tylko pozazdrościć Rolandowi
/13 lat temu
Bardzo,bardzo w moim stylu. Też będę chciała tak urządzić w niedalekiej przyszłości kupiony stary dom.
/13 lat temu
Nie w moim stylu, ale mieszkanie piekne i przypomina mi dom mojej babci.
POKAŻ KOMENTARZE (5)