Gardias i Kalisz o macierzyństwie: Jesteś moim ideałem

11.04.2014

Co tak naprawdę łączy pogodynkę z politykiem? Szczera rozmowa

Dorota Gardias i Robert Kalisz

Dorota Gardias i Robert Kalisz

fot. Piotr Porębski/Metaluna (Party)

Prawdziwa przyjaźń nie zna granic. Dowód? Wystarczy przyjrzeć się ich znajomości. Ona zawsze nienagannie ubrana, z perfekcyjnym makijażem, już niebawem na nowo będzie budzić miliony Polaków i informować, czy zaświeci słońce, czy też spadnie deszcz. On jest jedną z najbarwniejszych postaci sceny politycznej w Polsce. Słynie z odważnych poglądów i... awangardowych oprawek okularów. Jednak na próżno doszukiwać się w relacji Doroty Gardias (33) i Ryszarda Kalisza (57) czegoś więcej niż tylko przyjaźni. – My się po prostu bardzo lubimy! – twierdzą zgodnie.

Wasza znajomość i wzajemna sympatia dziwi wiele osób.
Dorota Gardias: Dlaczego?
Ryszard Kalisz: Bo pochodzimy z dwóch różnych światów?

Właśnie tak. Pamiętacie wasze pierwsze spotkanie?
D.G.: Z panem Ryszardem często spotykaliśmy się
w studiu TVN24. Ja prowadziłam pogodę, a on czekał na swoje wejście na antenę. Jednak najbardziej zapadło mi w pamięć karnawałowe wydanie „Dzień dobry TVN”, podczas którego pan Ryszard... tańczył sambę! Pomyślałam sobie wówczas: „Jaki fajny facet!”. Prawda jest taka, że nie znam drugiego polityka, który pozwoliłby sobie na taką dawkę szaleństwa!
R.K.: (śmiech) Nie ma się czemu dziwić! Każdy wie, że uwielbiam tańczyć. Wracając do pytania o nasze spotkanie, to trochę inaczej pamiętam ten moment. Miało to miejsce na korytarzu w Sejmie. Dorota nie była jeszcze wielką gwiazdą i nie występowała na wizji. Razem
z ekipą TVN podeszła do mnie z propozycją rozmowy na lżejszy temat niż polityka. Zobaczyłem wtedy przed sobą lekko stremowaną, ale świadomą siebie kobietę. Spodobało mi się to u ciebie!

Doroto, a ty jaki komplement możesz zaserwować panu Ryszardowi?
D.G.: (śmiech) Czuję od niego pozytywną energię i bardzo lubię jego poczucie humoru. Jest kontrast między tym, czym Ryszard Kalisz zajmuje się na co dzień, a jakim jest człowiekiem. I to mnie w nim kręci! Zawsze gdy się spotkamy, pyta mnie: „Cześć Dorka, co słychać?”. Nie postrzegam go jako polityka, ale raczej bardzo ciepłego mężczyznę.

Panie Ryszardzie, Dorota to prawdziwa dama?
R.K.: Bez dwóch zdań!
D.G.: Panie Ryszardzie, pana lubi tak wiele kobiet. Kiedyś rozmawiałam z koleżankami na temat pana fenomenu i doszłyśmy do wspólnego wniosku...
R.K.: Jakiego?!
D.G.: Że Ryszard Kalisz jest sexy!
R.K.: (śmiech)
D.G.: Pan ma to coś. Myślę, że niejedna kobieta z wielką przyjemnością poszłaby z panem na kolację.
R.K.: Bardzo mi miło to słyszeć. A ty dla mnie jesteś pełnią kobiecości.

Poza wzajemną sympatią łączy was coś jeszcze. Niedawno w waszym życiu pojawiły się dzieci. Czas wolny to dla was obecnie luksus?
R.K.: Moje życie zmieniało się wraz z pojawieniem się na świecie Ignacego. Mam dużą umiejętność koncentracji na tym, co robię
w danej chwili, ale często łapię się na tym, że tęsknię za Ignacym. On jest dla mnie bardzo ważną częścią życia. Na szczęście mama Ignacego jest doskonała, robi wszystko dużo lepiej ode mnie... No może poza nauką pływania i budowaniem odpowiedzialności u naszego synka. Trochę go rozpieszcza, a ja staram się mu pokazywać, że do wszystkiego będzie musiał dojść starannością i ciężką pracą.
D.G.: W moim przypadku czas wolny wcale mi tak do końca nie służy. Chwile z dala od Hani to dla mnie żaden luksus. Gdy jestem na przykład u kosmetyczki, nie mogę się całkowicie zrelaksować, bo myślami cały czas jestem
z małą. Zastanawiam się, co robi, czy wszystko jest dobrze, czy jest szczęśliwa.
R.K.: Hania jest tylko o dwa tygodnie młodsza od Ignacego.

Wasze dzieci miały okazję już się poznać?
D.G.: Jeszcze nie. Panie Ryszardzie, musimy koniecznie umówić się na wspólny spacer.
Może pomyślcie nad tym, żeby w przyszłości zeswatać Ignacego z Hanią?
R.K.: Jestem pewien, że gdy się poznają, będą się ze sobą doskonale bawić. Ale nie trzeba ich swatać na siłę. Na pewno i bez tego nawiążą fajną relację – ona świadoma siebie kobieta, a on świadomy siebie mężczyzna (śmiech).

Łatwiej rodzicom, gdy dzieci pojawiają się w ich życiu trochę później?
R.K.: Nie ma na to mądrych. Moja mama urodziła moją starszą siostrę, kiedy miała 20 lat. Ja pojawiłem się na świecie, gdy miała 22 lata.
W chwili pojawienia się na świecie mojego syna miałem 56 lat. W zależności od wieku rodzice inaczej patrzą na dziecko. Staram się przekazać Ignasiowi całe swoje życiowe doświadczenie. Jestem w trakcie pisania książki o odwadze. Bardzo chciałbym przekazać Ignasiowi akurat tę cechę charakteru. Dlaczego? Bo bez odwagi nie ma niezależności. Nie ma wolności, gdy nie potrafimy
z niej korzystać. Chcę również, żeby był sprawny fizycznie. Już pływa w basenie, a za trzy lata zaczniemy jeździć na nartach.
D.G.: Ja też przez cały czas myślę o przyszłości Hani. Staram się dużo czytać o wychowaniu dziecka. Na początku starałam się, żeby wszystko było dopięte na ostatni guzik, żeby miała najlepsze rzeczy. A teraz? Wiem, że liczę się dla Hani ja, a nie świetne zabawki. Trzeba dziecko kochać, przytulać, tłumaczyć mu i pokazywać świat, bo tylko to się liczy. Pozbyłam się ciśnienia, że Hania musi być „naj”. Oczywiście chcę, żeby się wszechstronnie rozwijała, ale już się tak nie spinam. Na pierwszym miejscu stawiam to, aby Hania była szczęśliwa.
R.K.: Mnie zależy, żeby Ignaś miał szacunek do każdego człowieka. Tak jak ja jest bardzo towarzyski. Każdemu bacznie się przygląda. Jest poważny jak na swój wiek.
D.G.: Gdy stajesz się rodzicem, w głowie otwiera się klapka z odpowiedzialnością i miłością. Dziecko nadało mojemu życiu silne poczucie sensu. Moje życie wewnętrzne zawsze było bardzo bogate, ale dopiero przy Hani poczułam, że naprawdę żyję. Macierzyństwo nie jest dla mnie ciężarem.
Nie tęsknię za czasami „wolności”. Zawsze daleko mi było (i nadal jest) do imprezowiczki. Nigdy nie prowadziłam szalonego życia, więc teraz nie mam za czym tęsknić.

Wielu rodziców trzyma dziś swoje dzieci pod kloszem. Wy też macie taki zamiar?
R.K.: Absolutnie nie! Ignaś będzie biegał
z chłopakami po podwórku. ?Dziecko od najmłodszych lat musi być samodzielne, mieć poczucie odpowiedzialności za siebie. Gdy miałem osiem, dziewięć lat, rodzice wysyłali mnie samego na kolonie Rady Adwokackiej. Te wyjazdy do dziś wspominam jako wspaniałą
przygodę.
D.G.: Ja też ze swoim dzieciństwem mam masę przemiłych wspomnień. Chciałabym, żeby moja Hania przeżywała takie przygody jak ja. Żeby chodziła po łące i zbierała kaczeńce, żeby biegała boso po kałużach.
Powiedzcie mi tak z ręką na sercu: czy nie jesteście czasem zmęczeni opieką nad swoimi dziećmi tak bardzo, że najchętniej ucieklibyście na jakiś czas na bezludną wyspę?
R.K.: Nie. Uwielbiam zajmować się Ignasiem. Kąpię go, przewijam, karmię. Zawsze obydwaj się przy tym ubrudzimy (śmiech). Staram się być przy nim tak często, jak jest to tylko możliwe.
D.G.: Dla mnie też pobudka o czwartej nad ranem, żeby nakarmić Hanię, nie stanowi najmniejszego problemu. Znacznie bardziej obawiam się, tego, co mnie czeka już niebawem. Jak to będzie, gdy skoro świt będę zmuszona wstać do pracy? Coś czuję, że już wtedy nie będzie tak różowo... (śmiech)

Rozmawiał: Wiktor Krajewski

Oceń 4,67 / 3 głosy
Wyślij znajomym Wyślij znajomym
Drukuj Drukuj

Przepis Beaty Pawlikowskiej: sok brzoskwiniowy

 

Zobacz także

 
 
Wypowiedz się!
Nick:
Opinia: