Grażyna Wolszczak i Cezary Harasimowicz

29.04.2005

Przeczytajcie o dojrzałej miłości utalentowanego scenarzysty i pięknej aktorki.

Liliana Śnieg-Czaplewska: Kiedy ślub? – to pytanie zdaje się ostatnio najczęściej Państwo słyszą?
Cezary Harasimowicz: Fakt, ale na nie nie odpowiadam.
Grażyna Wolszczak: A ja długo żyłam w przekonaniu, że nie ma nic złego w mówieniu o swoich prywatnych sprawach, że właściwie „dlaczego nie?” Przecież nie ma nic złego w zaspokajaniu cudzej ciekawości ani powodu do wstydu. Może moje doświadczenia mogą komuś pomóc, dać do myślenia? Nie byłam w stanie zrozumieć, dlaczego Michał Żebrowski tak strzeże swojej prywatności. Czyżby uważał się za lepszego, ważniejszego od innych? Co mu tak zależy? Wydawało mi się to podejrzane. Po jakimś czasie zmieniłam zdanie, ale ta droga trwała parę lat. Dopiero teraz rozumiem Michała.

– Dlaczego zmieniła Pani zdanie?
G. W.: Bo kłamstwa, głupstwa, jakie o sobie czytałam, a których nigdy nie powiedziałam, psują mi humor, a bliskim sprawiają przykrość.
C. H.: Grażynka jest osobą naiwną. Nie zdawała sobie sprawy, że w czasach, w których żyjemy, życie osobiste stało się przedmiotem obrotu, sprzedaży, czasem targów. Tymczasem pisane słowo ma wciąż olbrzymią wagę. Człowiek nie jest bezludną wyspą. Bliscy czytają głupstwa i boli ich to. O wyssanych z palca operacjach plastycznych, nieprawdziwych planach i innych głupstwach. Więc jak ktoś jest ciekaw, „co u nas słychać”, niech zadzwoni, powiemy mu.
Teraz wszystkich interesuje, kiedy się pobierzemy, a to nasza prywatna sprawa.
G. W.: Wkurzało mojego ukochanego, bo ja próbowałam wymigiwać się bardziej dyplomatycznie. Jak zadzwonił facet z pytaniem: „Kiedy?”, odpowiedziałam mu: „Kiedyś będzie”. Po czym czytam tytuł: „Grażyna Wolszczak wychodzi za mąż”. Zgłaszają się następni: „Czy możemy na państwa uroczystość przyjść z kwiatami?”, „Czy można pani zrobić sesję fotograficzną w białej sukni?”. A ja tylko powiedziałam: „Kiedyś będzie”.

– Pamiętacie Państwo, jak brzmiało zaproszenie na ceremonię wręczenia Telekamer w Sheratonie? Choć Pani Grażyna była świeżo po sukcesie „Wiedźmina”, opiewało na Cezarego Harasimowicza plus osobę towarzyszącą. Jak się Pani czuła w tej roli?
G. W.: Bez uszczerbku na ambicji. Był powód do żartów.
C. H.: Mnie też zdarza się być „dodatkiem”, gdy do Grażyny przychodzą imienne zaproszenia. Bycie osobą towarzyszącą miewa czasem też dobre strony.

– Żadnej rywalizacji, sporów ambicjonalnych? Scenarzysta i aktorka – to w końcu ta sama filmowa branża, gdzie kryteria są ulotne, a o sukces trzeba ciężko walczyć...
C. H.: Myśli pani, że stolarzowi i fryzjerce jest łatwiej? No, może kryteria są mniej płynne.
G. W.: Nie umiałabym dzielić życia z kimś z zupełnie innego kręgu zawodowego, komu byłyby całkowicie obce moje problemy i rozterki.

– Życie jest pasmem kompromisów. Trudno się dopasować ludziom, którzy poznali się w wieku dojrzałym?
G. W.: Nietrudno, bo już wiedzą, co we wspólnym życiu jest ważne, a co nie.
C. H.: Nietrudno, jeśli mają podobne priorytety w życiu i poczucie, że idą w dobrym kierunku. Ja bardzo sobie cenię przyjaźń w jej wszystkich przejawach i odmianach, właściwie mogę nazwać siebie „kolekcjonerem ludzi”, choć brzmi to nie nazbyt fortunnie. Lubię spotkania z ludźmi niezwyczajnymi, właściwie szukam z nimi kontaktu. Z różnych środowisk, innych światów, gdzie nie wykształcenie jest liczącym się kryterium oceny człowieka ani jego konto, tylko barwna osobowość. Grażyna podziela tę moją „filozofię” i sposób widzenia świata.

– Aktorka uczy się roli na głos, pisanie wymaga ciszy i skupienia. Życie pod wspólnym dachem to „trudna rola do zagrania”?
C. H.: Piszę głównie rano, gdy na ogół nikogo już nie ma w domu.
G. W.: Oboje wstajemy rano, pod tym względem też się dobraliśmy: jesteśmy skowronkami, ale ról najczęściej uczę się w teatrze albo na planie, a jeśli w domu coś tam sobie pod nosem mamroczę, nikomu nie przeszkadzam.

– Z jednej strony premiery, bankiety, festiwale, świat filmowej fikcji, z drugiej – ktoś musi zmyć naczynia. Jak dajecie sobie Państwo radę z prozą życia?
G. W.: Czarek wie, że nienawidzę ścielić łóżka i nie ma o to do mnie pretensji. Więc ja bez przykrości załadowuję pralkę i napełniam zmywarkę do naczyń. On za to wspaniale gotuje, i to nie tylko od święta. Genialnie przyrządza sałatki i mnóstwo rodzajów spaghetti.

– Mnóstwo rodzajów?!
C. H.: Umiejętności kucharskie pozostały mi z lat studenckich, gdy na emigracji w latach 70. pracowałem w najelegantszej restauracji Les Ambasadeurs Club w Londynie, w której pracowały wszystkie pokolenia polskiej londyńskiej emigracji. Właścicielem klubu był polski Żyd, który przepadał za Polakami. Wieczorna praca w klubie, od zmywacza do kuchcika, była swego rodzaju stypendium, które otrzymałem od właściciela, aby w
dzień móc studiować. Mój pierwszy scenariusz – „The Liberaton Club” napisałem właśnie o tym. A poza tym tam nauczyłem się cenić ludzi i kuchnię.

– Kuchnię? Podziwiam Państwa linię. I to obojga.
C. H.: To moja zasługa, bo... tak dobrze gotuję.
G. W.: Oczywiście Czarek żartuje, bo gotuje świetnie, nawet jeśli od czasu do czasu coś się nie uda, jak ostatnie risotto z mięsem, migdałami i rodzynkami, bo ryż się zanadto rozkleił. Gdy zapraszamy gości, dzielimy się przygotowaniami. Ja robię jedno, Czarek – drugie. Lubimy wspólne śniadania, a już koniecznie wspólne niedzielne obiady z dziećmi.
C. H.: Wie pani, ja wielką wagę przywiązuję do wspólnych posiłków. Zauważyła pani, że stół ludzi łączy częściej, niż by się zdawało i że ważne spotkania z reguły odbywają się przy nim albo w jego sąsiedztwie?

– Co to jest szczęście? Jaka jest Państwa definicja?
C. H.: Jeśli nie mogę tu w całości przywołać dzieła profesora Władysława Tatarkiewicza „O szczęściu”, to powiem najkrócej. Szczęście to taka sama kategoria abstrakcyjna, jak wiara czy miłość i rozumiem ją jako pewną drogę, proces, a nie jako istniejący w konkretnym czasie i przestrzeni moment.
G. W.: Dla mnie poczucie szczęścia wiąże się z głębokim przekonaniem, że wszystko jest tak, jak trzeba, podąża we właściwym kierunku.
Myślę, że dopiero jak kiedyś, w przyszłości, z tamtego świata spojrzymy za siebie, może będzie wiadomo, czy ta droga miała sens. I dopiero wtedy będzie wiadomo, czy byliśmy szczęśliwi.

– A ja myślałam, że chwile szczęścia to także te ulotne rzadkie chwile z ludźmi miłymi sercu, pod jabłonią w ogrodzie.
C. H.: Nie. To jeszcze nie jest szczęście, co najwyżej jego składowa. Dobre klimaty. Prawdą natomiast jest, że trzeba umieć smakować, doceniać takie chwile. Gdy człowiek odnosi sukces, słyszy słowa uznania pod swoim adresem. To też szczęście, nawet jeśli nie przez duże „sz”, tylko przez małe. Zdarza się, że mówię młodszemu koledze: „Jeśli coś takiego cię spotka, zapamiętaj tę chwilę, jej smak. Ciesz się, bo to rzadkie w życiu. Nie bądź malkontentem, nie narzekaj, że ci się więcej od życia należy”.

– A Pan umie się cieszyć chwilą?
C. H.: Umiem. I małymi radościami.
G. W.: To też mamy wspólne, bo zbyt wielu jest wokół ludzi zgorzkniałych. Wszystko ich denerwuje, nic nie pasuje, nawet jeżeli nie mają powodów do narzekań. Życie im ucieka, nie potrafią go dogonić. My staramy się doceniać to, co mamy.
C. H.: Dam taki przykład. Kolega dostał nagrodę, nazwiska nie wymienię. Jak dzisiaj pamiętam, wrzucił statuetkę do bagażnika ze słowami: „To dla mnie nieważne”. Absolutny szok, że można takiego trofeum nie doceniać. Ja na taką nagrodę ciężko pracowałem długie lata.

– Proszę o chwilę wspomnień. A o czym rozmawialiście Państwo ze sobą, gdy zaiskrzyło?
C. H.: Nie pamiętam, znamy się bardzo długo, dwadzieścia parę lat.
G. W.: Wiele razy widzieliśmy się i rozmawialiśmy przed tym „iskrzeniem”. Nie było takiego szczególnego momentu, jest kilka wspomnień, jasnych punktów, wiele razy wcześniej się spotykaliśmy na neutralnym gruncie i zawsze toczyliśmy istotne rozmowy, a nie błahe, typu „co słychać”. Gdy „zaiskrzyło”, byliśmy oboje wolnymi ludźmi.

– Kto komu robi poranną kawę, kto szykuje śniadanie i pogania dzieci do szkoły?
G. W.: Kiedy wstajemy razem, robimy i jemy śniadanie, słuchając w radiu rozmów komentujących naszą kabaretową scenę polityczną, bo to lepiej podnosi ciśnienie niż kawa. Przejęłam ten zwyczaj od Czarka, ale całkiem często zdarza się, że to on wstaje wcześniej i wtedy wzrusza mnie, bo po cichutku słucha swojej ulubionej audycji na beznadziejnym radiu w drugim pokoju.

– Dlaczego Pan nazwał Panią Grażynę leniuszkiem?
C. H.: Bo jest. Nie leniuchem, a leniuszkiem właśnie.
G. W.: Tak naprawdę ciężko mi się zmobilizować do czegokolwiek rano. A potem też. Jak już usiądę na kanapie, strasznie trudno mi wstać i dać się wyciągnąć na przykład na długi spacer. Ale jak już się to Czarkowi uda, to potem jestem zachwycona.

– Kto w Waszym związku jest pedantem, kto bałaganiarzem?
G. W.: Ja zdecydowanie bardziej bałaganię, ale Czarek – uosobienie porządku i zorganizowania, znosi to pogodnie. Żadnych wymówek ani pretensji w oczach. Z niczego nie robi problemu. Gdy rzucam gdzieś sweter, wiem, że znajdę go potem w szafie. No to staram się go schować do szafy wcześniej. Wychodzi więc na to, że Czarek ma bardzo pozytywny wpływ na moje drobne przywary. No i proszę sobie wyobrazić, on pozwala, aby dzieci korzystały z komputera, na którym pracuje. Naprawdę.

– Macie Państwo wspólne pasje, hobby?
G. W.: Oboje jeździmy na nartach.
C. H.: Uprawiałem pływanie wyczynowo, ale specjalnie tego nie lubiłem, bo basen mnie ograniczał. Jak tylko mogę, pływam w ciepłych morzach.
G. W.: Ja lubię siłownię, Cezary wręcz przeciwnie.
C. H.: Powtarzam za prezydentem Wałęsą, że siłownia to bezsensowny wysiłek, i do tego pozbawiony przyjemności. I że lepiej narąbać staruszce drewna, niż się pocić na darmo.
G. W.: Pewnie też wolałabym bardziej wyrafinowane formy wysiłku fizycznego, na przykład tai-chi, aikido, lekcje tanga albo salsy, ale w związku z brakiem stałych godzin pracy siłownia jest dla mnie idealnym wyjściem.

– Parkiet, jak mawiał mój nauczyciel tańca, to ostatnie miejsce, gdzie mężczyzna prowadzi.
C. H.: Znam takie kobiety, które nawet w tańcu usiłują prowadzić.

– Pani Grażyna na pewno do nich nie należy.
C. H.: Bo Grażyna w ogóle nie lubi tańczyć w parze, w przeciwieństwie do mnie.

– Tango z figurami?
C. H.: Tak, ale figury wymyśliłem sam.

– Jest Pan właściwie jedynym w kraju zawodowym scenarzystą, obsypanym uznanymi nagrodami, na przykład amerykańską Hartley–Merrill za scenariusz do filmu „Bandyta”. Mam wrażenie natomiast, że Pani Grażyna nie zagrała jeszcze roli swego życia. Czy, pisząc ostatnio kolejne scenariusze, przewiduje Pan dla niej rolę?
G. W.: Oczywiście, właśnie w ostatnim Czarek napisał coś dla mnie.

– Słowem załatwiła sobie Pani następną rolę przez łóżko.
C. H.: To fakt, ale rola nieduża (śmiech).
G. W.: Czarek nie napisał tego scenariusza specjalnie dla mnie, jestem jedną z wielu postaci w tym filmie występujących. A tak na marginesie... Jest wiele naprawdę utalentowanych aktorek, które – tak jak ja – nie zagrały jeszcze roli swego życia.

– Tamte aktorki nie mają atutu w postaci zdolnego scenarzysty u boku.
C. H.: Talent Grażyny jest jej własnością.
G. W.: Tak, to niewątpliwy atut, ale obsada zależy przede wszystkim od reżysera i producenta. Scenarzysta może tylko sugerować, ale ostatnio zdarzyło się, że dostałam propozycję ciekawej roli w filmie, do którego scenariusz napisał Czarek, ale on niczego nie sugerował! Niestety, nic więcej nie mogę powiedzieć, na razie to ścisła tajemnica.
C. H.: Mam ten atut, że znam Grażynę i jej możliwości lepiej niż inni. Przez środowisko i widzów jest postrzegana jako piękna kobieta o warunkach romantyczno-heroicznych, tymczasem rola, jaką pisałem z myślą o niej, to charakterystyczna rola komediowa.

– Skąd Pan wie, że Pani Grażyna ma talent komediowy?
C. H.: Śmieszna jest. Czasami. Jak się jest razem w domu pod wspólnym dachem, to czasami jest śmiesznie, czasami strasznie...

– Może Pan zdradzić, jaka to będzie rola, w jakim filmie?
C. H.: O współczesnym Don Kichocie, który spełnia marzenia napotkanych nieszczęśliwych ludzi. Bardzo byśmy chcieli, żeby w tym projekcie pojawił się nasz przyjaciel Jaromir Nohavica ze swoimi ciepłymi piosenkami z polsko-czeskiego pogranicza.

– Czy dla Pani Grażyny przewidział Pan rolę księżniczki Dulcynei?
C. H.: Nie, bo Dulcynea ma być Czeszką. Grażyna zagra w tym filmie jedną z postaci, które Don Kichot uszczęśliwia.
G. W.: Nie muszę grać księżniczki. Najważniejsze, że w życiu swojego księcia już znalazłam.

Rozmawiała Liliana Śnieg-Czaplewska/ Viva
Zdjęcia Magda Wuensche
Stylizacja Marek Adamski/Metaluna
Makijaż Katarzyna Rogacewicz
Fryzury Łukasz Pycior
Scenografia Ewa Iwańczuk
Produkcja sesji Joanna Guzowska

Oceń 5,00 / 2 głosy
Wyślij znajomym Wyślij znajomym
Drukuj Drukuj

W czym najlepiej ćwiczyć?

 

Zobacz także

 
 
Wypowiedz się!
Nick:
Opinia: