„Zamieniłam tycie na życie”. Monika Honory schudła 40 kg w 10 miesięcy. Jak to zrobiła?

Jak schudnąć skutecznie - to pytanie zadaje sobie codziennie tysiące kobiet. Monika Honory zna na nie odpowiedź, ale… by ją poznać sporo wycierpiała, wiele diet przeszła, wiele razy efektu jo-jo doświadczyła. Szczegóły zdradziła Annie Maruszczeczko w Urodzie Życia 10/2018.
Joanna Germak / miesiąc temu
„Zamieniłam tycie na życie”. Monika Honory schudła 40 kg w 10 miesięcy. Jak to zrobiła? fot. Jacek Piątek/Uroda Życia

Jej apogeum to 111 kg po ciąży, teraz waży 63-65 kg i trzyma wagę! Jak jej się to udało?
„Zaczęłam od rzeczy bardzo trudnej. Pogadałam z lustrem. Osoby otyłe nie lubią luster. Często korzystają z małych lusterek, żeby widzieć tylko twarz, żeby ciała nie oglądać. I ryczałam, bo lustro obnażało moją porażkę” - mówi Monika Honory.
Stworzyła własny oparty na doświadczeniach z jej życia program redukcji wagi, napisała 6 książek o zdrowym stylu życia, a jej grupa na Facebooku - ZUPOMANIA® - Monika Honory odchudza - ma ponad 120 tys fanów.

Pochwała krągłości. Dlaczego kobiety wierzą, że chude jest piękne? O tym, co jest sexy rozmawiamy z psychologiem

Cały wywiad znajdziecie w październikowej Urodzie Życia - w sprzedaży od 13 września, a niżej fragmenty rozmowy red. naczelnej magazynu Anny Maruszeczko z Moniką Honory.

Anna Maruszeczko: Ile kilogramów zrzuciłaś?

Monika Honory: 40, chociaż zakładałam 35.

Kiedy?

Zaczęłam cztery lata temu. Schudłam w 10 miesięcy.

Jaka jest twoja „otyła przeszłość”? Dlaczego przytyłaś?

Nie pamiętam siebie szczupłej, choć urodziłam się z prawidłową wagą. Z perspektywy czasu widzę, że miałam tendencję do spowolnionego metabolizmu, a z drugiej strony uwielbiałam smakować różne rzeczy. Nie napychać się, przejadać – takiej siebie w ogóle nie pamiętam – byłam tylko bardzo pozytywnie nastawiona do jedzenia. Rodzice dosyć szybko zaczęli reagować. Zaprowadzili mnie do poradni dietetycznej, gdzie dostałam kartkę z wytycznymi, czym i o której mam być karmiona. Nie mogłam tego zrozumieć. Rodzice nigdy nie naciskali, nie mówili mi, że to problem. Tłumaczyli raczej, dlaczego chcą u  mnie wprowadzić jakieś drobne zmiany. Chodziłam wtedy do zerówki i mama mówiła: „Wiesz, łatwiej ci będzie robić fikołki” etc.

Moja otyłość przesłaniała mi życie. Waga mnie określała, a ja nie znałam sposobu, żeby samej określić tę wagę.

Kiedy twoja nadwaga stała się dla ciebie źródłem cierpienia?

Bardzo szybko. Chociaż starałam się to zakamuflować. W pewnym momencie rówieśnicy dawali mi do zrozumienia, że wyróżniam się w sposób negatywny. Gdy zaczęły się dyskoteki, to ja także chciałam być na nie zapraszana. I byłam, ale tylko po to, żeby zmieniać piosenki w  magnetofonie. Ja to dobrze pamiętam: na WF-ie pani mówi, że trzeba podzielić się na dwie drużyny, bo będziemy w coś grać, i  ja zostaję na końcu, nikt nie chce mieć takiej osoby w swojej drużynie. Gdy ma się 14 lat, to bardzo boli. W pewnym momencie rówieśnicy już tak mi dokuczali, że wychowawczyni zwołała zebranie rodziców: „Drodzy państwo, porozmawiajmy o tym, co możemy zrobić, żeby uczniowie przestali dokuczać Monice”. Nie byłam jakimś monstrum, ale nie byłam tak szczupła jak oni.

Jak ty o sobie myślałaś?

Że odnoszę porażkę. Moja otyłość przesłaniała mi życie. Waga mnie określała, a ja nie znałam sposobu, żeby samej określić tę wagę.

Monika, ale ty ułożyłaś sobie życie pomimo nadwagi. Wyszłaś za mąż.

Ale męża poznałam, ważąc 78 kilogramów, bo akurat byłam na jednej z diet. On mnie taką poznał. Pamiętam czas zakochania, euforii... Nie wtajemniczałam go, jak funkcjonuję, z czym na co dzień walczę. Nie mogę powiedzieć, że zataiłam to przed nim, ale to nie był temat, którym się chciałam na starcie pochwalić. Oczywiście dręczyły mnie myśli typu: „Jak będzie wyglądała nasza relacja, gdy zacznę tyć?”. I zaczęłam tyć. Po kilku miesiącach, gdy zaszłam w ciążę. Po porodzie ważyłam 111 kilogramów. W  jednej i w drugiej ciąży przytyłam 40. Tak zareagował mój organizm.

I zawsze pojawiał się efekt jo-jo?

Zawsze.

Co się czuje, gdy podejmuje się to wyzwanie, mobilizuje się wszystkie siły fizyczne i psychiczne, zawiesza normalne funkcjonowanie, czasem głoduje, wreszcie chudnie, a potem kilogramy wracają?

Z perspektywy czasu widzę, że dla mnie najgorsze nie były diety, chociaż czasem sięgałam po drastyczne środki, ani głód, ani mordercze ćwiczenia, ani płukanie okrężnicy, ani środki na pobudzenie biegunki, bo ja jestem uparta cholera, gdy mam swój cel, to mam swój cel. Zawsze wiedziałam, że ja to przetrwam, zamknę się w tym swoim świecie i  przetrwam. Najgorsza była właśnie psychiczna konsekwencja efektu jo-jo. Wyobraź sobie, że masz sukces, konsumujesz go, kupujesz sobie tę wymarzoną kieckę, znajomi klepią cię po ramieniu, inni patrzą na ciebie i mówią: „O, jak się na twarzy zmieniłaś”, zaczyna ci pasować ta fryzura, o której zawsze marzyłaś, i w końcu wkładasz tę seksowną bieliznę i biegniesz do autobusu pół kilometra bez zadyszki, czyli już masz to, czego nie miałaś przez mordęgę otyłości, i w pewnym momencie dochodzi do głosu twój organizm i mówi ci tak: „OK, ty rządziłaś mną przez ostatnie miesiące, zrobiłaś mi to, co zrobiłaś, to teraz piłeczka jest po mojej stronie”. I  zaczyna się bronić – magazynować, tyć ze wszystkiego, bo wie, że musi się przygotować na kolejną sytuację kryzysową, którą być może mu za chwilę zafundujesz.

„Kiedy życie nie smakuje, musi smakować jedzenie”. Jak wyjść z zaklętego kręgu objadania się?

Czy odchudzając się na tyle sposobów, nie popsułaś sobie zdrowia?

Nie, prócz jednego razu. Obsesyjnie obliczałam kalorie. Jedzenie już nie było przyjemnością, zmieniło się w czystą matematykę. Liczyłam nawet, ile cytryny dodałam do wody. No i wtedy nie wiedziałam, co to jest „efekt plateau” i że waga kiedyś może się zatrzymać. Więc gdy jedna z pań dietetyczek rozpisała mi dietę na 1500 kilokalorii i przestałam chudnąć, to uznałam, że będę mniej jadła i więcej ćwiczyła. Tak doprowadziłam do sytuacji, w której dostarczałam organizmowi 200 kilokalorii dziennie. Nie miałam siły wejść po schodach na pierwsze piętro. Zaczęły się problemy z koncentracją, miesiączka się zatrzymała na ponad pół roku. Pamiętam słowa mojego ginekologa: „Rozumiem, że podjęła pani decyzję, że nie chce mieć pani dzieci w życiu”. To było jak kubeł zimnej wody dla młodego człowieka, bo „co to ma wspólnego?”. Porządnie przestraszyłam się, gdy odkryłam, że zaczynam tracić pamięć, na  trzy miesiące przed maturą. O godzinie 18 nie byłam w stanie powiedzieć, co robiłam tego samego dnia rano.
Tak miałam wyniszczony organizm –  niedożywiony, wypłowiały.

A efekt na wadze?

Nie pamiętam dokładnie, ale każde moje odchudzanie kończyło się na 83 kilogramach.

Katowałaś się.

Kobiety potrafią być wobec siebie bardzo restrykcyjne. Gdy założyłam sobie, ile dziennie mam chudnąć – o zgrozo, nadal funkcjonują takie gabinety, w których dietetycy określają, ile dekagramów dziennie powinno się schudnąć! – to gdy zważyłam się wieczorem i okazało się, że tyle nie schudłam, stosowałam kary wobec siebie w kolejne dni. Albo totalna głodówka, albo morderczy trening.Za wszelką cenę chciałam udowodnić, że to ja panuję nad organizmem, a nie na odwrót. Nieustająca walka.

„To, że coś jest bezglutenowe, ekologiczne czy wegańskie nie znaczy, że nie tuczy”. Jak zatem się odchudzać, by schudnąć?

Ale ty znalazłaś sposób. Postawiłaś na zupy. Aż trudno uwierzyć, że to takie proste.

Nie od razu. Szukałam odpowiedzi na pytanie: „Co zrobić, żeby organizm sam zaczął chudnąć, nie za pomocą tabletek?”. „Pobudź metabolizm, bo prawdopodobnie masz spowolniony”, myślę. A  że ja przez 10 lat pracowałam na rynku SPA, uczyłam zabiegów kosmetycznych, masaży, już wiedziałam, że zanim zaczniesz nawilżać czy działać antycellulitowo, przeciwstarzeniowo etc., to musisz poddać się zabiegom oczyszczającym. Żeby mieć dobry grunt. Z organizmem jest tak samo. Różni ludzie polecali mi różne specyfiki. Ja jednak chciałam naturalnie. Postanowiłam jeść najlżejsze dla organizmu produkty, ale bogate w wartości odżywcze i właśnie oczyszczające. Doszłam do tego, że to musi być zupa. I potem zgłębiałam temat, jak zdrowo gotować zupę, ile jej jeść etc.

Zostałaś królową zup! To twoja autorska metoda?

Tak. Gdy zaczęłam to wymyślać, to się nie nazywało programem „Przemian wg Moniki Honory”, podzielonym na etapy itd. Byłam dla siebie królikiem doświadczalnym. Uczyłam się na błędach. Co ważne, pierwszy dzień odchudzania musi być pierwszym dniem dbania o  ciało, żeby nie było wisiorów. (śmiech) Od początku też bardzo zaczęłam dbać o swoją kondycję psychiczną. Chciałam być przygotowana na wszystkie trudności: co zrobię, gdy waga się zatrzyma, jak się będę wspierać, gdy stracę motywację, kto mnie będzie wspierać, po jakie narzędzia sięgnę. Nie kryję, że byłam bardzo na sobie skupiona. Mój mąż, moja mama, tata przejęli część moich obowiązków. Bo bywało, że pięć, sześć godzin dziennie poświęcałam na przykład na czytanie, porównywanie. Ile to było konsultacji, surfowania w internecie! Pochłaniałam wiedzę.

Do dziś schudło ze mną około 30 tys. osób. W samej grupie na FB w zeszłym roku zgubiliśmy 58 ton.

Masz pewność, że schudłaś skutecznie? Czy to nie jest tak, przepraszam za porównanie, jak z trzeźwym alkoholikiem?

Trochę tak jest. Otyłość jest też chorobą psychiczną. Jedzenie może być uzależniające tak samo jak alkohol, papierosy czy narkotyki, hazard. Ale dla osób otyłych jest dużo mniej terapii. Wiem, że już zawsze muszę być czujna i  uważna. Ale teraz nie boję się efektu jo-jo, czuję szacunek i respekt dla organizmu i jego potrzeb. Potrafię o niego zadbać.

Od trzech lat pomagasz innym, dzieląc się swoim doświadczeniem. Tak samo skutecznie jak sobie?

Niech przemówią liczby. Do dziś schudło ze mną około 30 tys. osób. W samej grupie na FB w zeszłym roku zgubiliśmy 58 ton. Mogłam to schować do ciemnej szuflady i powiedzieć: „Schudłam, bo schudłam”. Ale nie chciałam, wtedy chyba nie mogłabym spać, bo wiem, jak ludzie cierpią. Po jakiejś konferencji zaczepiła mnie jedna z uczestniczek: „A ja schudłam 55 kilogramów i się tak tym nie chwalę jak pani”, na co ja: „I to jest błąd, bo opowiadając, może by pani kogoś uratowała”. Ludzie się identyfikują z tym, co piszę, mówię: „Słucham cię, jakbym słuchała siebie”. Opowiadanie o genezie mojego programu „Przemian...” jest moją pasją, która z czasem stała się też pracą. Stałam się ekspertem do spraw holistycznego odchudzania.

Zobacz!
Wywiad z Natalią i Pauliną Przybysz w Urodzie Życia
Droga do samoakceptacji jest długa. Modelki plus size coś o tym wiedzą.

Polecamy cały numer Urody Życia 10/2018

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)