Jarosław Kuźniar - Zdejmuję garnitur i...

08.10.2008

Jarosław Kuźniar rzuca piłką do dziennikarek, zagląda im na wizji do torebek ze śniadaniem. Byłego wicepremiera Leppera zamknął na klucz w charakteryzatorni. Nic dziwnego, że wywołuje mieszane uczucia.

„Jak dla mnie bomba”, „Na wizji nie wszystko wypada”, piszą o nim internauci. Jedno jest pewne. Widzowie programu porannego TVN24 na pewno... nie zasną. Czym nas jeszcze może zaskoczyć Jarosław Kuźniar?

– Wychodzisz z telewizji, zdejmujesz garnitur i…
Jarosław Kuźniar:
…jestem totalnie zmęczony. Przychodzę do domu i nawet gdybym nie chciał położyć się spać, bo wiem, że jak się obudzę, będę wytrącony z równowagi, i tak zasypiam, najczęściej z gazetą na twarzy. Inaczej się nie da. Mija jakieś półtora roku, odkąd zacząłem prowadzić poranny program. Lubię to, moje ciało chyba mniej. Coraz dłużej się regeneruje. Wstaję o czwartej rano, wychodzę z pracy koło południa. Na początku wystarczało mi położyć się na dwie godziny i czułem się jak nowo narodzony. Dziś wstaję i potrzebuję kolejnych dwóch godzin, by dojść do siebie. Tłukę się jak ćma.

– To chyba nie powinno być Ci do śmiechu, a Ty się wciąż na wizji uśmiechasz.
Jarosław Kuźniar:
Duże miasto mnie męczy, ale praca nie. Robię to, o czym marzyłem. Pamiętam, jak w Radiu Wrocław biegłem na serwis i tak się zasapałem, że przeczytałem tylko połowę. „Tak to jest, jak się biegnie na serwis”, skomentowałem i dostałem opiernicz. A tu nie muszę niczego udawać.

– Nie masz wrażenia, że czasem przesadzasz? Rzucasz piłką do dziennikarek, zaglądasz im na wizji do torebek ze śniadaniem, zaczepiasz słowem. Zamknąłeś byłego wicepremiera Leppera na klucz w charakteryzatorni.
Jarosław Kuźniar:
Straszył blokadami, pokazałem, że jego też można zablokować. Nie oburzył się. Za chwilę go otworzyłem i sobie poszedł. Tylko nie powiedz, proszę, że się wygłupiam na wizji! Mamy takie hasło z moim ulubionym realizatorem: „Niech to żyje”. A jak się trochę potarmosimy słowem, to tylko jest fajniej, ludzko. Na początku niewielu dawało się w te zabawy wciągać, a teraz proszę. Usłyszałem od szefa: „Pamiętaj, że to program informacyjny, krąż wokół tej granicy, która istnieje, pamiętaj, by jej nie przekraczać”. Co jakiś czas upewniam się, czy jej nie przekroczyłem. Wiem też, że jak to zrobię, dowiem się natychmiast. Od siebie samego, potem od szefa.

– A nikt się jeszcze nie czepiał, że te zabawy są w telewizji informacyjnej zwyczajnie nieprofesjonalne?
Jarosław Kuźniar:
Jesteś pierwsza. Ale fakt, czasem luzu nikt nie rozumie. Witam się z widzami o 5.55 cytatem z profesora Bartoszewskiego: „Czego wyjesz, wyjcu?”. Mówię, że dziś takiego gościa mieć nie będziemy, więc warto sobie przypomnieć jego opinię. Za chwilę czytam w Internecie: „Kuźniar cytuje zdrajcę!”. Albo z uśmiechem na twarzy przypominam słowa Wałęsy, że czeka, aż prezydent Kaczyński zapuści wąsy, bo tak się wciska do szefostwa Solidarności. I za chwilę wpisy na forum: „A my czekamy, aż Kuźniar ogoli nogi”. Współczuję tym ludziom, bo nie wiedzą, co piszą. Jest mi za nich wstyd. Zakładam, że wśród widowni TVN24 to margines. Nie znam się na tym, ale nie ujmę tego lepiej niż autor sloganu: „Koniec grzecznej telewizji”.

– Kogo pytasz po skończonym programie: „Jak wypadłem”?
Jarosław Kuźniar:
Jak było do dupy, wiem to sam. Oglądam się na „szpiegu”, który wszystko nagrywa. Koledzy się nabijają, że narcyz ze mnie, a ja się uczę. Bo tu źle stanąłem, tam źle trzymałem gazetę, zasłaniając kolegę. Muszę uważać na miny. Dawniej mocno gestykulowałem. Słucham uwag. Nie obrażam się, gdy widzowie piszą, że garnitur mam przyciasny, wiem, że muszę schudnąć.

– Kokietujesz widzów?
Jarosław Kuźniar:
Bawię się z nimi. Wchodzimy ludziom rano do domów i co? Mamy się „mądrować”, bo pozjadaliśmy wszystkie rozumy i teraz to my wam opowiemy, jak wygląda świat? Nie, tu trzeba stworzyć pewną atmosferę. I ja się staram ją tworzyć.

– Masz naturę showmana, zawsze taki byłeś?
Jarosław Kuźniar:
Moi rodzice nie byli prawnikami czy lekarzami, nie oczekiwali, że pójdę w ich ślady. Mama była panią sklepową. Tata – kierowcą. Jak tylko poszedłem do liceum, bardzo chciałem zostać dziennikarzem. Napisałem tekścik o tym, jak to się dręczy pierwszoklasistów – „koty”. Pojechałem z nim do „Gazety Wyborczej” we Wrocławiu z pytaniem, czy mogą to opublikować. I miałem szczęście. Pani w sekretariacie spojrzała na mnie życzliwie. Tekstu mi nie opublikują, ale mogę przyjechać do nich w wakacje, popatrzeć, jak się robi gazetę – usłyszałem. Splotem okoliczności trafiłem do radia. Miałem wtedy lat 15.

– Niech sobie Ciebie wyobrażę – wytarte dżinsy…
Jarosław Kuźniar:
Miałem obleśnie nażelowane długie włosy z przedziałkiem i dbałem o to, żeby się równo układały (śmiech). Mama się ze mnie nabijała: „Znowu z mokrą głową wychodzisz”. Ale przecież nie mogłem na to założyć czapki, fryzura by mi się zepsuła. Pierwszą audycję w radio prowadziłem, mając 16 lat. Dostałem całe cztery godziny. Nazywało się to „Pop fm”. Dzieciaka potraktowano poważnie.

– Sprawdzili Ci chociaż dykcję?
Jarosław Kuźniar:
Nie. Sam nad nią pracowałem. Miałem taki ogromny korek od szampana, wsadzałem go na sztorc w zęby i głośno czytałem. Ojciec do dziś śmieje się, wspominając tamte czasy, ale mówi też: „Nareszcie rozumiem, po co ci to było”.

Oceń 4,89 / 1042 głosów
Wyślij znajomym Wyślij znajomym
Drukuj Drukuj
Redakcja poleca
Wypowiedz się!
Nick:
Opinia: