Bracia - Piotr i Wojtek Cugowscy

Przeczytajcie, bo będzie o nich coraz głośniej. Na tegorocznych festiwalach – TOPtrendy w Sopocie i Polskiej Piosenki w Opolu zgarnęli prawie wszystkie możliwe nagrody.
/ 14.07.2008 12:59
Piotr i Wojtek Cugowscy w VIVIE! opowiadają o tym, co ich boli, a na co już dawno machnęli ręką.

Z braćmi spotykamy się w jednej z warszawskich restauracji. Na powitanie obaj szarmancko całują mnie w rękę. „Tysiące fanek chciałoby być na moim miejscu”, mówię. „Nie żartuj!”, śmieją się. Ja nie żartuję. Grono fanek („i fanów też”, wtrąca Wojtek) jest coraz liczniejsze. Ale zdarzają się też tacy, którzy uważają, że Bracia wszystko, co osiągnęli, zawdzięczają ojcu i nazwisku, które noszą.

– Często spotykacie się z zawiścią?
Piotr Cugowski: Zdarza się. Zawiść to taka nasza narodowa cecha. Jak tylko ktoś się wychyli ponad przeciętność, od razu się zaczyna. Gdy z Wojtkiem nie odnosiliśmy sukcesów, to ludzie mówili, że tata blokuje naszą karierę. Jak sukces stał się naszym udziałem, to mówią, że to też przez niego. Mimo wszystko myślę, że nadchodzi dla nas dobry czas.

– Mówisz o tym tak spokojnie. Nie jesteś czasami wściekły?
Piotr: Do zawiści zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Obaj doświadczyliśmy jej już w szkole. Wojtek ma tu coś więcej do powiedzenia, bo jego przygoda ze szkołą trwała dłużej niż moja.
Wojtek Cugowski: Żeby być sprawiedliwym, muszę powiedzieć, że nie byliśmy aniołkami. Nie przykładaliśmy się zbytnio do nauki. Zdarzali się jednak nauczyciele, którzy byli nam przychylni...
Piotr: ...i którzy byli usuwani ze szkoły zbyt szybko.

– Dlatego, że byli Wam przychylni?
Wojtek: Nie tylko nam. Wszystkim uczniom.
Piotr: Uczyli rok bądź dwa, a potem znikali ze szkoły. A to dzięki nim okazywało się nagle, że uczeń, który ma same tróje, może dostać i piątkę. Widocznie to się nie podobało.
Wojtek: Jak się ma 10 czy 11 lat, to takie sytuacje bardzo się przeżywa. Szkoła odcisnęła na nas negatywne piętno.

– Co to znaczy?
Wojtek: Chodziliśmy do szkoły muzycznej. Oprócz przedmiotów ogólnokształcących uczyliśmy się teorii muzyki, każdy z nas musiał grać na dwóch instrumentach. Przez osiem lat grałem na skrzypcach, a potem na altówce. Do tego obowiązkowy był fortepian, którego nienawidziłem. We wrześniu przychodziłem na pierwszą, drugą lekcję fortepianu, a później robiłem sobie na przykład dwa miesiące przerwy. Nauczycielka była złotym człowiekiem, to dzięki niej nie wyleciałem ze szkoły, choć pewnie powinienem. Ale większość pedagogów była do nas uprzedzona i nas gnębiła. Pamiętam taką godzinę wychowawczą w całości poświęconą mojej osobie. Pojawił się nawet zarzut, że chodzę w złych butach. W tamtych czasach, jak ktoś miał białe adidasy, to był szał. U nas w sklepach nie było nic, a tata przywoził nam z podróży najróżniejsze rzeczy: buty, fajne ciuchy. I to kłuło w oczy. Dzisiaj z takiej lekcji po prostu bym wyszedł. I na pewno będę pilnował, jak będę miał swoje dzieci, żeby do takich sytuacji nie dochodziło. Oczywiście tata próbował interweniować, ale niewiele to pomagało.

– Może byliście gnębieni, bo Wasz ojciec był sławny?
Wojtek: Gnębieni to za duże słowo, raczej „mało lubiani”. Atmosfera w szkole była niedobra i ja to wszystko wspominam bardzo źle.
Piotr: Musiałem przenieść się do innego liceum. Ale ta szkoła choć trudna, to dała mi dobre podstawy muzyczne, mimo że nie kształciła w kierunku muzyki rozrywkowej.

– Ale Wy nie gracie muzyki rozrywkowej.
Piotrek i Wojtek: (chórem) Oczywiście, że gramy!

– Hard rock jest muzyką rozrywkową?
Piotr: Jest! Od zawsze. Nie kłóć się z nami.
Wojtek: Musisz pójść kiedyś na koncert rockowy. Wtedy zobaczysz, jak ludzie się bawią. Jakie tam panują emocje.
Piotr: To jest totalnie rozrywkowa muzyka.

– A Wy jesteście rozrywkowi?
Piotr: O mnie nie można tego powiedzieć. Moi bliscy mówią, że jestem strasznym smutasem.
Wojtek: Tak, tak! Jesteśmy strasznie smutni (śmiech). Poza tym co to znaczy rozrywkowi?

– Sex, drugs and rock and roll.
Piotr: Wszystko w granicach rozsądku.
Wojtek: Z dragami nie mieliśmy nigdy do czynienia. Czasami lubimy się napić.
Piotr: Wszyscy jesteśmy rockandrollowcami, bo większość społeczeństwa albo lubi się napić, albo zapalić papieroska. Jeśli myślałaś, że codziennie się upijamy, ćpamy i tego typu rzeczy, to wyprowadzam cię z błędu. Gdy gra się tak, jak my – bardzo dużo koncertów, nie ma czasu na takie rzeczy. Nie mogę przegiąć z używkami, bo wysiadłby mi głos. Przez te kilka miesięcy, kiedy jesteśmy w trasie, nie zaglądamy do kieliszków.

– Jak wygląda życie rockandrollowca?
Piotr: Jest strasznie nudne!
Wojtek: Piotrek mówi prawdę. Jest naprawdę nieciekawe.
Piotr: To przede wszystkim nieustająca praca. Mamy to szczęście, że nasza praca jest naszą pasją. Okropne są tylko podróże między jednym a drugim koncertem, te godziny spędzone w samochodzie.

– Ciągłe podróżowanie i przebywanie poza domem nie wpływa dobrze na życie prywatne.
Wojtek: Gdy jedziemy w trasę, to najgorsza jest tęsknota. Przecież tyle czasu spędzamy poza domem. I nam, i naszym domownikom nie jest wtedy łatwo. Moja dziewczyna Krysia zawsze przeżywa te rozstania. Dlatego często zabieram ją ze sobą. Ostatnio byliśmy razem na TOPtrendach w Sopocie.

– A co będzie, gdy pojawią się dzieci?
Wojtek: Nie wątpię, że gdy się pojawią, zmienią nasze życie. Ale na takie rozważania jest na razie za wcześnie. Poza tym jeżeli partnerzy bardzo dobrze się rozumieją, jeżeli wiedzą, czego chcą, to nie ma problemu. Jeżeli trzeba będzie jechać z dziećmi, to pojedziemy. Wiem jedno, że moja rodzina będzie dla mnie naj, naj, najważniejsza.

– Dla Waszego taty rodzina nie była sprawą priorytetową?
Wojtek: Myślę, że rodzina była dla niego bardzo ważna. Niestety, życie ułożyło się tak, a nie inaczej. Wcale nie trzeba być muzykiem, żeby małżeństwo czy związek się rozpadły.

– Wojtek, słyszałam, że masz zamiar się oświadczyć.
Wojtek: Czytałem o tym w Internecie. Podobno kupiłem już nawet pierścionek zaręczynowy.Krysia jest kobietą, z którą chcę spędzić resztę życia, mieć dzieci. Poznaliśmy się trzy lata temu we Wrocławiu. Zarówno ona, jak i ja byliśmy w innych związkach. Była potężna burza, ale chcieliśmy być razem. Przeprowadziłem się do Wrocławia, spędziłem tam cztery i pół miesiąca, potem wróciłem do Lublina. Może dlatego, że nie do końca rozliczyliśmy się ze swoją przeszłością. Musiałem sobie wszystko poukładać, pobyć sam ze sobą. Po jakimś czasie wróciliśmy do siebie. Teraz Krysia mieszka ze mną w Lublinie.

– To jacy są bracia Cugowscy?
Piotr: Trudno mi mówić o sobie.
Wojtek: Różnimy się od siebie w bardzo wielu kwestiach. Piotrek jest bardziej porywczy, niecierpliwy. Ja z kolei wolę sobie poukładać w głowie, powolutku, pewne sprawy przemyśleć. To jest taka najbardziej widoczna różnica między nami.

– Ścinacie się czasami, jeśli chodzi o Waszą karierę?
Wojtek: Rzadko. Wyrośliśmy w tym samym domu, wychowaliśmy się na tej samej muzyce.
– A gdy byliście młodsi, nigdy nie szarpaliście się za włosy, się nie biliście?
Wojtek: Jak mieliśmy po siedem, osiem lat, to się oczywiście awanturowaliśmy. Ale nie było nigdy tak, że się okładaliśmy pięściami. Poza tym mama zawsze stała na straży i pilnowała, żeby między nami było dobrze. Piotrek twierdzi, że ja jako starszy brat dawałem mu oparcie. Zawsze mógł na mnie liczyć i może do tej pory. Wiem, można mieć takie wrażenie, że nasze życie, nasz zespół to jedna wielka idylla…
Piotr: ...ale my jesteśmy po prostu dojrzałymi facetami i staramy się wszystko przyjmować z dystansem. Nawet sukcesy. Sukces przemija, a zostaje tylko rozgoryczenie.

– Na razie Wam to raczej nie grozi.
Piotr: Obyś miała rację.

– Kiedy wpadliście na pomysł wspólnego grania?
Wojtek: Najpierw działaliśmy oddzielnie, a potem uznaliśmy, że byłoby fajnie, gdybyśmy grali razem. Zaczęliśmy grywać w klubach w Lublinie. Piotrek śpiewał, ja grałem na gitarze. Przez nasz zespół przewinęło się chyba 15 osób, zanim ustalił się skład, o jaki nam chodziło.

– Wasza mama nie protestowała, kiedy okazało się, że macie taki pomysł na życie?
Wojtek: Nigdy nie powiedziała, że to jest złe. Każdy zawód niesie ze sobą jakieś ryzyko. Sztuką jest tego ryzyka unikać.

– A tata jest z Was dumny?
Wojtek:
Tak. Może nie potrafi powiedzieć wprost: „Moi synowie są świetni, najlepsi” i tak dalej, ale wiemy, że on nam bardzo kibicuje. I to wystarczy.

– W każdym artykule na Wasz temat pojawia się takie zdanie: „Piotr i Wojciech Cugowscy, synowie Krzysztofa Cugowskiego”...
Piotr:
Jeśli chcesz wiedzieć, czy nas to wkurza, to powiem, że nie. To jest właśnie ten ciężar, z którym musimy się mierzyć na co dzień. Nie jesteśmy jednak donkiszotami i nie będziemy walczyć z wiatrakami.
Wojtek: Od tego się nie da uciec, więc nie uciekamy. To jest sprawa oczywista, my jesteśmy synami Krzysztofa Cugowskiego, ale uważamy, że niekoniecznie trzeba to na każdym kroku podkreślać. My nie konkurujemy z ojcem, o co też często jesteśmy pytani, robimy zupełnie inną muzykę dla zupełnie innej publiczności.

– Jak rockandrollowcy odpoczywają?
Piotr:
Najchętniej w rodzinnym mieście. Tam znam niemal każdy kąt. Mam swoich bliskich, przyjaciół, znajomych. W Lublinie czuję się dobrze, mogę pochodzić w szlafroku...

– ...w szlafroku chodzisz po mieście?
Piotr:
(Śmiech). Po mieście nie. Lubię połazić po domu w szlafroku. Jeżeli mam kilka dni wolnego, to najchętniej nigdzie bym nie wychodził.

– Brzmi mało rockandrollowo.
Wojtek:
Bo my jesteśmy normalnymi ludźmi. Czasem po prostu lubimy posiedzieć w domu, pooglądać telewizję...
Piotr: ...już nawet nie pamiętam, kiedy oglądałem telewizję.

– Macie pieniądze z tego grania?
Piotr:
Na chlebek nam wystarcza. Czasem nawet na chlebek z szynką. Mamy szczęście, że dla pieniędzy nie musimy robić tego, czego nie lubimy, czego nie czujemy. Zarabiamy całkiem nieźle. Od paru lat większość inwestujemy w zespół. Najpierw jeździliśmy tylko jako muzycy. Później dobieraliśmy swojego akustyka, oświetleniowca. Mamy swoją obsługę techniczną. Dzięki temu mamy większy komfort, a każdy koncert jest dopracowany do najdrobniejszego szczegółu.

– Jesteście przygotowani na konsekwencje, jakie niesie ze sobą sukces?
Piotr:
My już przeżyliśmy chwilowe wystrzały popularności i wiemy, czym to się je. Dlatego za wszelką cenę chcemy i będziemy chronić naszą prywatność.

– W Internecie można jednak znaleźć zdjęcia, na których spacerujecie po Sopocie ze swoimi dziewczynami.
Piotr:
Przecież nie będę przykrywał mojej partnerki kocem i nie będę jej podziemiami prowadził.
Wojtek: Ja również nie widzę niczego zdrożnego w spacerze z partnerką po Sopocie. Nie można przejmować się takimi rzeczami i konsekwentnie robić swoje. I my to robimy.

Rozmawiała Katarzyna Zwolińska
Zdjęcia Marta Pruska/Makata
Stylizacja KAROLINA KUKLIŃSKA
Makijaż i fryzury AGNIESZKA JOPKIEWICZ
Dziękujemy restauracji „U kucharzy”, ul. Ossolińskich 7,
tel. 022 213 33 93 www.gessler.pl za pomoc w realizacji sesji.
Dziękujemy firmie Yeti, Jakubowicz i spółka, ul. Kawcza 32 za wypożyczenie wanny retro.

Redakcja poleca

REKLAMA