Prywatny świat Karoliny Ferenstein i Piotra Kraśki

22.01.2009

Piotr Kraśko, dziennikarz newsowy i Karolina Ferenstein, jedna z najlepszych europejskich amazonek. Dwie niezależne i silne osobowości.

Karolina Ferenstein i Piotr Kraśko

Karolina Ferenstein i Piotr Kraśko

fot. Iza Grzybowska/Makata

A do ślubu będę jechała konno. – Ślub wymyśliła w szczegółach. Będzie wyjątkowy, w końcu jeden jedyny. Ze stajni w rodzinnym Gałkowie wyjechała powoli. Piękna, w białej sukni i oficerkach, na ukochanym Paradoksie. Karolina Ferenstein, właściwie Malina, jak mówią bliscy, zna go od źrebaka. Po latach wspólnych treningów rozumieją się bez zbędnych gestów. Przeszli ledwie parę metrów. Goście zebrani pod lasem z oddali obserwowali, jak czarny koń drepcze w miejscu. Karolina przez chwilę próbuje zmusić go do ruchu i nagle zawraca. Rozmyśliła się? Nie ona. Ale kto mógł przypuszczać, że zwierzę, które słuchało jej od maleńkiego, zbuntuje się po raz pierwszy tego dnia, kiedy będzie odprowadzać swoją panią do ołtarza.

***
Poniedziałkowy poranek na warszawskim Mokotowie. Wczoraj wrócili z Mazur, wszyscy razem. Przez ostatnie lata często za sobą tęsknili. Od pół roku Piotr Kraśko już nie krąży po świecie, prowadzi główne wydanie „Wiadomości”, a Malina musiała zmienić swoje mazurskie życie na warszawskie. W niedzielę w nocy przyjeżdżają do Warszawy, a w piątek torby z powrotem do bagażnika i kierunek Gałkowo. Kiedyś żyli na dwa domy, teraz nie chcą tracić ani jednego wspólnego śniadania. Razem czytają gazety, chodzą po bułki, a potem z małym na plac zabaw. – Te moje podróże są trochę karkołomne – żartuje Karolina Ferenstein. W samochodzie są wszystkie rzeczy Kostka, pieluszki, kaszki, ukochany pluszak, w przyczepie zawsze dwa, czasem i trzy konie. Bo nie ma dnia bez treningu.

Lubią to swoje mokotowskie mieszkanie, ale prawdziwy dom jest w Gałkowie. To tam na dobre postanowili rozpakować walizki. Choć Piotr Kraśko lubi być w drodze, na Mazurach jest naprawdę u siebie. Zjeździł świat. Relacjonował wojnę w Rwandzie, Libanie, tsunami w Tajlandii, zamachy bombowe w Londynie, „pomarańczową rewolucję” w Kijowie. A marzył o reżyserii teatralnej. Poszedł na teatrologię. – Wciągnęła mnie telewizja,  studiów nie skończyłem – mówi dziś.

W telewizji od czternastu lat. Był korespondentem w Rzymie, potem w Waszyngtonie. Zawsze wystarczał mu skromny hotel. Biurko do pracy i łóżko. To przy Malinie zrozumiał, co znaczy tęsknić za własnym kątem.

***
Poznali się w Gałkowie. Dziesięć lat temu przyjechał uczyć się jazdy konnej do stadniny, którą Karolina Ferenstein prowadzi z rodzicami. Nie od razu trafił do niej. Malina trenuje tylko tych, którzy już dobrze jeżdżą. „Znowu leży”, śmiała się. Ale imponował jej. Uparty był. Ona związana z innym, on żonaty. Z czasem się zaprzyjaźnili, ale nic więcej. Malina: – To musiał być śmieszny widok. Najczęściej coś do siebie krzyczeliśmy. Ja: „Biodra do przodu!”.

I natychmiast jego ostry komentarz: „Jakie biodra? Facet nie ma bioder! Co ty opowiadasz?!”
Wystarczał drobiazg, by iskrzyło. Potem ona się rozstała z partnerem, on rozwiódł. Nie wiedzą, jak i kiedy stawali się sobie coraz bliżsi, bardziej niż myśleli. Bez przerwy jeździł do niej z Warszawy. Te kilometry, dwieście z kawałkiem, zna już na pamięć. Trzy godziny, dwie i pół, czasem może krócej. Czekała.

Karolina Ferenstein dorastała na Mazurach. Pamięta takie zimy, kiedy śnieg zasypywał drogi, a okna ich domu pokrywał lód. W ostatnie mrozy w stajni zamarzły rury, dla stu koni trzeba było nosić wodę w wiadrach. Lubi tę pracę, nie przeraża jej taka codzienność.
Kobiety w jej rodzinie są twarde. Matka Maliny przyszłego męża poznała w klubie jeździeckim, dla niego rzuciła miasto. On zdobywał mistrzostwa, ona zajmowała się domem. Gałkowo ma siłę, której trudno się oprzeć. Babcia Maliny miała osiemdziesiąt lat, kiedy postanowiła sprzedać dom w Warszawie. Zwiedziła pół świata, a potem przyjechała na Mazury. Jest architektem, buduje w okolicy domy.
Ferenstein to nazwisko z czołówki polskich amazonek. Aby w niej być, Malina trenuje codziennie. – Nie znam innego życia – opowiada. – Żeby odnieść sukces, jak w każdym sporcie, trzeba zapłacić wysoką cenę, cenę dzieciństwa. Inne dzieci po szkole szły się bawić, ona trenowała. I nie była to godzina czy dwie dziennie.

Monika Kotowska / Viva
Oceń artykuł 14 głosów
Wyślij znajomym Wyślij znajomym
Drukuj Drukuj
Wypowiedz się!
Nick:
Opinia:
Opinie
Lidka2013.09.28 15:20
Czy może mi ktoś powiedzieć jakiej rasy jest ten piesek na zdjęciu? Przypomina mi psa rasy Wilczak Czechosłowacki, moja siostra ma takiego. Tylko ten na zdjęciu ma ciemne oczy.
Gość2012.11.30 18:01
Fajnie im :)
mirka2009.01.22 12:31
Ciekawe jak długo potrwa to małżeństwo. Skoro nawet jej własny koń się zbuntował ;)
2009.01.22 12:27
Życzę im dużo szczęścia