John Travolta - Ojciec (nie)doskonały

14.03.2009

John Travolta jest oskarżany o to, że swoją ślepą wiarą w scjentologię przyczynił się do śmierci ukochanego syna Jetta. Czy prawda wyjdzie kiedyś na jaw?

John Travolta z synem

John Travolta z synem

fot. ONS

Kiedy 2 stycznia w czasie rodzinnych wakacji na wyspach Bahama zmarł 16-letni syn Johna Travolty, Jett, mało kto spodziewał się, że to dopiero początek kłopotów popularnego aktora. Nie minął tydzień, kiedy do prasy przeciekła wiadomość, że John i jego żona są szantażowani. W anonimowych telefonach, które odebrali, żądano od nich 25 milionów dolarów. W razie odmowy zapłaty grożono im ujawnieniem zdjęć umierającego Jetta zrobionych w karetce przewożącej chłopca do szpitala oraz dokumentów medycznych, które podważyłyby podaną przez Travoltów przyczynę jego śmierci. Aktor oświadczył bowiem, że Jett zmarł w wyniku ataku serca będącego następstwem choroby zwanej zespołem Kawasaki (powodującej zapalenie naczyń krwionośnych), na którą cierpiał od 14. roku życia. Tym samym uciszył plotki o tym, że chłopiec cierpiał na autyzm, czyli jedną z chorób, której zabrania leczyć wyznawana przez Johna Travoltę scjentologia, i że to nikt inny jak on sam, rezygnując z leczenia syna, przyczynił się do jego śmierci. Teraz plotki te wróciły ze zdwojoną siłą... 

Fałszywi przyjaciele
Szybko okazało się, że w szantaż są zamieszani przyjaciele aktora. Policja przesłuchała m.in. byłego ministra turystyki Bahamów Obiego Wilchombe – człowieka, do którego John Travolta miał tak duże zaufanie, że pozwolił mu po śmierci Jetta wypowiadać się w swoim imieniu w talk-show Larry’ego Kinga. Do czasu rozprawy w areszcie posiedzi kierowca karetki, która wiozła Jetta do szpitala, a za kaucją w wysokości 50 tysięcy dolarów wyszła na wolność senator Pleasant Bridgewater. To ona miała wpaść na pomysł szantażowania aktora i rozmawiać z nim przez telefon w sprawie pieniędzy. „John nie zastanawiał się nawet przez chwilę, czy negocjować z szantażystami – zdradził tygodnikowi „People” jeden ze znajomych aktora. – Gdy tylko upewnił się, że telefony nie są żartem, udał się na policję, aby złożyć skargę. Travolta to mocna sztuka i potrzeba więcej niż kilka chciwych hien, aby go złamać!”. Faktycznie, mało która hollywoodzka gwiazda jest tak zahartowana w walce z przeciwnościami losu jak bohater „Gorączki sobotniej nocy”.

Amerykański sen
Amerykanie kochają Johna Travoltę przede wszystkim za to, że jest spełnieniem mitu o „amerykańskim śnie”. Choć wychował się w rodzinie związanej z show-biznesem (jego tata był piłkarzem, matka – nauczycielką aktorstwa i wokalistką swingową), do wszystkiego w życiu doszedł samodzielnie. Nie mogło zresztą być inaczej! Kiedy bowiem John Travolta miał 16 lat i wyleciał z liceum za wagarowanie, także rodzice zatrzasnęli przed nim drzwi do domu. I choć chcieli tym sposobem wymóc na nim powrót do szkoły, celu nie osiągnęli. Travolta zaciągnął się do wędrownej trupy teatralnej, która objeżdżała Stany z musicalem „Grease”. Kiedy wraz z nią dotarł do Nowego Jorku, zgłosił się na casting do sztuki „Over Here!” na Broadwayu. Musiał coś w sobie mieć, nie dość bowiem, że otrzymał rolę, to jeszcze przesłuchujący go fachowcy polecili go producentom muzycznym szukającym kandydatów na potencjalnych idoli. Ci nie mieli wątpliwości, że dostał im się w ręce doskonały materiał na nowe bożyszcze nastolatek...


Pięć lat po tym, gdy usłyszał od dyrektora swojego liceum, że „skończy w rynsztoku z puszką piwa”, John Travolta stał się najbardziej rozchwytywanym gwiazdorem Ameryki i symbolem – przeżywającej pod koniec lat 70. zenit popularności – epoki disco. Za sprawą ról w kasowych hitach, takich jak „Grease” czy „Gorączka sobotniej nocy”, występu w bijącym rekordy popularności sitcomie „Welcome Back, Kotter” oraz kilku przebojowych piosenek Travolta nie dał konkurencji szans.

Ukoronowaniem tamtego etapu jego kariery był Złoty Glob przyznany mu w 1978 roku jako „najbardziej popularnemu aktorowi na świecie”, jak również nagroda Stowarzyszenia Właścicieli Kin dla gwiazdy, której filmy przynoszą największe zyski. 24-letni John Travolta miał Amerykę u stóp. Rychło jednak miało się okazać, że „nic nie może przecież wiecznie trwać”...

Lek na całe zło
Na początku lat 80. Stany zmęczyły się tańcem. Disco wyparł z radia rock. Bee Gees ustąpili miejsca na listach hitów Bon Jovi. W kinie zamiast wirujących na parkiecie chłopców (wśród których Travolta był królem!) w modzie zaczęli być stuprocentowi mężczyźni. John przegapił ten moment. W 1983 roku, kiedy Harrison Ford prężył muskuły jako Indiana Jones, a Sylvester Stallone powoływał do życia Rambo, Travolta nadal kręcił bioderkami w „Staying Alive” w takt muzyki Bee Gees nagranej pół dekady wcześniej. Obraz, podobnie jak większość tych, które nakręcił wtedy John Travolta, okazał się klapą.

„To był trudny czas. Moje konto topniało, a rachunki nie malały – wspomina John. – Hollywood jest jak ocean. Jeśli jesteś na fali, to zarabiasz z roli na rolę więcej i dostajesz znakomite propozycje. Jeśli jednak z niej zlecisz, z reguły idziesz na dno. Otrzymujesz coraz słabsze scenariusze za coraz bardziej psie pieniądze. W tamtych czasach przy życiu trzymała mnie tylko moja religia...”.

Ze scjentologią Travolta zetknął się po raz pierwszy w 1975 roku, gdy kręcił w Meksyku film o tytule (nomen omen!) „The Devil’s Rain”. Jedna z koleżanek z planu przyniosła mu do przeczytania książkę założyciela sekty L. Rona Hubbarda „Dianetics” określaną jako „biblia scjentologów”. „Ta lektura zmieniła moje życie – zwierzył się aktor w wywiadzie, jakiego pod koniec lat 90. udzielił magazynowi „Stern”. – Dzięki niej uwierzyłem w siebie i zrozumiałem mechanizmy, jakie rządzą naszymi umysłami”.

Po powrocie z Meksyku Travolta zgłosił się do scjentologów na roczny „trening psychologiczny”. „Nawet wtedy, kiedy po klapie »Staying Alive« mój telefon nie dzwonił miesiącami, a jedynymi osobami, które pukały do drzwi, byli komornicy, dzięki scjentologii zachowałem wiarę w lepsze jutro...”, twierdzi John. I choć jego wiara została wystawiona na ciężką próbę, to bynajmniej nie okazała się płonna.

Odkąd John Travolta w 1994 roku zagrał w kultowym już „Pulp Fiction”, wrócił do łask widzów. Znów zarabia miliony, zgarnia nagrody i... ma swoją teorię dotyczącą tego, dlaczego mu się to udaje. Wyraził ją dobitnie, gdy kilka miesięcy temu, przy okazji odbierania nagrody Hollywood Film Festival za rolę w komedii „Hairspray”, podziękował jedynie L. Ronowi Hubbardowi za „inspirację życiową, która nigdy go nie zawiodła”.


Bez wahania
Odkąd w 1977 roku zmarła na raka pierwsza wielka miłość Johna, starsza od niego o 18 lat aktorka Diana Hyland, Travolta nie dał prasie bulwarowej wielu okazji do zapełniania sobą plotkarskich rubryk. Wiadomo, że przez 16 lat związany był z aktorką Marilu Henner – ich znajomość nigdy jednak nie zamieniła się w nic poważnego. W swojej autobiografii Marilu stwierdziła, że John był zbyt nieodpowiedzialny, aby planować z nim przyszłość.

Najwyraźniej odmienne zdanie miała Kelly Preston, którą Travolta poznał na planie filmu „Eksperci” w 1989 roku. Choć aktorka była wtedy związana z George’em Clooneyem, nie wahała się ani chwili nad wybraniem życiowego partnera. „Kochałam ich obu. George szukał jednak tylko zabawy, John – prawdziwego związku. Nie było się nad czym zastanawiać”, wspomina Kelly, która już wiosną 1990 roku przyjęła oświadczyny Travolty, a rok później go poślubiła. W 1992 roku na świecie pojawił się ich syn Jett, a osiem lat później para doczekała się także córeczki – Elli Bleu.

Pierwsza próba
Śmierć syna to jak do tej pory największa próba w blisko 30-letnim i powszechnie uznawanym za idealne małżeństwie Johna i Kelly. Tym bardziej że za sprawą afery z szantażem nad głową pary przetacza się teraz prawdziwa burza. Nie tylko tabloidy, ale też poważne gazety zastanawiają się, co zawierały dokumenty z autopsji Jetta i w jak dużym stopniu obciążają one Travoltów odpowiedzialnością za śmierć syna.

Od chwili przyjścia chłopca na świat John Travolta starał się, jak mógł, utrudnić wścibskim paparazzim i dziennikarzom wtykanie nosa w prywatne sprawy. Wraz z rodziną zamieszkał w posiadłości, do której dotrzeć można było jedynie… samolotem. Ograniczył także udzielanie wywiadów i zastrzegł, że będzie wypraszał dziennikarzy zadających zbyt dociekliwe pytania. Te jednak nadal wiszą w powietrzu. „Czy faktycznie Jett cierpiał na autyzm? Czy kuracja mogła zapobiec tragedii? Czy leczenie chłopca przez fachowców scjentologów, którzy nie dość, że nie korzystają ze zdobyczy współczesnej medycyny, to jeszcze nie uznają autyzmu za chorobę, przyczyniło się do śmierci syna Travolty?”, odpowiedzi na te pytania prawdopodobnie nie poznamy nigdy. Ale jedno jest pewne, sam aktor nie będzie szukał winnych wśród swoich duchowych guru. Na pogrzebie syna pojawił się w otoczeniu przyjaciół z Kościoła scjentologicznego. Jak widać, wiara Johna przetrwa wszystko. Nawet śmierć jego dziecka.                        

Alek Rogoziński / Party

Oceń 3,00 / 8 głosów
Wyślij znajomym Wyślij znajomym
Drukuj Drukuj

Przepis Beaty Pawlikowskiej: koktajl z pomarańczy i mango

 

Zobacz także

 
 
Wypowiedz się!
Nick:
Opinia: